Gasherbrum III

Gasherbrum III

Cały czas w kontrze. Od początku. Już sama koncepcja współdziałania dwóch zespołów, kobiecego i męskiego w ramach tej samej wyprawy na dwóch sąsiednich ośmiotysięcznikach, Gasherbrumach II i III była niecodzienna i dość kontrowersyjna. Do 1975 roku udział pań w polskich wyprawach w góry wysokie był sporadyczny, ale ich sukces przyciągał uwagę i nieco przyćmiewał blask wyczynu panów, bo jeśli kobieta mogła dokonać tego samego, to…Zatem partnerki czy konkurentki? Jednak powoli idea czysto kobiecego wspinania się i sięgania po kolejne cele i rekordy dojrzewała, a Wanda, jak to ujął Wojciech Kurtyka, była nią wręcz opętana. Nic więc dziwnego, że już w chwili podjęcia decyzji o organizacji wyjazdu kobiet w Karakorum w polskim górskim światku słupek temperatury nastrojów wyraźnie drgnął. 

Próbę zorganizowania żeńskiej wyprawy na któryś z niewysokich ośmiotysięczników Klub Wysokogórski w Warszawie podjął już jesienią 1973 roku. Jednak z różnych powodów komitet organizacyjny się rozpadł, ale Wanda nie zrezygnowała. Kolejna okazja nadarzyła się w 1975 roku, ogłoszonym przez UNESCO Międzynarodowym Rokiem Kobiet. Tym razem  komitet skupił się na Karakorum i wyznaczył dwa cele: wejście zespołu kobiecego na wciąż niezdobyty piętnasty szczyt ziemi Gasherbrum III (7952 metry) i drugie wejście, nową drogą, ekipy męskiej na Gasherbrum II. Kierownikiem pierwszego zespołu została Wanda Rutkiewicz, drugiego Janusz Onyszkiewicz. Kontra, na szczęście skutecznie zablokowana, poszła od członków komitetu organizacyjnego wyprawy na K2, niechętnie patrzących na  nieoczekiwaną konkurencję. Mimo to zatwierdzenie celów, składu komitetu i całej ekspedycji przez Zarząd Klubu Wysokogórskiego odbyło się bezproblemowo; prawdopodobnie nikt nie sądził, że uda się pozyskać zgodę władz pakistańskich, a przede wszystkich zebrać odpowiednie fundusze. Pomysł oczywiście ekscytował środowisko, stał się sportową sensacją, a gorączce przygotowań towarzyszyły zawiedzione ambicje i przekonanie, że skład nie jest na miarę zamierzonego celu, a wyprawa wróci z kwitkiem.
Tymczasem przygotowania ruszyły pełną  parą. Przede wszystkim  pozyskiwanie honorowych patronów, sponsorów i darczyńców, bo koszt wyprawy był niemały. Na szczęście przychylność i dotacje przyznane przez jedno czy drugie ministerstwo automatycznie otwierały kolejne drzwi, czy to w spółdzielczości, związkach zawodowych, władzach Warszawy czy w zakładach przemysłowych. Ostatecznie niezbędne fundusze zamknęły się w kwocie 2,5 miliona złotych, w tym  25 tysiącach dolarów USA.

Większym problemem okazało się pozyskanie pozwoleń pakistańskiego Ministerstwa Turystyki na zdobywanie obu szczytów. Ale i tu znalazło się rozwiązanie: Wanda wpadła na genialny pomysł i o honorowy patronat na wyprawą poprosiła Begum Nustrat Butto, żonę ówczesnego premiera Pakistanu, bardzo zaangażowaną w sprawy kobiet w krajach muzułmańskich. Pani Butto wyraziła zgodę niemal natychmiast, natomiast na promesę zezwolenia na akcję górską trzeba było czekać do połowy lutego. Promesa przyszła, niestety tylko dla zespołu żeńskiego. Wymusiło to konieczność połączenia obu zespołów i ustalenia jednego celu: Gasherbrumu III. Ostatecznie w skład zespołu weszli: Ewa Abgarowicz (fotografik), Alicja Bednarz, Anna Czerwińska, Halina Krüger-Syrokomska, Sylva Kysylkova z Czech, Maria Mitkiewicz (lekarz), Anna Okopińska,  Krystyna Palmowska, Wanda Rutkiewicz, Leszek Cichy, Marek Janas, Andrzej Łapiński, Janusz Onyszkiewicz, Władysław Woźniak, Marcin Zachariasiewicz i Krzysztof Zdzitowiecki. Kierownikiem pozostała Wanda, a zastępcą Janusz Onyszkiewicz.

Proroczą kontrą był scenariusz filmu, jaki miał powstać na skutek umowy z Komitetem do Spraw Radia i Telewizji i Telewizyjną Wytwórnią Filmową „Poltel”. Scenariusz z góry zakładał zaistnienie konfliktów, a tematem, który miał skupiać uwagę reżysera Andrzeja Zajączkowskiego były relacje kierownik – zespół i problem działanie w grupie a indywidualne motywacje.

17 kwietnia

Wypełniony sprzętem dziewięciotonowy Jelcz 316 z szumnym napisem “Ladies Himalaya Expedition – “Karakorum 75” w strugach deszczu ruszył z Placu Defilad w Warszawie. Dwanaście dni później na schody pasażerskie samolotu z napisem LOT weszła Wanda Rutkiewicz. Odwróciła się, z uśmiechem podniosła na pożegnanie bukiet kwiatów z niewielką biało-czerwoną chorągiewką i zniknęła w drzwiach.

***
Pakistan. Dwustu pięćdziesięciu tragarzy. Niekończący się sznur chudych nóg wystających z obszernych spodni posuwał się szybkim, wyrobionym krokiem. Oczywiście do czasu. W Paju tradycyjnie tragarze zastrajkowali: chcieli podwyżki, paliwa i namiotów, więc  wyprawa utknęła na całe trzy dni. Dyskusje, kłótnie, potok słów i gestów, ale Rutkiewicz, czyli „Saab” Wanda ( żeńska wersja od Sahib – biały człowiek) pozostała niewzruszona: po rupii więcej za każdy dzień, trampki dla każdego od pierwszego śniegu i tyle, zawyrokowała. Po dwóch tygodniach marszu karawana dotarła do bazy na lodowcu Abruzzi, na wysokości około 5200 metrów. Dla Polaków to przedsmak właściwej wyprawy. Dla Pakistańczyków – moment upragnionej wypłaty.

Czerwiec

Wanda i jej zastępca, Janusz Onyszkiewicz siedzą w namiocie,
pochyleni nad grafikiem. Kolorowe wykresy, proste linie na papierze. Proste pozornie. W rzeczywistości te linie to upływający czas, ludzkie ambicje i plany. Ale początek jest niezły. 19 czerwca francuski zespół, który „podkradł” Polakom pozwolenie na Gasherbrum II schodzi ze szczytu. Idąc po jego śladach trzech panów i Wanda przechodzą podwójny próg lodowca i w kotle pod Gasherbrumami zakładają obóz I. Do końca czerwca trwa nieustanny ruch zespołów, męskich i mieszanych między bazą i obozem I. Podchodzą, nocują, schodzą, poręczują obejście szczeliny na dolny progu lodowca, wychodzą poza obóz I, znakują traserami dojście do żebra wyprowadzającego nad dolny obryw grzędy Gasherbruma II, aklimatyzują się. Najwyżej, bo mniej więcej na wysokość 6450 metrów docierają Janas, Woźniak i Zdzitowiecki. Ale 30 czerwca po południu zaczyna padać śnieg.

Lipiec

Po paru dniach następuje poprawa pogody i wahadło wyjść, biwaków i zejść rusza na nowo, tyle że na większej wysokości. Alicja Bednarz, Anka Czerwińska, Krystyna Palmowska i oficer łącznikowy Saeed Ahmed Malik odkopują zasypany obóz I. Zespół mieszany zakłada tymczasowy obóz II na 6400, skąd następnego dnia zostanie przeniesiony, 100 metrów wyżej. Krótkie załamanie pogody i incydent z małym pożarem w obozie II nie wstrzymują torowania i poręczowania terenu nad obozem II. 10 lipca Bednarz, Cichy, Zdzitowiecki i Janas zakładają obóz III; to już 7350 metrów. Do połowy lipca nieustannie zmieniające się zespoły, damskie, męskie i mieszane krążą między bazą a obozami I, II i III, a 16 lipca w bazie spotyka się, chyba pierwszy raz od wielu dni, cała ekipa. Na 19 lipca kierownicy wyznaczają rozpoczęcie ataków szczytowych, ale do końca miesiąca żadnemu zespołowi nie udaje się wyjść powyżej obozu III. 

Tak mógłby wyglądać suchy zapis dotychczasowej akcji górskiej w kalendarium wyprawy. Ale między wierszami jest to, czego długopis nie odda, ale kamera owszem. Zwłaszcza, jeśli reżyser przyjechał w Karakorum z zamiarem wyłowienia z obozowego życia wszystkiego, co podnosi temperaturę wyprawowej koegzystencji i co stawia zespół w kontrze do swej kierowniczki. Jest zmęczenie, wahania, złość, łzy, dyskusje i spory. Są zawiedzione nadzieje i decyzje – rozczarowujące,  odbierające szanse lub zaskakujące. Jest wyładowany do granic możliwości plecak, jeszcze starego typu, z metalową ramą i twarde, nieustępliwe „no nie, nie uniosę więcej i cześć.” Jest płacz Alicji Bednarz proszącej o pozwolenie wyjścia w górę; to jej ostatnia szansa na wejście na szczyt i rzucone Wandzie rozpaczliwe: ”Nie wiem, dlaczego ci tak zależało na tym, żeby mnie zgnoić. Robiłaś to z premedytacją.” Jest także Halina Krüger-Syrokomska, zastępczyni kierownika żeńskiej części rzucająca do „Klimka” równie zdecydowane: „Tak, jeśli to będzie rozmowa publiczna. Over” „Nie, nie może być publiczna, over”, to odpowiedź Wandy. „Jeśli to niepubliczna, to ja się wyłączam.” I patrząca przez okienko Rutkiewicz, która mówi, że jeszcze nie zna „ceny, jaką zapłacimy, jaką ja zapłacę. Będzie trudno po powrocie.” Będzie! Ciosy proste, uniki i kontry. A kamera pracuje…

***
Koniec lipca. Od rozpoczęcia akcji górskiej mija siedem tygodni, a cel wprawy, marketingowy sztandar wyprawy czyli szczyt Gasherbrumu III nadal niezdobyty. W bazie wyprawowy pat. Anna Okopińska, osłabiona antybiotykami odczuwa skutki ekstrakcji zębów, Alicja Bendarz ma kłopoty z ciśnieniem, a Anka Czerwińs z nogą skręconą w kolanie. W bazie aż kipi od wzajemnych złości, wyrzutów, domysłów, goryczy i zawiedzionych oczekiwań. Wanda przedstawia kolejny plan akcji, ale napotyka na kontrę, same kontry. „My tu już jesteśmy siedem tygodni – mówi Leszek Cichy – I wszyscy trochę mają tego wszystkiego dość; i trochę ten atak będzie traktowany rozpaczliwie.” Dlaczego szczyt nie został jeszcze zdobyty? Według Wandy dlatego, że  nikt nie był w stanie przekroczyć Trójki. Był, zaprzecza Cichy. Tylko Wanda bardzo, ale to bardzo dbała o to, by przez te trzy tygodnie  nikt na szczycie nie stanął. A teraz są dokładnie w tym samym miejscu, nie zrobili ani kroku naprzód. Wanda się broni. Nie widzę takiego wyeksploatowania w zespole… Nie powiesz mi, że czujesz się tak samo po siedmiu tygodniach akcji górskiej…- Nie, Wanda tego nie powie, bo czuje się tak samo dobrze. „Ale to nie do ciebie mówię – ironizuje Cichy: „ty przecież w ogóle jesteś niezniszczalna.” Coraz więcej słów, ostrych, brutalnie szczerych. Milczenie też brzmi jak zarzut.  Zacięte usta, spojrzenia chłoszczą mocniej niż słowa. Czyli co, mamy wracać do Warszawy?  Wanda w ogóle nie bierze tego pod uwagę. Cichy ciągnie dalej. Plan ataku jest cholernie ryzykowny. I niewiele da się w nim zmienić. Na grani jest minus 30, i to przy dobrej pogodzie, a wystarczy odrobina wiatru i…Padają słowa o progu inteligencji i uczciwości, niezbędnym do tego, by być kierownikiem; progu, którego Wanda nie osiągnęła. Awantura na całego i w tym momencie głos Wandy rzuca zdecydowane: ”koniec dyskusji.” Aaa, czyli najlepiej zamknąć gębę, iść na rzeź jak barany,… nie, najlepiej w ogóle nie wychodzić. Wanda milczy. 

Saeed Ahmed Malik ma dwadzieścia trzy lata, jest wojskowym, ale przede wszystkim alpinistą. Na czas tej wyprawy porzuca funkcję oficera łącznikowego, zobowiązanego do czuwania nad przebiegiem wyprawy stosownie do uzyskanych pozwoleń; woli być uczestnikiem i wspinać się. Rutkiewicz szybko przekonuje go do udzielenia zgody na zdobywanie Gasherbruma nie tylko przez zespół męski, ale także żeński. Chłopak zdecydowanie przekracza swoje kompetencje, ale  kusi go perspektywa bycia pierwszym Pakistańczykiem na szczycie i… wspinaczka w jednym zespole z Krystyną, w której chyba się podkochuje.

Sierpień

1 sierpnia do góry wychodzą dwa zespoły: żeński, Wanda z Haliną i męski, Janusz  Onyszkiewicz, Krzysztof Zdzitowiecki i Leszek Cichy. Na przełęczy łączącej drogi na oba wierzchołki zespoły rozchodzą się. Panowie szybko orientują się, że na wejście na szczyt granią nie mają szans. Próbują od strony chińskiej, łatwo nie jest, silnie wieje i jest strasznie zimno. Cichy podchodzi parę metrów granią i nagle staje na szczycie. Victoria! Paniom tak dobrze nie idzie. Trafiają na bardzo trudny uskok, ani go przejść, ani obejść, więc wycofują się.

A to dopiero! Do kolejnego wyjścia 11 sierpnia Wanda wyznacza Alison Chadwick-Onyszkiewicz, siebie i dwójkę męską Onyszkiewicza i Krzysztofa Zdzitowieckiego. Mają założyć kolejny obóz, wynieść sprzęt i zaporęczować uskok grani dla drugiego, żeńskiego zespołu, który ruszy z bazy dzień później: Anki Okopińskiej, Haliny Krüger-Syrokomskiej oraz Krystyna Palmowskiej z Saeedem. Wszyscy są przekonani, że to przygotowania do walki o najważniejszy cel wyprawy, czysto kobiece wejście na GIII. Tymczasem Wanda najpewniej zaczyna zdawać sobie sprawę, że w takich warunkach same kobiety mogą nie dać sobie rady, ale nie mówi tego na głos. Nie chce kontry.  

Nazajutrz pogoda dopisuje. Wanda, Alison, Onyszek i Zdzisław wychodzą z bazy. Cztery maleńkie sylwetki niczym mrówki pracowicie pełzną się po lodowcu.  

Na przełęczy pogoda wyraźnie się zmienia. Nadciągają chmury. Jest szansa przejścia kopuły szczytowej rynnami na lewo od uskoku, ale są tak zaśnieżone, że Wanda już wie, że nie ma wyboru: we dwie z Alison nie dadzą rady. Zmienia wcześniej przyjęty plan ( lub wciela w życie plan B) i podejmuje decyzję, która będzie roztrząsana i komentowana dziesiątki razy na dziesiątki sposobów: rezygnuje z próby zdobycia dziewiczego Gasherbrumu III przez zespół czysto kobiecy.  Podchodzące do obozu III Okopińska, Krüger-Syrokomska i Palmowska nie wierzą własnym oczom, ale to, co widać przez lornetkę nie pozostawia wątpliwości: idą całą czwórką na szczyt! Całą czwórką, czyli dwie kobiety i dwóch mężczyzn. W bazie wrze. Już się zorientowali. „Potwierdź!” – to Cichy przy radiotelefonie. Wanda  potwierdza. „Idziemy całą czwórką do końca”. W bazie konsternacja. Kamuflaż, od początku to planowała. Złość, szybkie, gorące, niecenzuralne słowa. Przecież nikt by nie pisnął, gdyby od razu powiedziała. Tak, dziewczyny trochę podejrzewały, że Wandzie chodzi to po głowie, ale jednak nie sądziły, że się na to zdecyduje.

11 sierpnia, na przemian wspinając się po skałach i torując w głębokim śniegu polska czwórka, Alison Chadwick-Onyszkiewicz, Wanda Rutkiewicz, a chwilę potem Janusz Onyszkiewicz i Krzysztof Zdzitowiecki, wchodzi na szczyt Gasherbrumu  III. To pierwsze wejście  i kobiecy rekord wysokościowy Polski i Europy. 

Sukces „Ladies Expedition Karakorum 1975”
odbił się szerokim echem, przyniósł
Polakom szacunek i rozgłos. Stał się
przepustką do kolejnych wypraw w góry
wysokie, zwłaszcza dla zespołów
kobiecych (...)

Powitanie w obozie III jest chłodne. Po prostu gratulacje i tyle. Kobiecego pierwszego wejścia nie ma, ale w akcji wciąż są  Anka, Halina i Krystyna z Saeedem. Wanda oczywiście się zgadza. Ruszają przed świtem dwiema dwójkami. Anka z Haliną i Krystyna z Malikiem, ale drugi zespół szybko odpada: Pakistańczyk nie czuje się dobrze, a Krystyna, choć jest w świetnej formie, nie chce go zostawić samego. Zawracają. 12 sierpnia Anna Okopińska i Halina Krüger-Syrokomska stają na szczycie Gasherbrumu II. Są pierwszym zespołem kobiecym na G II, pierwszym na ośmiotysięczniku  i poprawiają świeży,  polski i europejski kobiecy rekord wysokości! W bazie wybuch szaleńczej radości, a w radiotelefonie rozbrzmiewa Joan Baez ze swym „We Shall Overcome”.

Chciałoby się powiedzieć: kamera stop! Andrzej Zajączkowski z założenia szukał punktów zapalnych i, z konieczności ograniczony do obserwacji scen z „życia bazowego”, znalazł je bez trudu. W jego filmie „Temperatura wrzenia” akcji górskiej nie ma: zmęczenia, ryzyka, przyspieszonych oddechów, grymasu bólu. Nie ma też sukcesu, radości ze zdobycia szczytu. Jest tylko umiejętnie wyłuskane napięcie, kipiel silnych emocji, spekulacji, konfliktów, różnych racji i poglądów, kto ma wejść na szczyt, kiedy, kto z kim i w jakiej kolejności. I oś przewodnia filmu czy nawet, według reżysera, całej wyprawy: Rutkiewicz kontra reszta zespołu. U podłoża konfliktu indywidualne ambicje Wandy-himalaistki, które kłóciły się z interesem Wandy – lidera, Wandy – kierownika wyprawy. Kamera krążyła więc między uczestnikami i wyszukiwała punkty zapalne. A przecież wyprawa to, nawet w bazie,  wiele innych rzeczy, których obiektyw Zajączkowskiego nie widział, lub nie chciał widzieć, bo nie pasowały do koncepcji i nie podnosiły temperatury. „Z tego samego materiału – mówi Leszek Cichy – można było zrobić inny film. […]Nie pokazano żadnych dobrych stron wyprawy.” Reżyser umiejętnie stopniował napięcie, aż intryga osiągnęła punkt kulminacyjny:  była nim niewątpliwie rozmowa Leszka Cichego z Wandą przez radiotelefon; Cichy prosi Wandę o potwierdzenie, że idą całą czwórką do szczytu. Wanda potwierdza! Teraz wszystko jest jasne. Wydało się, jakie były prawdziwe intencje Wandy! Kamera wychwytuje reakcje poszczególnych członków „towarzystwa bazowego”, łącznie z lekarką Marią Mitkiewicz i Saeedem. Jaka to „Ladies Expedition”? Od początku Wanda wiedziała, jak będzie,  nie mogła powiedzieć tego od razu?

Może i mogła. Tylko czy wtedy wyprawa w ogóle doszłaby do skutku?

***

Film Andrzeja Zajączkowskiego Rutkiewicz ogląda już po jego emisji w telewizji,  na pokazie na Polnej, w towarzystwie matki. „Film okazywał jedynie same negatywne strony wyprawy – opowiada Maria Błaszkiewicz. – a przecież nie brak ich na każdej wyprawie. Wanda była oburzona i wściekła. Demonstracyjnie wstała i powiedziała, co myśli o filmie. Przecież dała szansę innym, a wszystko było pokazane tendencyjnie. Niektórym było to na rękę, żeby nie było takich czysto kobiecych wypraw.”

W opinii większości ocena Wandy jako kierownika wyprawy mogła być tylko jedna. Kierownik-dyktator, narzucający swoje zdanie, nie liczący się z innymi, ucinający w zarodku wszelkie dyskusje i stawiający na pierwszym miejscu swoje własne cele i ambicje. Zbyt kobieca, by przewodzić mężczyznom, zbyt ambitna, by znaleźć porozumienie z koleżankami. Pod prąd. W kontrze przeciw wszystkim.

Jednak w środowiskach alpinistycznych za granicą mówiono głównie o wymiernych efektach wprawy. Sukces „Ladies Expedition Karakorum 1975” odbił się szerokim echem, przyniósł Polakom szacunek i rozgłos. Stał się przepustką do kolejnych wypraw w góry wysokie, zwłaszcza dla zespołów kobiecych, wyrobił im dobrą pozycję w Pakistanie. Reinhold Messner określił go mianem “sensacji” na skalę międzynarodową, porównując do sukcesów Japonek czy Tybetanek. W Polsce oponenci i pesymiści musieli przełknąć gorzką pigułkę.

Dla samej Wandy to był wielki sukces osobisty, zarówno jako alpinistki jak i organizatora; jej potencjał został dostrzeżony; rok później dr Herrligkoffer powierzy jej funkcję jednego z dwóch zastępców kierownika niemiecko-austriacko-polskiej wyprawy na Nangę Parbat. I nie zapomni o niej przy planowaniu wyjazdu na Everest. Ale póki co sukces ten będzie miał dla niej raczej “gorzki smak”, bo o ile Aleksander Lwow podzielił świat polskiego alpinizmu na męski, żeński i Wandę Rutkiewicz,  na wyprawie „Ladies Expedition Karakorum 1975”, z nielicznymi wyjątkami, były tylko dwie grupy: damsko-męski zespół i Wanda. W kontrze.