
Wspinaczkowe kariery pokolenia Bogdana Jankowskiego, Wandy Błaszkiewicz, Andrzeja Zawady czy Haliny Krüger-Syrokomskiej rozwijały się według klasycznego schematu Tatry (latem, zimą) – Alpy – Dolomity – Hindukusz itd., a na końcu Himalaje. Jak napisał Michał Jagiełło Wanda Rutkiewicz łączyła w sobie, podobnie jak całe wrocławskie środowisko wspinaczkowe, cechy pokolenia „turystyczno-taternickiego”, wywodzącego się z zakopiańskiej tradycji przewodnickiej i ratunkowej oraz warszawskiego, coraz bardziej nastawionego na sportowe podejście do wspinaczki i na rywalizację. Bardzo szybko Wanda przenosi więc swe górskie zainteresowania z Tatr w Alpy i żadne formalne ograniczenia ( brak dewiz, trudności z wyjazdami do krajów zachodnich) nie są dla niej przeszkodą w ich realizacji. Wyżej, dalej, szybciej! Przecież musi robić postępy!

Rok 1964
Strona polska nie zakwalifikowała jej do szkółki alpejskiej organizowanej przez austriackie stowarzyszenie górskie Österreichischer Alpenverein w Tyrolu? Trudno, Wanda i tak pojedzie, a wyjazd zorganizuje sobie sama. Zaproszenie do Austrii, według różnych wersji, wyślą jej poznani w Polsce austriaccy siatkarze lub nieznana jej zupełnie wiedenka Ida Waidhofer. A na miejscu musi sobie radzić sama. Planuje dołączyć do kolegów, którzy już w Alpach są: Kazka Głazka, Krzysztofa Zdzitowieckiego i Józefa Nyki.
Przygnębiona śmiercią Krystyny Lipczyńskiej, z którą miała wspinać się w Tatrach, do Austrii wyrusza zaziębiona, z bolącym gardłem, uginając się pod ciężarem 40 kilogramowego plecaka. W pociągu z Wiednia do Innsbrucku wciąż gorączkuje, a jej ręka puchnie i pokrywa się czyrakami. Młodą, dobrze wychowaną panienką zaopiekuje się siostra zakonna: Wanda trafia najpierw do Bahnhof-Mission, potem do pensjonatu „Für Frauen und Fraulein”, skąd kierują ją do Uniwersyteckiej Kliniki Chirurgicznej w Insbrucku. Z pomocą spieszy jej młody chirurg, także alpinista, Helmut Scharfetter, który nomen omen ratuje jej zagubione na dachu samochodu dokumenty. Potem jest jak w bajkach: czyraki znikają, pan chirurg zakochuje się w ładnej pacjentce, zaprasza na wspólne wspinaczki i na dwutygodniowy kurs dla ratowników górskich. Wanda poznaje członków tamtejszej sekcji Alpenverein i ratowników z Oesterreichische Bergret-tungsdienst. Wspina się. Między innymi robi, w Alpach Zillertalskich, oczywiście w towarzystwie doktora Scharfettera, tysiącmetrową północno-zachodnią ścianę Hochfernerspitze i bardzo trudną pięćsetmetrową północną ścianę Fusstein w rejonie Geraer Hütte. Jednak czas spędza głównie na szkoleniu się, najpierw na kursie dla kierowników grup młodzieżowych ÖAV, potem na kursie poświęconym różnym metodom ratowniczym.
Rok 1965
Znowu kierunek Austria. Pan doktor, a jakże, chętnie zobaczy Wandę ponownie, ale Polka skorzysta z jego zaproszenia tylko ten raz: Helmut, który poświęca się głównie swojej pracy i góry traktuje raczej jak weekendową rozrywkę oświadcza się Wandzie, ale dostaje czarną polewkę. A zaproszenie na kolejny wyjazd jego ukochana otrzyma od poznanej prawniczki i działaczki Alpenverein z Innsbrucka Marii Lhotty. Rutkiewicz wspina się ze Zdzisławem Kirkin-Dziędzielewiczem w grupie Wetterstein, słynącej z najtrudniejszych dróg skalnych w Austrii. Robią, między innymi, południową ścianę Scharnitzspitze zacięciem Hannemanna, i północno-zachodnią ścianę Olperera. Mierzą się też z północnymi ścianami Turnerkamp i Hochfernerspitze. Znajdują czas, by wyskoczyć w Dolomity i zrobić drogę Fehrmanna na Torre Stabeler, środkowej Turni Vajolet.
Rok 1966

Prawdziwy alpejski chrzest Wanda przechodzi w mekce alpinizmu, legendarnym francuskim Chamonix, Za namową sąsiadki z ulicy Dicksteina, a zarazem tatrzańskiej partnerki Elżbiety Miszczak-Piekarczyk lato zastaje Wandę na łączce Taconnaz pod w Chamonix. Łączka jest dzierżawiona przez GUMS, Groupe Universitaire de Montagne et de Ski (Uniwersytecka grupa górska i narciarska), Polacy są jej gośćmi, więc korzystają z domków bezpłatnie.
Czerwony Filar Mgieł, Grandes Jorasses, Dent d’Herens, Aiguilles. Już same nazwy budzą szacunek i strach. Ale Mont Blanc? Wanda też trochę go lekceważy, ale to błąd. Technicznie, w dobrych warunkach atmosferycznych Biała Góra jest górą względnie łatwą, ale przy nagłej zmianie pogody, podrażniona wichurą, piorunami i mgłą potrafi zamienić się w śmiertelną pułapkę.
Na łączce już rozbili się Andrzej Zawada, Wojtek Wróż, Maciej Pogorzelski – Bąbel, Maciek Popko, Krzysztof Cielecki. Dziewczyny aż palą się do akcji. W zespole mieszanym wspinają się na turnię l’Aiguille l’M, w grani odchodzącej od szczytu Grépon. Nazajutrz Ela chce trochę odetchnąć, więc Wanda proponuje iść na Mont Blanc: kto się da namówić? Oczywiście zakochany w niej Krzysio.
Z Taconnaz podchodzą bezpośrednio do schroniska Grands Mulets (3501) po północnej stronie Mont Blanc. Rankiem ruszają na szczyt, co, wbrew oczekiwaniom, nie jest takie łatwe. W nocy spadło dużo śniegu i trzeba się dobrze napocić, by odnaleźć drogę. Na szczęście Krzysio jest tu niezawodny. Na szczyt wchodzą, ale Wanda jednak nie doceniła Alp, czy raczej wysokości. Te 1800 metrów różnicy wysokości poczuła wyraźnie.
Na trawers Mont Blanc du Tacul – Mont Maudit – Mont Blanc Wanda idzie już tylko z Elżbietą, przecież zależało im na niezależnych od panów, kobiecych wejściach. O 2 nad ranem pobudka. Trzeba zjeść śniadanie i spakować plecak. Ten Wandy jest o wiele za ciężki, po co nabrała tyle niepotrzebnych rzeczy? Nocują w schronisku Cosmic. Rankiem powtarza się sytuacja z poprzedniego dnia: padający śnieg przysypał wszystkie ślady, a teraz nikt przed nimi nie idzie, więc z trudem odnajdują szlak. Mimo to bez większych problemów omijają bardzo szeroką szczelinę brzeżną i o przyzwoitej porze docierają do wierzchołka Mont Blanc du Tacul. Potem schodzą na przełęcz między Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit, by znowu wejść w ścianę, gdzie czekają na nie seraki i szczeliny. Nachodziły się, by je ominąć, zresztą inne zespoły także. Z wierzchołka Mont Maudit wszyscy idą już razem. Zbocze jest pozbawione śniegu i pokryte twardym lodem, więc Ela i Wanda schodzą ostrożnie, twarzą do ściany, w trudniejszych miejscach wkręcając śruby lodowe. Na przełęczy Brenva Wanda czuje się zmęczona i zniechęcona. Od szczytu Mont Blanc, pozornie tak bliskiego, choć z tego miejsca niewidocznego, w rzeczywistości dzieli je jeszcze 500 metrów pionowego podejścia. Pić! Pić i jeść! Zabiwakujmy! Ale napotkani towarzysze odradzają, lepiej iść do góry. Ela i Wanda wolno, zakosami wspinają się po śnieżnym stoku. Wanda czuje się słabo, jest wyraźnie odwodniona: za mało jadła i piła i ledwie się wlecze. Wreszcie szczyt! Po 11 godzinach wspinaczki i podchodzenia są na szczycie Mont Blanc! O tak, dobrze zapamięta sobie te ostatnie metry przed wierzchołkiem.
Nocleg w Vallocie przypomina dziewczynom, na jakiej wysokości działają. Są lekko otępiałe, niby coś gotują, jedzą, chodzą, ale czują się marnie. Następnego ranka schodzą do Grands Mulets, skąd jest najbliżej na łączkę.
Ela się pakuje. Chce jechać do Paryża, trochę pozwiedzać, a Wanda planuje dalej. Pilier Rouge du Brouillard, Czerwony Filar Mgieł kusi nie tylko poetycką nazwą, ale i sławą. Filar Bonattiego, pierwszego zdobywcy brzmi dumnie! Kto ryzykuje? Krzysio oczywiście. Na drzwiach domku zostawiają kartkę: idą „na Bonattiego” na Pilier Rouge. Wrócą najpóźniej za tydzień.
Mieli plan na szybką wspinaczkę, ale już u wylotu Vallée Blanche Krzysztof zaczyna wymiotować, pewnie zatruł się konserwami i jest osłabiony. Podejście do bivacco na Col de la Fourche wymaga użycia raków, czekana i liny, więc na miejsce docierają już po zmroku. Dolegliwości chłopaka zatrzymują ich w schronisku przez całe dwa dni, potem dłużej już czekać nie mogą. Wejście na przełęcz Col Moore zajmuje im dwie godziny. Z duszą ma ramieniu schodzą na lodowiec Brenva: szczelina brzeżna, którą muszą przejść wygląda wyjątkowo wrednie. Do wschodu księżyca drzemią pod płachtą: chcą podejść na przełęcz Freney nocą, by uniknąć nieustannych kamiennych lawin. Rano zmęczeni i niewyspani zabierają się do gotowania: muszą coś zjeść i się napić. Upał szybko rozlewa się po zboczach, ale po południu Wanda i Krzysztof zbierają się i ruszają na przełęcz Col Eccles. Ryzykowny to marsz, raki nie znajdują dostatecznego oparcia w lekko zaśnieżonej skale. Czas płynie, a szukanego bivacco Lampugnani nie widać. Czeka ich kolejna noc w śnieżnej jamie, pod płachtą biwakową, a wizja ataku na Czerwony Filar Mgieł zaczyna się oddalać. Nazajutrz docierają do nowego bivacco ( jak się okazuje stare już nie istnieje) i realnie oceniają sytuację. Mają mało żywności, a to dopiero podejście, nie wspinaczka. Pogoda zaczyna się zmieniać, a Krzysztof wciąż odczuwa skutki zatrucia, zresztą oboje są zmęczeni. Oczywiście Wanda mimo wszystko chce iść dalej, ale Krzysztof się waha. Rankiem wita ich wichura: nadchodzi föhn. Coraz gęstsza mgła utrudnia odnajdowanie drogi. Już nie muszą się zastanawiać, zawracają, co też nie obywa się bez przeszkód. Przy przekraczaniu szczeliny brzeżnej Krzysztof wchodzi na mostek śnieżny. Wanda jest ostrożna: wbija czekan w śnieg i przekłada przezeń linę. Mocno zapiera się na niewielkich wyrąbanych w lodzie stopniach. I nagle krzyk. Jedna chwila i nie ma ani mostka, ani Krzysztofa. Poleciał! Liną szarpie, ale Wanda trzyma ją mocno. Chłopak krzyczy „luz”i po chwili wydostaje się ze szczeliny po drugiej stronie. Nie ukrywa zaskoczenia, myślał, że polecą oboje. Teraz kolej na Wandę: skacze przez szczelinę, a Krzysztof ściąga ją liną na swoją stronę. Zmęczeni i głodni dochodzą do schroniska Manzino. Kopiaste talerze makaronu poprawiają im humor, ale na krótko: na nocleg pod dachem pieniędzy nie wystarczy, więc czeka ich kolejna noc w jamie pod płachtą. Następnego dnia ruszają przez przełęcz Giganta, w lekkim strachu przed spotkaniem ze strażą graniczną, potem idą lodowcem Giganta do lodowca Mer de Glace. I wreszcie łączka w Taconnaz. Domek Polaków jest pusty, ale do drzwi ktoś przypiął kartkę: jeśli ktoś coś wie o Wandzie i Krzysztofie, niech powiadomi żandarmerię górską. No tak, oni coś wiedzą, więc idą na posterunek w Chamonix. Oczy żandarma otwierają się szeroko: zgłoszenia o zaginięciu dwójki Polaków serio nie potraktowali: dziewczyna z chłopakiem? Z Polski? Poszli na filar Bonattiego? Taa, akurat. To wy? A na pewno nie urwaliście się nad morze? Nie? Cóż… żandarmi z Chamonix nie znali Wandy…
Rok 1967
Pod koniec lipca Wanda znowu jest w Chamonix, tym razem z Haliną Krüger-Syrokomską. Syrokomska, starsza od Wandy, w środowisku znana i lubiana, ma już na swym koncie sporo osiągnięć. Ma też duże, specyficzne poczucie humoru, jest piekielnie inteligentna i klnie jak szewc. Wanda zostaje wybrana raczej nie za osiągnięcia: raczej dlatego, że w Alpach już była i radzi sobie za granicą. Czy panie się zgadzają? Kto powiedziałby “nie”? To ich pierwsze i bynajmniej nie ostatnie spotkanie. Po prostu są najlepsze, w jednym zespole mogą wiele osiągnąć i wiedzą o tym i one, i PZA. Sukcesy w górach nie przełożą się na prywatne relacje: sympatią do siebie nie zapałają i nigdy się do siebie nie przekonają. Może trudno było funkcjonować obok siebie dwóm wielkim osobowościom? Ale ten wyjazd jest sprawą klubową, nie prywatną. W kieszeni fortuna: siedemdziesiąt dolarów i bilety kolejowe. Na łączce w Taconnaz jest ich raptem sześcioro: Wanda i Bogdan Jankowski z Wrocławia, Halina i Krzysztof Cielecki z Warszawy oraz dwóch Poznaniaków. Co udało im się osiągnąć? Ze średnio trudnej drogi na Grands Charmoz Wanda zapamięta głownie burzę niedaleko szczytu. Podobnie zjazd z owianej sławą wschodniej ściany Grand Capucin: panie zapuściły się na niej dość daleko, ale deszcz i śnieg zmusił je do odwrotu. Skałę oblepiał mokry śnieg, widoczność popsuła paskudna mgła i wyjątkowo dokuczyło im dotkliwe zimno i wilgoć, wślizgująca się w każdą szparkę przemoczonych ubrań. Choć jeszcze bardziej pamiętny był dla Wandy widok Haliny szamocącej się z własnym kapturem, który zaplątał się w linę. Wyglądało to bardzo groźnie. Ale koniec końców Polki wygrały! Było to pierwsze kobiece przejście wschodniej ściany Aiguille du Grépon drogą Knubel. Do tego dorzuciły trawers Mont Blanc. Za to doznały porażki ( znowu) na słynnym i piekielnie trudnym Filarze Bonattiego, na północno-zachodnim filarze Petit Dru i choć pokonały je fatalne warunki pogodowe, a nie trudności w ścianie, ambicjonalnie mocno to odczuły.
Rok 1969
Baronowa Felicitas von Reznicek, założycielka Rendez-vous Hautes Montagnes znowu zadziałała! Zermatt pęka w szwach od festiwalowych gości, a wśród nich Halina i Wanda. Ale w stolicy szwajcarskich Alp i najmodniejszym kurorcie Polki zjawiają się, prosto z Chamonix, nie tylko spóźnione, ale i złe. Pół biedy, że ominęło je kilka imprez, ale prawie cały miesiąc biwakowały po drugiej stronie gór, nim wreszcie zaatakowały wschodnią ścianę Grand Capucin, i co? I nic! Przy dobrej pogodzie wspinaczka na tej pięknej, 490 metrowej bryle z czerwonego granitu to sama przyjemność, ale w burzy to prawdziwe piekło. Musiały się poddać. Zjazd przy rozdzierających niebo błyskawicach był bardzo emocjonujący, ale trochę nerwowy, więc teraz rozsadza je energia i muszą poprawić sobie humory. W Zermatt wybór może być tylko jeden: Matterhorn! W taką pogodę? – pani baronowa załamuje ręce. – Nie zdążą wrócić na wieczorny oficjalny bankiet! Ależ wrócimy, zapewniają solennie, ale nikt w to nie wierzy; żeby tylko w ogóle wróciły! Bileter kolejki linowej także odradza wspinaczkę. Szczyt cały w chmurach, gdzie to się pchać? Jeszcze kobiety?
Wypadły z wagonika kolejki jak szalone i od razu pognały do schroniska Hörnli. Następnego dnia dalej padał śnieg i deszcz, mgła raz po raz zasnuwała wszystko dokoła, ale Wanda i Halina darły na szczyt bez pardonu. Dopiero w schronisku Solvay nieco ochłonęły. Kilkunastu stłoczonych, bezradnych wspinaczy łączyło jedno: na szczyt nie zdążyli wejść, a na schodzenie w prawie zimowych warunkach brakowało im odwagi. Ale nie Polkom. W górę! Na szczycie mgła, podczas zejścia mgła. A po południu, na bankiecie – niedowierzanie, radość i gratulacje. Przecież obiecałyśmy! A potem Halina i Wanda z uśmiechem pozują do wspólnego zdjęcia z pierwszym zdobywcą Everestu, Tenzingiem Norgayem i jego córką. Nieplanowane wejście Polek na Matterhorn w tak trudnych warunkach stanie się głównym tematem spotkania Rendez-vous Hautes Montagnes. Odnotuje je także biuletyn zlotu – Rendez -Vous Journal.
***
W sierpniu tego samego roku Wanda jedzie we francuskie Pireneje z Francuzką Nanou Kac i Andrzejem Mrozem. Robią kilka dróg nad lodowcem des Oulettes, co Wanda opisuje typowym dla niej rzeczowym, inżynierskim stylem: w pobliżu lodowca des Oulettes znajduje się Grand Vignemale, najwyższy szczyt graniczny całego pasma ( 3296 m.) Biwak w schronisku Refuge des Oulettes de Gaube ( 2158m.) 21 sierpnia klasyczna droga na Grand Vignemale, 5,5 godziny wspinaczki. W przewodniku po Pirenejach droga 138. Droga filarem 800 metrowym o trudnościach IV+. Powrót z wierzchołka na drugą stronę, ku lodowcowi d’Ossoue i powrót do pierwszego schroniska. Następnie szczyt… Cała Wanda! Niektóre z tych dróg, o dużych trudnościach, jak Petit Vignemale, zespół zrobił w ciągu 20-23 godzin; inne były po prostu ładne, jak północna ściana Pique Longue. Ale ani emocji ani wrażeń z tej relacji dla „Taternika” wycisnąć się nie da: ot, po prostu, czy to w Alpach czy w Pirenejach, Wanda była w drodze do jedynego miejsca na świecie, w którym będzie naprawdę u siebie: do Himalajów.
Rok 1970
Tym razem zlot Rendez-vous Hautes Montagnes odbywa się w Jugosławii. Jedna z członkiń występuje z apelem zorganizowania międzynarodowej kobiecej wyprawy w Himalaje, na któryś z ośmiotysięczników. Apel spotyka się z aplauzem uczestniczek, a gratulacje złoży i uściśnie rękę sama Loulou Boulaz, wybitna szwajcarska alpinistka, jedna z pierwszych kobiet na północnej ścianie Eigeru. Kto wystąpił z apelem? Oczywiście Wanda Rutkiewicz.
Rok 1971
Wanda powspina się trochę w Alpach Julijskich, między innymi przechodzi drogę bawarską na północnej ścianie Triglavu. Ale powoli zbliża się czas prawdziwej alpejskiej próby: w 1973 roku zaatakuje „górę – mordercę”, północną ścianę Eigeru.
Rok 1978
Krystyna Palmowska, Wanda Rutkiewicz, Anna Czerwińska i Irena Kęsy odnoszą wielki sukces: zdobywają północną ścianę Matterhornu zimą.
Rok 1979
Wanda wyrównuje rachunki w Alpach francuskich: wspina się wschodnią ściana Gran Capucin i zachodnią ścianą Petit Dru.
„W parku Szczytnickim / w zatopionym japońskim ogrodzie / chwyciłem Wandę / za rękę / przepraszam! A Pani dokąd spieszy? […] / machnęła ręką i powiedziała – ja? Idę na Mount Everest / A po drodze na Matterhorn Nanga Parbat…”* Wielki poeta także to odgadł: wszystkie drogi Wandy prowadziły w Himalaje. Alpy były tylko „po drodze”.
*Tadeusz Różewicz, Gawęda o spóźnionej miłości”, w: Ewa Matuszewska, Uciec jak najwyżej. Nie dokończone życie Wandy Rutkiewicz”, Warszawa 1999