1973 Eiger

Eiger

W książce Wandy Rutkiewicz „Na jednej linie” opis zmagań polskiego kobiecego zespołu z owianą złą sławą północną ścianą Eigeru jest zaskakująco krótki i sprowadza się do jednego zdania, i to w szerszym kontekście: „Wydawało mi się, że moje osiągnięcia są najlepsze wśród osiągnięć polskich alpinistek. Za sobą miałam trudne przejścia tatrzańskie latem i zimą, Eiger, Trollryggen, a także dwa siedmiotysięczniki”*. Eigerwald to jedna z trzech słynnych północnych ścian tzw. Trylogii Alpejskiej ( Matterhorn, Eiger, Grandes Jorasses), długo uznawana za niedostępną. Pokonanie jej w 1938 roku jeden ze zdobywców Austriak Henrich Harrer uznał za najodważniejsze przedsięwzięcie w historii wspinaczki. Ponura, nieprzyjazna, pokryta pancerzem szklistego lodu pochłonęła wiele ofiar, czym zasłużyła sobie na miano „Mörderwandu”, ściany – mordercy. Tę właśnie ścianę w sierpniu 1973 roku atakuje trzyosobowy zespół w składzie Wanda Rutkiewicz, Danuta Gellner-Wach „Duśka” i Stefania Egierszdorff. 

Cel wspinaczki miały określić po przyjeździe do Szwajcarii. Początkowo, na skutek rezygnacji jednej z uczestniczek, myśl o północnej ścianie Eigeru porzucają. Rozbijają namiot bazowy w Alpiglen, na wysokości 1615 metrów. Ale gdy zjawia się Stefania Egierszdorff z Warszawskiego KW, myśl o północnej ścianie powraca. Północny filar w dużej mierze przypomina ją warunkami, więc gdyby udało się go pokonać, to dlaczego nie pokusić się o północną ścianę?

I teraz tu są, Wanda, Stefania i Danuta. Odmienne charaktery, różne osobowości. Rutkiewicz wiadomo. Stefania? Według Wandzi, z którą się trochę przyjaźnią, niechętna mediatyzacji wspinania się, zwolenniczka romantycznego, a nie sportowego podejścia do gór, admiratorka natury. „Duśka”. Kobieca, pełna energii, zawsze uśmiechnięta i pogodna. Jest zawsze sobą, nawet w takich szczegółach jak malowanie rzęs na biwaku powyżej 6000 metrów. Po co, dla kogo, zastanawia się Wanda? Dla niej samej, po prostu! Wszystkie silne, sprawne, świetne technicznie.

I Ona, ta czwarta: ściana. Warunki pogodowe, jakie zastają Polki są chyba najgorsze z możliwych. To głównie one, a nie trudności techniczne były przyczyną tragedii, których na tej ścianie było aż nadto. Dziewczyny wybierają drogę Hiebelera, Maschkego i braci Messnerów, która wydała im się najbezpieczniejsza, ale to poważne wyzwanie: na Eigerze nie ma łatwych dróg; pięć lat wcześniej Hiebeler chełpił się trudnościami tejże nowej drogi, ponoć nie do powtórzenia! Tysiąc sześćset metrów w pionie, gwałtowne załamania pogody, spadki temperatury i ponura lista dramatów, które rozegrały się na oczach całego miasteczka. A tego lata góra wyjątkowo szczodrze pluje kamiennymi lawinami i oblewa śmiałków ulewnym deszczem. 

19 sierpnia wchodzą w ścianę. Jest nieprzyjemnie oblodzona i wilgotna, nic dziwnego, jest minus dziesięć stopni Celsjusza. No tak, filar zdobyty przez Niemców i Messnera jest ponoć łatwiejszy, tylko że dotąd nikt tej drogi nie powtórzył, ani mężczyźni ani kobiety. Polki będą pierwsze?
Od pierwszej chwili otacza je mgła, a na głowy nieustannie sypią się kamienie. Powyżej pierwszego pola lodowego woda dosłownie leje się po ścianie, ciągle, nie tylko w ciągu dnia, kiedy mimo braku słońca temperatura nieco rośnie i lód nie zastyga na ścianach. Te spływające na ich głowy hektolitry wody sprawiają, że ich bida-kurtki, jedyne, jakie były dostępne w Polsce natychmiast przemakają. Zresztą nie tylko te kurtki kompletnie nie nadają się do podobnej eskapady. Buty też są do niczego. W tych mokrych jak wyżęta ścierka kurtkach i jak w przypadku Wandy, w za małych i przemoczonych butach, dziewczyny będą się wspinać i biwakować przez cztery dni i trzy noce, kiedy temperatura spada do minus dziesięciu stopni Celsjusza. Mimo to tempo jest dobre i dziewczyny szybko nabierają wysokości. Biwak wypada u zbiegu drogi polskiej i drogi Habielera. Znaleziona półka jest ciasna, ale po całym dniu wspinaczki dziewczyny mogą wreszcie usiąść. Gotują, jedzą i podekscytowane rozmawiają. Długo nie mogą zasnąć. Wciąż pada.

Drugiego dnia jest już gorzej. Pokryte lodem zbocze staje dęba, kamienne lawinki nie ustają. Chyba jeszcze nigdy Wanda nie odczuwała takiego lęku. Trudności techniczne są duże: zielonkawy lód wyrównał spękania ściany i wyszlifował ją jak lustro. Raki ledwo co trzymają, a czekan nie wbija się w nią, a dziobie, rozpryskując lód. Dobrze, że jakoś wchodzą lodowe śruby. Trawers pod wydatnym skalnym murem napędza Duśce niezłego strachu: lina jest przecięta niemal na pół, to pewnie te lecące kamienie… Drżącymi palcami Duśka wiąże przecięte sploty. – Luuz, krzyczy nieświadoma sytuacji Wanda. Godziny płyną. Drugi biwak jest już mniej komfortowy. Przypięte do haków przeczekują noc pod jednym z progów, przecinających wypełniony śniegiem żleb.

Trzeciego dnia jest łatwiej. Przynajmniej tak się wydaje, ale czy nie dlatego, że w słońcu, które właśnie wyjrzało, wszystko wydaje się prostsze? Podszczytowe zbocze pokryte niezwiązanym śniegiem znowu wywołuje dreszcz emocji. „Tak się bałam, – wspomina Rutkiewicz – że wolałam być na przodzie, choć wiedziałam, że każdy fałszywy ruch spowodowałby upadek całego zespołu.”** Ostatnie  skalne trudności ustępują miejsca długim lodowym polom. Ale góra jeszcze się nie poddaje. Trzeci biwak jest ciężki, jeszcze cięższy niż poprzedni, na platformie wyrąbanej czekanem w środków pól lodowych. Daje o sobie znać zmęczenie, przemoczone kurtki w żaden sposób nie chronią przed przenikliwym zimnem, martwią ewidentnie odmrożone stopy. Najgorzej ma chyba Wanda: swych za małych butów przezornie nie zdejmuje: wie, że jeśli to zrobi, nie będzie w stanie włożyć ich z powrotem. Skończyły się też skromne zapasy żywności.

Czwarty dzień wspinaczki. Wciąż nie jest łatwo; kruchą skałę przykrywa cienka warstwa śniegu, o dobrej asekuracji można zapomnieć. Ale koniec udręki bliski: jeszcze tylko kilka wyciągów w niebezpiecznym mikstowym terenie, ostatni fragment grani Mittellegi, z nawisami i przepaściami po obu stronach i wreszcie upragniony chwila: szczyt! Zrobiły to! Nad nimi niebo! Niebieskie niebo! Zdjęcie wyjdzie znakomicie.

Zejście zachodnią flanką przypomina nieco odwrót Napoleona spod Moskwy. Wanda zagryza zęby z bólu, idzie tylko siłą woli. Stefania, zmordowana, ledwie trzyma się na nogach. A Duśka”? Duśka chyżo i radośnie  pomyka ku namiocikowi u podnóża flanki. Na pewno była na tej samej wyprawie?

***
Ale mam dobre krążenie, cieszy się Wanda. Jej palce u stóp ( odmrożenia drugiego i trzeciego stopnia) są sczerniałe i spuchnięte i przez jakiś czas nad Polką zawisa widmo amputacji. Ale trafiła przecież do kliniki w Insbrucku, gdzie pracuje nie kto inny jak Helmut Scharfetter, lekarz, który od pierwszego spotkania smali do niej cholewki. Widmo amputacji się  oddala. Ale Wandzie nie w głowie amory z Austriakiem. Ależ się udało to babskie, alpejskie lato, cieszy się. Dały radę, bo, jak z satysfakcją stwierdzi Wanda, wiedziały, czego miały się spodziewać i trzymały się twardo. Jako pierwszy czysto kobiecy zespół przeszły północną ścianę Eigeru i to drogą Hiebelera, ponoć nie do powtórzenia. 

W wydanej w 2013 roku w Austrii historii alpinizmu kobiecego „Pierwsza na linie. Pionierki w lodzie i skale” wyczyn ten zaliczono do najważniejszych  we wspinaczce kobiecej tamtych czasów, obok sukcesów Japonek, Tybetanki Phantog, Arlene Blum czy dwójki Krüger-Syrokomska – Okopińska na Gasherbrumie.

Dla Wandy sukces ten ma także inne znaczenie. Przekonuje się, jak ważny w sporcie, także w alpinizmie, jest aspekt medialny. Jak istotne jest nie tylko samo zdobycie  szczytu, ale i to, co się dzieje podczas zejścia i potem. 

 „Z żadnego szczytu „wielkiej trójcy” nie jest łatwo zejść – pisze Kacper Tekieli –  Najłatwiejsze wydaje się zejście z Eigeru (3970m), jednak popołudniowe słońce ma spore szanse na niebezpieczne w skutkach rozmiękczenie najłatwiejszej drogi do namiotu. W takim wypadku pozostanie droga eksponowana, bliżej grani i zawierająca wśród przeszkód spory, choć zaporęczowany uskok. Warto być przygotowanym na oba warianty.*** Którym wariantem zeszły Duśka, Stefania i Wanda? Tego Rutkiewicz w swym artykule do „Taternika”, ani tym bardziej w książce nie napisała. 

* Wanda Rutkiewicz, współp. aut. Ewa Matuszewska, na jednej linie, Warszawa 2010, s.120
**Christine de Colombel, Les grands de la montagne, Paris 1978, s.166.
***Kacper Tekieli, Trylogia alpejska dzisiaj, CRAG Magazine, 18 grudnia, 2017, https://cragmagazine.pl/trylogia-polnocnych-scian/, (dostęp 18.08.2023)