Kanczendzonga

Kanczendzonga

Prologos

To nie jest zwyczajna góra, mówiła matka, Maria Błaszkiewicz. – Jest wyjątkowa, jak Olimp. To centrum świata i siedziba bogów, święta góra sikkimskich Rongów, po nepalsku Lepczów; oni dobrze wiedzą jakie skarby w sobie kryje: sól, złoto, turkusy, święte księgi, oręż i cudowne leki. Wielka Kangchendzonga. Kang znaczy – śnieg, chien – wielki, dzod-skarbnica i nga – pięć czyli Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu. Nikt niepowołany jej nie zdobędzie, więc himalaiści zatrzymują się zawsze kilkanaście metrów przed wierzchołkiem. A kobiety? Duchy obecności kobiet sobie nie życzą, bo kalają jej czystość. 

Co na to geograf? O rzut kamieniem od głównego łańcucha Himalajów potężny masyw Kangchendzongi rozłożył się dumnie między Nepalem a Sikkimem. Jest pod protektoratem Indii, a granica przechodzi przez jego grzbiet, ale monsuny geopolityką się nie przejmują i nie mając żadnej naturalnej przeszkody wściekle atakują górę od strony Zatoki Bengalskiej. To trzeci szczyt ziemi, 8586 metrów. Tyle mierzy jego najwyższy, silnie zlodowacony i zaśnieżony południowy wierzchołek, trzy pozostałe, rownież ośmiotysięczne niewiele mu ustępują. Z masywu spełza pięć lodowców, z którego najdłuższy, Zemu, o długości  27 kilometrów długości zatrzymuje się dopiero na wysokości 3900 metrów.  

A dla himalaisty? Organizacyjnie wyprawa niełatwa i kosztowna, mimo względnej bliskości do podnóża góry. Potem jest gorzej. Szczyt jest daleko od potencjalnie ostatniego obozu, a drogę do niego smagana monsunami i chimerna Kangchendzonga zagradza lodowymi serakami, przepaścistymi oblodzonymi graniami, odstrasza gwałtownymi załamaniami pogody, śnieżnymi burzami, kąsa niską temperaturą. Technicznie? To trudna góra? „Klasyczna droga nie.[…]– mówi Leszek Cichy. – Jest długa, ale nie ma trudności skalnych, cały czas idzie się po śniegu.  Ale […] od północy to rzeczywiście droga dużo trudniejsza, dosyć skomplikowana, bo są tam przełamania, dwa pasy seraków dzielące ścianę na trzy części, które trzeba po prostu obejść. – ciągnie Cichy. – Poza tym północna część jest rzadziej uczęszczana, więc w kluczowych miejscach wystarczy nawet głupia szczelina…, tam nawet poręczówek nie ma.” 

Do kosmologii i ezoterycznych doktryn mamy Wanda wagi nie przywiązuje. Zawsze miała do nich bardzo powściągliwy stosunek, choć sztuka Nikołaja Roericha spodobała się jej i od jakiegoś czasu chętnie pożyczała albumy z jego malarstwem na prelekcje. W Karawanie do Marzeń początkowo odkłada Kang na sam koniec. Czuje przed nią wyjątkowy respekt, obawia się jej. Instynkt? Już się z nią zmierzyła: wie, co ją czeka.

Epeisodion I

1988-1989

Zima 1988. To mogło być pierwsze kobiece weście na Yalung Kang, zachodni wierzchołek Kangchendzongi.  Ale góra pokazała pazury. Samo dojście do bazy to uciążliwy  trekking. Kang leży w najodleglejszym punkcie Nepalu wschodniego, od Katmandu dzieli ją 14 godzin jazdy, dalej można już tylko pieszo, bez tragarzy ani rusz. Sześć do dziesięciu godzin dziennie marszu z 80 kilogramowym ładunkiem na plecach. Szlak wiedzie przez tarasowe pola, pnie się na górskie grzbiety, obok wodospadów i malowniczych dzikich wąwozów. Niebezpieczne osuwiska, prymitywne, bambusowe mosty, rododendrony, sosnowe lasy, porosty, storczyki – na monotonię krajobrazu trudno się skarżyć. Z rzadka w polu widzenia pojawiają się przeklejone do zbocza domostwa. Na wysokości 3410 metrów pojawia się staw i święty las z  małą skalną świątynią poświęconą  jego bogini – Dewin Than. Wreszcie, po dwóch tygodniach marszu wędrowca witają flagi modlitewne przy domach w ostatniej mijanej wiosce i, krótko potem, baza. Wszystko wokół niej tkwi jakby w lodowym uścisku: lodowce, skały, góry. A im wyżej, tym gorzej, by nie powiedzieć straszniej. Wszędzie zalegają masy świeżo spadłego śniegu i każda próba przedarcia się przez nie i wejścia w stromiznę lodowych zboczy kończy się porażką lub prosi się o nieszczęście. Do tego straszliwe, kąsające zimno i ciągłe ryzyko lawin. 

Wyprawa jest polsko-niemiecka, a dokładniej wrocławsko-niemiecka: sześciu himalaistów ze stolicy Dolnego Śląska, dwóch naukowców z Getyngi i one dwie, jako niezależny zespół: Wanda i Ewa Panejko-Pankiewicz. Panie są w formie, silnie zmotywowane; walczą, szarpią, wkładają w to wszystkie swoje moce i energię, ale góra z łatwością wysysa z nich siły i w rezultacie ledwie udaje im się przekroczyć granicę 7000 metrów. Poddają się. Przez cały czas towarzyszył im strach, powie później Rutkiewicz. I jeszcze coś. Na kosmologię można machnąć ręką, a jednak ta góra rzeczywiście coś w sobie ma, coś, co wyzwala jakieś szczególne emocje, dziwną energię. W rozrzedzonym powietrzu każdy krok wiele Wandę kosztował, a co dopiero „Maleństwo”, jak nazywano Ewę, z jej 152 cm wzrostu? Jednocześnie Wanda wyraźnie czuła, jakby ktoś jej pomagał. Mama modląca się za nią w domu? A może bliskość bogów?

Nie pomogło. Pogoda ani warunki się nie zmieniły, śniegu nie ubyło, a lodowe zbocza nieustannie strząsały z siebie lawiny. Po trzech miesiącach Polki zakończyły wyprawę, ale Wanda wiedziała: prędzej czy później tu wróci.

Epeisodion II

1991

Uroczystość była krótka i bardzo miła. W ambasadzie Pakistanu w Warszawie udekorowano Wandę jednym z najważniejszych odznaczeń państwowych tego kraju. Przyszło kilka życzliwych osób, Józef Nyka, Ewa Panejko-Pankiewicz, Andrzej Zawada, Hanna Wiktorowicz. Gratulacje, zdjęcia, uśmiechy, ale Wandzie ( i Ewie)  spieszno do domu: muszą się pakować. Kangchendzonga czeka!

To druga próba Rutkiewicz na Kang i pierwszy „postój” w jej „Karawanie do Marzeń”, nowatorskim projekcie zdobycia Korony Himalajów. Partnerką na linie będzie znowu Ewa Panejko-Pankiewicz. Polki dołączają do piętnastoosobowej słoweńskiej wyprawy “Kanch’91”, kierowanej przez Tonego Škarję. Cel wyprawy – wejście na Kangchendzongę bez tlenu drogą brytyjską z 1955 roku, wejście wschodnią ścianą na Jannu i otwarcie nowej drogi na ścianie południowej. To bardzo ambitne plany, ale Słoweńcy mają w zespole kilku  alpinistów światowej klasy i Mariję Frantar, najlepiej wspinającą się kobietę w Jugosławii. Lider, Škarja,  ma kierować wyprawą z bazy.  

Bazy, do której dojście stanowią jedynie strome ścieżki, wspinające się na wysokość 2000-3000 metrów. Juczne zwierzęta już tędy nie przejdą. Powyżej pasma gór trzeba dojść do graniczącej z Tybetem, głęboko wciętej doliny Tamur Kosi. Jeśli trzeba w Dobhan, największej z tutejszych osad  można zaopatrzyć się w brakujące artykuły pierwszej potrzeby. Potem droga wiedzie w górę rzeki, przez osuwiska, kamieniste pola i prymitywne, wiszące mosty, wzdłuż rzeki, czasem gdzieś górze po wysokim zboczu. Przy ostatnich tybetańskich osadach rosną już tylko krzewy i jałowce. Już blisko. Po zboczu moreny lodowcowej dochodzi się do łudząco przypominających Alpy, chat w Ramtangu. Jeszcze trzeba odbić od lodowca Kangchendzongi do lodowca Lhonak i dzień później dociera się na wysokość 5150, lodową morenę, nad którą króluje, w całym swym majestacie Kangchendzonga. 

Wyprawa rusza z Katmandu 25 marca, a ponad dwa tygodnie później zakłada bazę. Słoweńcy nie tracą ani chwili: działają według ustalonego planu i na drodze normalnej szybko zakładają cztery obozy. Polki wprawdzie pomagają przy wytyczaniu drogi i poręczowaniu, ale ich tempo i plany bardzo opóźnia choroba Ewy. Co za pech…Sytuacja Wandy się komplikuje: Początkowo wydawało się, że ich szanse na pierwsze kobiece wejście na trzeci szczyt ziemi są duże, ale Wanda nie przewidziała jednego. Marija Frantar, aczkolwiek miła i skromna równie chętnie sięgnęłaby po ten laur. Sprzyja temu Škarja, typ wyprawowego dyktatora, który brak możliwości rzeczywistego sterowania męską częścią ekipy odbija to sobie na Mariji. Obecność Polek, a zwłaszcza Wandy podgrzewa atmosferę rywalizacji, a to nie wszystkim się podoba. Poza tym jedni uważają, że Polki dobrze się integrują, drudzy, że wprost przeciwnie: Wanda przeszkadza samą swoją obecnością.

Ale w górach Słoweńcy szybko odnoszą sukces: zaliczają pierwsze wejście wybitnym południowym filarem i wchodzą na wierzchołek główny. 30 kwietnia, z obozu czwartego na wysokości 7600 metrów do ataku na główny wierzchołek Kangchendzongi rusza kolejny zespół, a w ślad za nim, 3 maja – Marija Frantar ze swym partnerem, Jožem Rozmanem. Polska dwójka też jest wysoko, ale Ewę wykańcza choroba. Infekcja gardła wyklucza ją z dalszej akcji, ale Wanda nie odpuści. Ma namiocik, radiotelefon i jest w dobrej formie.

„Widać było po niej w jakim jest stresie –
mówi Janusz Majer - to na twarzy widać,
jak człowiek jest już taki zagoniony,
przytłoczony tym swoim wewnętrznym
światem. Tak ją zapamiętałem  z tych
ostatnich jej dni.” Zmęczona,
rozkojarzona, spięta…

Noc. Słoweńcy rozpoczęli atak, a w obozie III przez radiotelefon Wanda słucha ich rozmów z bazą. Jej zdaniem obóz IV jest za nisko, jak na atak szczytowy bez tlenu. Wprawdzie mają ze sobą butlę, ale tylko jedną na dwoje i jest to dodatkowe obciążenie. Wanda nie wszystko rozumie, ale szybko dociera do niej, że w górze zaczyna dziać się coś niedobrego. Warunki pogodowe się pogarszają, Marija i Jože musieli zawrócić zaledwie 150 metrów od celu i teraz schodzą. Próbują schodzić, bo na górze rozpętuje się prawdziwe piekło. Do rozmów z bazą wkrada się coraz większa nerwowość, potem jest już tylko gorzej: głosy Marij i i Jožego zaczynają słabnąć. Frantar narzeka na wiatr, który ją oślepia. Już prawie nic nie widzi. Jože milknie. Kontakt się urywa. Wanda wie, że to walka nie o zejście niżej, a o życie. Odzywa się baza. Tone też się niepokoi, prosi ją o rekonesans. Czy z obozu III widać światła czołówek? Polka ubiera się i wychodzi przed namiot. Uderzenia wiatru niemal zwalają ją z nóg. Nie widzi nic. Musi czekać do świtu.

Rano nie przynosi uspokojenia, przeciwnie. Pierwsze ciało, Jožego, Wanda odkrywa 400 metrów poniżej obozu czwartego. Wyżej czerwienieje kombinezon Mariji. Rutkiewicz łączy się z bazą i przekazuje informację, sama nie jest w stanie pochować ciał, partnerzy muszą podejść do góry. Schodzi do bazy, a tu -. niespodzianka: Škarja ogłasza koniec wyprawy. Jak to? A co z jej atakiem szczytowym? Wanda protestuje! Tak, śmierć Mariji i Jožego to wielka tragedia, ale oni, Słoweńcy cel swój osiągnęli, a ona? Za udział w wyprawie zapłaciła za siebie i Ewę 10 tysięcy dolarów, a na wysokości 7200 zostawiła cały swój sprzęt, kamerę i cenne kasety z materiałem filmowym. Czy Tone nie może pozostawić kogoś w bazie? Ewa, ze swym zapaleniem strun głosowych i oskrzeli nie jest w stanie jej towarzyszyć. Jednak decyzja kierownika wyprawy jest nieodwołalna. Rutkiewicz rusza samotnie do obozu III, zabiera tyle sprzętu, ile udźwignie i schodzi do bazy. Zastaje tylko dwóch tragarzy, którym spieszno zejść na dół i osłabioną Ewę. 

Co za historia! To dopiero początek Karawany do Marzeń i już falstart. Polka siedzi w opustoszałej bazie i ze złości rzuca kamieniami. Trudno. Wróci tu w przyszłym roku. I wraca: w maju 1992.

exodos

1992

Która opowieść jest prawdziwa? Ta, w której lama odprawiający modły przed wyprawą oznajmia, że żadna kobieta na szczyt Kangchendzongi nie wejdzie? Czy ta o starej kobiecie, która mówi Wandzie wprost „nie wrócisz”? Bo ta, że któregoś ranka uczestnikom wyprawy przyśnił się ten sam sen niepokojący sen z młodą dziewczyną na pewno. Ale Wanda jest realistką: lamie na pewno nie wierzy, a kobiecie odpowiada zdecydowanie „wrócę”. Jednak jakoś trudno wytłumaczyć tę jej nietypową nerwowość przed wyjazdem, tak odmienną od wcześniejszej, zwyczajowej reisefieber, przedwyprawowej gorączki. Dziwne pożegnanie z matką, niecodzienne zachowania, niepasujące do uporządkowanej, zorganizowanej Wandy, załatwianie spraw, które spokojnie mogły zaczekać do jej powrotu. Niepokojący był jej stan fizyczny. Na badaniach zaleconych przez profesora Lecha Korniszewskiego, partnera z Shisha Pangmy, Wanda się nie pojawiła. Ograniczyła się do odebrania specjalnie przygotowywanego  zestawu leków na najbardziej palące dolegliwości i nagłe sytuacje. Wiele do życzenia pozostawała też jej kondycja psychiczna. Jej wypowiedzi: „mam już tylko matkę i góry”, ”nie mam nic do stracenia”  nie nastrajały optymistycznie, a na jej postrzeganiu otoczenia i świata tu, na dole, głębokim cieniem kładły się utrata życiowego partnera, Kurta Lyncke-Krügera i ciągnąca się za nią jak smuga gryzącego dymu afera z Annapurną. Mocno ciążyła presja związana z problematycznym przebiegiem Karawany do Marzeń. „Widać było po niej w jakim jest stresie – mówi Janusz Majer – to na twarzy widać, jak człowiek jest już taki zagoniony, przytłoczony tym swoim wewnętrznym światem. Tak ją zapamiętałem  z tych ostatnich jej dni.” Zmęczona, rozkojarzona, spięta…

Matkę uspakajała. Po południowej stronie ma przygotowane schowki, depozyty po wyprawie słoweńskiej: zapasy jedzenia, może pojemniki z gazem, namiot. Owszem. Tylko co z tych depozytów zostało po roku i jak ktoś w ekstremalnej sytuacji miałby je znaleźć i odkopać? Tę górę odkładała na koniec. Obawiała się jej. Ale na skutek różnych komplikacji grafik wypraw się zmieniał i po nieudanym ataku na Dhaulagiri Wanda zdecydowała: Kangchendzonga po raz trzeci. 

Ekipa była słaba, to właściwie rodzinna, meksykańska wyprawa: Carlos Carsolio – najbardziej doświadczony i najlepszy technicznie; jego żona Elsa Ávila – zdobyła Shisha Pangmę, ale to niski i łatwy ośmiotysięcznik; brat Carlosa Alfredo – silny jak tur, ale słaby technicznie i wreszcie Andrés Delgado, nazwany przez Wandę „Małym”, dobry w skale, ale od razu trzeci szczyt świata? Mimo to Rutkiewicz uznała, że to dobra okazja, z kolei  Carlos uznał, że ona i Arek Gąsiennica-Józkowy to dla nich wzmocnienie, także wizerunkowe. Ale czy Arek, silny i świetny technicznie, sprawdzi się na ośmiu tysiącach? I dlaczego Meksykanie wybrali północną ścianę, zastanawia się Leszek Cichy. Może to była kwestia zezwolenia? Niby droga jest oczywista, ale trudniejsza.

Lotnisko Okęcie. Ostatnie chwile w Warszawie, w Polsce. Rutkiewicz zwraca na siebie uwagę: zgrabna, w sportowym ubraniu, sprężystym krokiem oddala się w kierunku poczekani. Jest 26 lutego 1992 roku.

29 lutego Dharan Bazar. Wyprawowa młodzież – Arek, Alf i Andrés dobrze się spisała. Wszystko załatwione, kupione, ładunki spakowane. Karawana rusza w trzynastodniowy marsz do bazy. Atmosfera świetna, tylko Meksykanie trochę psują humor Wandzie: nazywają ją „abuela”, po hiszpańsku „babcia”. W Kambachen, ostatniej wsi przed dotarciem do północnej bazy pod Kangchendzongą lama odprawia pudżę za powodzenie wyprawy.

12 marca Meksykańska część wyprawy i Arek dochodzą do bazy. Wanda zostaje w tyle, chce nakręcić trochę materiału filmowego dla zachodnich stacji telewizyjnych. Zatrzymuje się też w wiosce Taplejung, ostatnim miejscu, w którym może skorzystać z usług pocztowych.

13 marca Wanda już w bazie. Jest zimno, bardzo zimno, choć to już końcówka himalajskiej zimy. Jej to nie przeszkadza. Arek i pozostali wkładają dwie, trzy pary skarpet czy odzieży, by się rozgrzać, a tymczasem „abuela”… Jej odporność na niskie temperatury jest legendarna, dokonania też, więc co z tego, że ma 49 lat i że chodzi wolno? To ona jest gwiazdą himalaizmu, nie oni! Elsa ją podziwia.

16 marca Wanda wraca do bazy. Wraca? Nie czuła się dobrze i musiała zejść na parę dni dwa tysiące metrów niżej. Arek ma na nią zaczekać z akcją górską. Rutkiewicz wraca, ale lepiej nie jest. Nadal ma spuchniętą twarz i dłonie, boli ją całe ciało. Nie rozumie tego. To ewidentnie wpływ wysokości, ale dlaczego? Przecież zawsze dobrze się aklimatyzowała? Nie przyznaje się też, że ma problemy z wątrobą, za to tego, że boli ją noga – odzywa się stara kontuzja z Elbrusu – ukryć się nie da, bo utyka.

21 marca Rest day czyli dzień w bazie. Pranie, porządki, przygotowania, plany.
22 marca. Ruszają w górę. Elsa kręci materiał dla stacji telewizyjnej, a Wanda z „młodymi” mają donieść liny do podstawy ściany. Carlos zdejmuje na chwile gogle i szybko tego pożałuje. Zaczyna skarżyć się na ból oczu i głowy. Śnieżna ślepota? Meksykanie zakładają obóz pierwszy, Wanda i Arek jedynie donoszą ładunki do obozu depozytowego. Dobrze układa się współpraca Arka z Alfredo: połączenie siły fizycznej Meksykanina i techniki Polaka daje efekty, zakładają dwieście metrów poręczówek; Arek, bardzo pracowity i idealny partner liny w starym dobrym stylu, do obozu dociera w trzy godziny. Wandzie, ze względu na problemy zdrowotne, zabiera to trzy godziny dłużej. Ustala więc z Carlosem, że na razie nie będzie działać zbyt intensywnie.

26 marca List Wandy do Marion. Przyznaje, nie przygotowała się dobrze do tej wyprawy. Od pierwszej chwili w bazie ma jakieś problemy. Jest przeziębiona, boli ją gardło, właściwie całe ciało, ale na kolejny dzień planuje wyjście z Carlosem do obozu I i dalej, aż do końca poręczówek pod Przełęczą Północną na wysokość 6900; już dawno powinien tam być obóz II, ale chociaż śniegu jest mało, ciągle jest duże zagrożenie lawinowe. Łatwo więc nie będzie. Ale może wreszcie trochę zelży to wietrzysko na szczycie?

27 marca Doszli do poręczówek na 6900. Stąd droga na szczyt wiedzie przez tzw. Trzy Tarasy, to one nadają północnej ścianie jej charakterystyczny wygląd. Czy o tych przełamaniach mówił Leszek Cichy”? A dalej? Tak jak Japończycy, dwanaście lat wcześniej czy innym wariantem, jak Czesi, którzy obchodzili niektóre trudności?

29 marca Stanął obóz II. Najpierw poszedł Arek z Alfem: pierwszy prowadził i zakładał poręczówki, drugi je dźwigał. Po ich śladach szedł Carlos z Elsą. Obóz założyli w nocy, na przełęczy, na wysokości 6890 metrów, ponad 1200 metrów wyżej od jedynki. Szło im się fatalnie: pod ciężarem stopy biały puch zapadał się, a druga noga lub partner wpadali jeszcze głębiej. I ciągle ryzyko lawin, mogły zejść w każdej chwili.

30 marca Od północy do dwójki próbują dotrzeć Wanda i Andrés z kolejnym ładunkiem gazu i żywności. Są straszliwie zmęczeni, ale Meksykaninowi się to udaje, zaś Wanda decyduje się na biwak w lodowej jamie, jakieś dwieście metrów poniżej przełęczy. Ma wszystko, czego potrzebuje, śpiwór, płachtę goreteksową, palnik, gaz, picie i jedzenie. Jest zdecydowanie w lepszej formie, działa już aklimatyzacja. W przeciwieństwie do Andrésa tę noc, jak i następną znosi nieźle. Tylko Kangchendzonga znowu wytoczyła swe najcięższe działa: śnieżycę i wiatr. Rano zgodnie z planem Rutkiewicz zostawia na przełęczy ładunek i schodzi z Andrésem do jedynki – chłopak uskarża się na bół pod żebrami. Na przełęczy Alf, Carlos i Arek wciąż walczą z wiatrem, dochodzącym do 100 km. na godzinę.

1 kwietnia Zakładanie poręczówek i kolejnych obozów idzie dobrze, choć już samo podejście do podstawy ściany na 6100, od obozu I przez lodowiec poprzecinany szczelinami wymaga wysiłku. A co dopiero mówić o wynoszeniu do góry sprzętu i poręczowaniu drogi? To właśnie było zadaniem Carlosa i Arka, z czego obaj wywiązują się znakomicie. Zwłaszcza Arek Gąsiennica-Józkowy wkłada w to mnóstwo sił i energii. Podobnie jest z założeniem obozu III, w tzw. “Sugar Soaf”, na wysokości 7400 metrów: ciężko pracują na to Carlos, Elsa I Arek. Mało tego, czterysta metrów wyżej zakładają obóz IV i choć to właściwe bardziej biwak niż obóz, ale jednak!

2 kwietnia Jeden niekontrolowany ruch na morenie i noga Carlosa leci w bok. Skręcone kolano, spuchnięta noga, o samodzielnym zejściu do bazy Meksykanin może tylko pomarzyć, a że chuchrem nie jest, znoszenie go, przez sześciu mężczyzn, trwa osiem godzin. Sprzęt znoszą Elsa i Wanda. Diagnoza lekarza sąsiedzkiej, niemieckiej wyprawy akademickiej, jest bezwzględna: gips i trzy tygodnie pauzowania. Carlos oczywiście odmawia. Jest przekonany, że silne środki przeciwbólowe i usztywnienie kolana mu wystarczą. Jak sam później powie, jest to jego pierwszy błąd. Pierwszy? A jakie popełni potem?

6 kwietnia Prócz Carlosa wszyscy idą w górę, najpierw razem do jedynki, potem, każde w swoim tempie, do dwójki i trójki. W dwójce najpierw zamelduje się Alfredo, godzinę później najlepszy technicznie Arek. Po półtoragodzinnej przerwie pojawia się, kompletnie wykończona Elsa, a dopiero dwie godziny po niej Wanda. Jest bardzo wolna, najwolniejsza, za to utrzymuje stałe tempo i po zaziębieniu nie ma już śladu.
Obóz III. 7350 metrów. Sto, może sto pięćdziesiąt metrów wyżej czeka tak zwany Castel,  czyli zaczynają się pierwsze trudności.

11 kwietnia Obóz III. Elsa schodzi z Alfem, Wanda wprost przeciwnie. Jakby złapała drugi oddech, chciałaby iść wyżej, ale Arek ją stopuje. Spokojnie, tłumaczy, trzeba odpocząć, pojeść, nabrać sił. Wanda nie oponuje. I w ogóle jest jakaś inna: zawsze rzeczowa i oszczędna w słowach nagle się otwiera, mówi o sobie, jest naturalna i przyjacielska. Jej listy też są mniej „sprawozdawcze”, więcej w nich uczuć, emocji.

12 kwietnia Arek poręczuje Castel, około 150 metrów ponad obozem III. Jest zadowolony, nie często zdarza się iść na pierwszego w trudnym terenie, na wysokości jakichś 7500 m. Wanda go asekuruje. Jest w dobrej formie, może najlepszej podczas całej wyprawy, choć raczej psychicznie niż fizycznie. Ale skoro, jak mówi Arek, poręczówki założone, “droga do szczytu stoi otworem.” Wanda podchodzi jeszcze trochę do góry: chce spojrzeć, jak to wygląda na drodze do szczytu. Pogoda znakomita, wiatr ustał, widoki fantastyczne. Akcja się posuwa.

* W cieniu Everestu, Anna Pietraszek, Warszawa. TVP, czyli wszystko pod kontrolą.

13 kwietnia Powrót do bazy, trzy dni odpoczynku i znowu wyjście do góry. I nagle pech. Załamuje się pogoda. Wiatr wieje z prędkością 120, 150 km na godzinę, mróz -20◦.Arek obiecuje Wandzie, że jak tylko trochę przestanie wiać, podejdzie do obozu drugiego, ale nie dalej. Wanda to przyjmuje bez problemu. Arek dotrzymuje słowa, tyra dalej i w trzy godziny dochodzi do dwójki Odkopuje zasypany i podniszczony namiot. Choć łopatę też zasypało. Gotuje wodę, przygotowuje jedzenie. Czeka na Wandę. W obozie III powtórka z dwójki. Przeklęty śnieg!

16 kwietnia Arek toruje bez wytchnienia. Wchodzi na 7600, gdzie śnieg sięga mu kolan, czasem do połowy uda. Poręczówki się kończą, ale idzie wyżej, aż do obozu IV. Przez całą noc na zmianę odkopuje rozstawiony namiot i próbuje coś gotować, z mizernym zresztą skutkiem Czeka na Wandę.

17 kwietnia O 6 rano szybka decyzja: w dół! Po drodze – jest Wanda, która oczywiście usiłuje go zatrzymać. Arek odmawia: jest niewyspany i zaczyna boleć go głowa. W dwójce zastaje Andrésa i schodzą razem do bazy. Arek czuje się tak źle, że nie ma siły nieść plecaka.
List Wandy do Marion. Jeszcze nie zdecydowali, którędy pójdą na szczyt. Każdy wariant jest bardzo trudny,  do tego jeszcze lawiny i ten szalejący, silny wiatr. Wanda czyta Imię Róży po niemiecku. Liczy, że o ile pogoda się poprawi i wszystko pójdzie jak trzeba, 23 kwietnia powinna wejść na szczyt, a 26 będzie już z powrotem w bazie.

19 kwietnia Wszyscy wychodzą do jedynki, a potem wyżej. Cel: próba ataku szczytowego. Elsa się zastanawia. Z kim miałaby iść na szczyt, jeśli w ogóle? Arkowi i Alfredowi brak doświadczenia. Oczywiście jest Wanda, najbardziej doświadczona, tylko że Wanda jest bardzo, ale to bardzo wolna. Dłuższy odpoczynek i wszyscy ruszają powyżej trójki. Elsa dochodzi do niego jako przedostatnia, za nią już tylko Polka, ale jeszcze jej nie widać. Namiotu nie udaje się rozstawić, pozostaje im biwakować w wykopanej przez Carlosa jamie.

20 kwietnia Porażka. Warunki na górze – okropne: silny wiatr dochodzący do 100 km na godzinę, burza śnieżna, mgła i mróz poniżej 35 stopni. W tych warunkach Wanda spędziła dwie noce na wysokości 7900 m., w śpiworze i płachcie biwakowej z goreteksu. Meksykanie także, ale Elsa i Alfredo przypłacili to poważnymi odmrożeniami. Arek zrezygnował już po pierwszej nocy, Wanda próbowała jeszcze dojść do 8000 m., ale musiała zawrócić. Warunki polepszyły się dopiero na wysokości obozu II. W bazie lekarz wyprawy niemieckiej ogląda ręce Elsy i stopy Alfa. Jego diagnoza nie pozostawia złudzeń. Szpital. Trzeba wezwać helikopter. Arek nie chce iść do góry. Pomoże tylko do podnóża góry, Andrés też jest bezużyteczny. Została już tylko ona i Carlos. Z Arkiem jest coś nie tak. Przewrócił się w drodze do jedynki. Choroba wysokościowa?

28 kwietnia List do Marion. Wszystko w porządku, ale pierwsza próba ataku szczytowego się nie powiodła z powodu złych warunków, ale ona, Wanda, dawała radę. Elsa i Alfredo poważnie się odmrozili. Z nogą Carlosa też niedobrze: zerwane ścięgno, najlepiej byłoby założyć gips, na jakieś trzy tygodnie, ale Carlos nie chce o tym słyszeć.
Pogoda fatalna! Wieje silny wiatr i napadało mnóstwo śniegu. Wanda czeka na okienko. Liczy, że do Katmandu wróci w połowie maja, może później, około 20 maja?

2 maja Baza. Niebo całe w chmurach, raz po raz pada śnieg. Powinien przylecieć helikopter po Elsę i Alfredo. Zostanie ich czwórka: Andrés będzie pomagał Carlosowi, a Arek Wandzie, Maszyna przylatuje, ale pogoda taka, że nie daje rady zabrać Meksykanów. Muszą dojść do wioski i tam zaczekać. Na domiar złego Arek zatruł się owocami z puszki: chciał pojeść trochę witaminek, a zamiast tego gorączka i problemu żołądkowe. Zepsute mango to początek jego ogromnego pecha, a może i nieszczęścia Wandy. Biegunka niemal zwala go z nóg, pozbawia sił, całą noc biega na stronę. O ataku szczytowym oczywiście nie ma mowy, ale i bez mango Arek jest dziwnie zmęczony. Oczywiście wyjdzie z Andrésem do jedynki, założą ślad i poniesie Wandzie sprzęt. Zrobi chociaż tyle.

5 maja Cała czwórka rusza z ładunkami najpierw do jedynki, a potem do miejsca, do którego doszli Arek z Alfem. Jednak nikt nie daje rady, wszyscy wracają do jedynki, a stamtąd przez lodowiec do podstawy ściany. Ciągle pada śnieg i wieje. Przeczekują najgorsze i znowu do góry. Arek robi, co może, by Wandzie pomóc. Nadal czuje się fatalnie, mimo to chce ponieść jej trochę sprzętu, może założyć ślad. Ale przed jedynką dzieje się z nim coś dziwnego: jest mu na przemian zimno i gorąco, oblewa się potem, ma zaburzenia wzroku, dopadają go gwałtowne poty. Malaria? Oddaje sprzęt Wandzie i schodzi do bazy, gdzie spędza dwie ciężkie noce: gorączkuje, cierpi na przejściowy paraliż. Zupełnie nie wie, co się z nim dzieje. Do bazy przychodzi Andrés. Wanda i Carlos poszli do góry, mówi.

6 maja Wanda do Marion. No i widzisz, sytuacja się powtarza, na końcu zostaję sama. Szkoda, że Arek się poddał. Do tej pory dużo i ciężko pracował, na podejściu do obozu II właściwie sam powiesił prawie tysiąc metrów poręczówek. Ona i Carlos wybrali z Carlosem wariant wejścia na przełęcz północną, Jest trudniejszy, za to pozwala uniknąć lawin. Do dwójki pójdą razem, potem każdy działa na własną rękę; Wanda chodzi wolno, ale świetnie znosi niskie temperatury. Carlos jest szybszy, ale dłuższe przebywanie w „strefie śmierci” znosi znacznie gorzej. Oczywiście w razie potrzeby będą się wspierać.

7 maja Wanda robi ostatnie notatki. U góry strony zapisuje: ”Telefon do Polski”.

10 maja Plan Polki jest prosty: z obozu II na wysokości 6890 m. pociągnie aż do czwórki. Wychodzi około godziny 11, ale jest tak wolna, że Carlos, który ruszył z dwójki między godziną 17 a 18, czyli ponad sześć godzin po Wandzie spotyka ją dopiero na wysokości 7350 metrów, w miejscu, w którym przedtem znajdował się obóz trzeci. Śnieżyca i lawiny zrobiły swoje, ale Carlos pogłębia jamę, odkopuje, co się da, naprawia. Muszą coś zjeść i uzupełnić płyny. Wanda nie jest w najlepszym stanie. Przez trzy godziny gotuje sobie zupę, którą natychmiast zwymiotuje. Je, pije i wszystko zwraca. Pisze list do Marion. Nietypowy, inny niż zwykle, ciepły. Konkretna i rzeczowa zwykle Wanda nieco się otwiera, poza tym jest lekko podenerwowana, spięta. Wejście nie jest łatwe, pogoda wciąż wariuje, a ona będzie sama.

11 maja Wysokość ponad 8000 metrów, strefa śmierci. Obóz IV, założony wcześniej przez Arka jest całkowicie zniszczony. Carlos dochodzi do niego o 6 rano. Pogłębia jamę, jakoś wygrzebuje ze śniegu dwa śpiwory i wypełnioną do połowy butlę gazową. Gotuje wodę dla obojga, ale minie dwanaście długich godzin, nim Wanda, po ciemku, do niego dotrze. Jest odwodniona, dużo pije, ale widać, jak bardzo jest zmęczona, Mimo to ani na chwilę nie rezygnuje z ataku szczytowego. Wysuszone gardło domaga się wody. Jedzenia niekoniecznie, bo na tej wysokości organizm jedzenia nie przyswaja, ale pić trzeba: to warunek absolutny, by moc funkcjonować i przeżyć. Carlos topi śnieg na gazowym palniku i poi Wandę i siebie. Wypijają po dwa litry, kolejny litr szykują na drogę. Wanda znowu ma biegunkę, znowu wymiotuje. Zasypiają o 23 i mimo wszystko noc, a właściwie cztery nocne godziny, mijają spokojnie.

12 maja 3.30 rano. Budzą się w miarę wypoczęci, ale nie mają już ani picia, ani żywności, ani gazu. Nie mają też radiotelefonu. Wanda prosi Carlosa, by zabrał sto metrów cienkiej liny, by ubezpieczać ją na przełęczy. Carlos chce wyjść jak najszybciej, by znaleźć się na szczycie około godziny 10. Wychodzą na zewnątrz. Kangchendzonga nadal sypie śniegiemi widoczność jest słaba. Śnieg jest twardy, zmrożony, noga dokucza, więc Carlos idzie wolno, ale i tak z każdym metrem Wanda traci do niego dystans. Ich marsz z obozu I obserwuje przez lornetkę Andrés. Patrzy, jak jeden punkcik przesuwa się systematycznie do góry, potem dostrzega drugi, który ledwie się porusza. Wkrótce Carlos traci Wandę z oczu, a około godziny 17, po siedmiu godzinach wspinaczki osiąga szczyt. Ma szczęście: chmury ustąpiły, przed nim rozciągała się fantastyczna panorama. Mija pół godziny, Wandy wciąż nie ma. Czas ucieka, kolano rwie, w dół, teraz tylko w dół. Schodzi. Około dwudziestej w poprzek drogi, na wysokości 8300 metrów natyka się na linę. To Wanda – sygnał „tu jestem”. Okryta goreteksową płachtą Rutkiewicz siedzi, a raczej na wpół leży w wywianej przez wiatr śnieżnej jamie, w żółtostalowym kombinezonie, czapce, rękawiczkach i goglach. Nie ma namiotu, śpiwora, palnika, gazu, jedzenia, nie ma niczego poza paroma cukierkami i dwudziesto, może trzydziestometrową liną. Ale to nic, mówi, czuje się dobrze, musi tu zostać, tu, w strefie śmierci, na kolejną noc i po prostu trochę odpocząć. A jutro z rana pójdzie na szczyt. Czy Carlos nie pożyczyłby jej swoich puchowych spodni? Nie? Nie, są mu potrzebne. Carsolio jest świadom sytuacji. Polka ma problemy z nogą, jest krańcowo wyczerpana, odwodniona, trzęsie się z zimna, ale jest całkowicie przytomna i w pełni władz umysłowych. Pyta o trudności w drodze na wierzchołek. Ma już za sobą dwa biwaki, a ostatni odcinek do szczytu wcale nie jest łatwy, ale Carlos widzi w jej oczach niezłomne postanowienie: za wszelką ceną pójdzie dalej, aż do końca, a on, choć próbuje, stara się, nie ma prawa żądać, by zeszła razem z nim. Jak miałby ją przekonać? Siłą? Argumentami? Jakimi? To ona była gwiazdą himalaizmu, tą wielką Rutkiewicz! Nie martw się zobaczymy się na dole, mówi Wanda widząc, jak bardzo chłopak jest zmartwiony. Wszystko trwa nie więcej niż dziesięć minut. Carlos zaczyna schodzić, z rwącą nogą i bolesnym poczuciem, że więcej Wandy nie zobaczy. Schodzi jak w transie, majaczy. Pogoda coraz gorsza. W obozie IV, bez jedzenia i gazu czeka na partnerkę dwanaście godzin. Potem schodzi do obozu II, gdzie ma żywność, gaz i radiotelefon. Czeka kolejne trzy dni, wreszcie łączy się z bazą.

Nie ma Wandy? Jak to nie ma? Arkowi słowa grzęzną w gardle. Arek i Andrés niezwłocznie ruszają do góry, wychodzą Carlosowi naprzeciw. Tymczasem pogoda gwałtownie się zmienia i z każdą chwilą szczyt Kangchendzongi coraz bardziej znika „we mgle i kłębach wirującego śniegu”.*

*Wanda Rutkiewicz, Ewa Matuszewska, Karawana do marzeń, Kraków 1994, s. 294

21 maja Wyprawa opuszcza bazę.

25 maja, popołudnie. Polskie radio informuje za Agencją Reuters: w nocy z 12 na 13 maja w masywie Kangchendzongi w Himalajach zaginęła najsłynniejsza himalaistka świata – Wanda Rutkiewicz.

Epilog

„Nieszczęście wydarzyło się raczej 13 maja – może starczyło jej jeszcze oddechu, by dotrzeć do szczytu?”, napisał Józef Nyka w swej książeczce „Wanda Rutkiewicz. To już dziesięć lat”. Czy tak było? „Nie chcę umierać, – powiedziała kiedyś – ale nie mam też nic przeciwko umieraniu w górach. Znam to, byłoby to dla mnie łatwe po tym wszystkim, czego doświadczyłam. Większość moich przyjaciół czeka na mnie tam, w górach”**

** Gertrude Reinisch, Karawane der Traüme, s.