Cho Oyu

Cho Oyu

Kurta już nie ma. Falstart Karawany do Marzeń na Kangchendzondze, rodzina, z którą widuje się rzadko, garstka przyjaciół, pusty dom i codzienność w wiecznym zabieganiu i pośpiechu. Psy? Matka? Marzenia, które uwierają innych? Co właściwie Wandzie zostało? Góry! Niezmiennie góry.

Cho Oyu zdobywa samotnie. Nie dlatego, że tak chciała, tylko tak wyszło.
Technicznie Turkusowa Bogini, bo tak brzmi tybetańska nazwa szóstej góry świata – to łatwy ośmiotysięcznik i powodzenie ataku szczytowego zależy głównie od pogody. A ta początkowo nie rozpieszcza. Zresztą od początku wyprawy Wanda ma pecha. Jej samolot przyleciał do Katmandu z opóźnieniem, a jeden z jej bagaży zniknął. Gdyby się nie znalazł byłby kłopot: jest w nim cała elektronika Wandy i baterie słoneczne. Pod znakiem zapytania stanął także jej wypad do Lhasy z Kuntnerem., jej wyprawowym partnerem. Christiana, alpinistę z południowego Tyrolu poznała rok wcześniej pod Gasherbrumami. Wanda i Ewa Panejko-Pankiewicz atakowały Gasherbrum I, Włoch wchodził na Gasherbrum II. Teraz tworzą samodzielny zespół w ramach włoskiej wyprawy Renato Moro. Początkowo partnerką Rutkiewicz miała być Ewa, ale nie udało jej się znaleźć sponsora, a Polka i Christian za swój udział zapłacili z własnej kieszeni. Wyprawa ma charakter bardzo partnerski. Wanda nawet nie wie, kto jest jej kierownikiem. Sam Renato jest bardziej koordynatorem niż liderem, a poszczególne zespoły wspólnie ustalają strategię całej akcji. W bazie Wanda odkryje, że nie ujęto jej w planowaniu prowiantu, ale to także daje się załatwić. Wyprawę traktuje jako wyjazd aklimatyzacyjny i sprawdzian podstawowego założenia jej Karawany do Marzeń: przenoszenia się z jednej wyprawy i góry na kolejną, bez utraty aklimatyzacji.

10 września karawana ludzi i jaków dociera na wysokość 5650 metrów, do bazy wysuniętej, gdzie już rozłożyły się wyprawy z Japonii i Tajwanu. Szybko dołączają też Rosjanie i Francuzi. Pierwszą próbę ataku mają za sobą Tajwańczycy. Bez skutku. Od kilku dni nieprzerwanie pada śnieg, więc żadnego ruchu w górę. Wreszcie się wypogadza. Włosi jeszcze czekają, aż śnieg nieco osiądzie i ruszają w górę, normalną drogą, od północnego zachodu. Szybko zakładają dwa pierwsze obozy, potem trzeci, właściwie już podczas ataku szczytowego. Na szczycie stają 25 września, ale Wandy z nimi nie ma. Wprawdzie z obozu II wychodzi razem z Christianem, ale przenikliwe zimno i lodowaty wiatr skutecznie zniechęca ją do dalszej wspinaczki. Za nic w świecie nie chce się teraz przeziębić: przecież w bliskiej perspektywie ma nieporównanie bardziej wymagającą i niebezpieczną wyprawę na Annapurnę. Zawraca. Oczywiście ryzykuje. Następnego dnia warunki mogą się pogorszyć i wtedy szansa na zdobycie siódmego ośmiotysięcznika przepadnie, ale szczęście jej dopisuje: 26 września niebo się rozjaśnia i Wanda staje na wierzchołku.

Łatwo poszło? Owszem, a mimo to wspinaczka na ten łatwy ośmiotysięcznik jest dla niej swoistą lekcją, którą powinna wziąć sobie do serca przy planowaniu kolejnych. Szybka akcja górska w niecałe dwa tygodnie od dotarcia do bazy nie pozostaje bez wpływu na jej organizm. Podczas samotnego wejścia po raz pierwszy w wyniku niedotlenienia i niedostatecznej aklimatyzacji Wanda doznaje halucynacji. Na śnieżnych. ocienionych stokach góry zupełnie wyraźnie dostrzega swoją własną twarz z lat młodości. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że to tylko wzrokowe omamy, wpływ wysokości, gra cieni i chmur, które ułożyły się w tak dziwny sposób. Wrażenie jest jednak na tyle mocne i niemiłe, że  w jednej z górskich gawęd radiowych nazwie tę chwilę „dotknięciem śmierci”, „przeczytaniem wyroku”. Ostrzeżenie czy wróżba? 

Z tej wyprawy Wanda zapamięta jeszcze jedno: chłodne, obojętne, hipnotyzujące piękno nocnego nieba nad Cho Oyu z tarczą księżyca w pełni, jakby przyklejoną do czarnego tła i zalane intensywnym, kosmicznym światłem śnieżne i lodowe stoki. Nieruchome, milczące, majestatyczne. Wieczne. Rutkiewicz utrwali je na fotograficznej czarno-białej kliszy. 

27 września schodzi do bazy, a nazajutrz jest już w drodze do miejsca, w którym wsiądzie do ciężarówki lub jeepa, jadącego do Katmandu. W stolicy Nepalu kilka dni odpoczywa, po czym rusza do Pokhary. Spieszy się. Annapurna czeka.