Shisha Pangma

Shisha Pangma

Noc. Już po wyprawie, dla Wandy bardzo udanej, pozbawionej organizacyjnego stresu i finansowych niepokojów. Zdobyła swój czwarty ośmiotysięcznik i wprawdzie na ostatnich metrach przed wierzchołkiem wyprzedził ją Rysiek Warecki i to on został pierwszym Polakiem na Shisha Pangmie, ale za to żadna inna kobieta na świecie nie może pochwalić się takim himalajskim dorobkiem. A teraz siedzi z lekarzem wyprawy Lechem Korniszewskim na półciężarówce w dolnej bazie, zwanej „chińską”. Czekają. Kukuczka coś jeszcze ustala z Chińczykami, reszta uczestników się pakuje. Nad wszystkim czuwa księżyc. Nieduży, cienki, ale wyrazisty. Wanda jest jakaś inna, wyciszona, uśmiechnięta, zamyślona. Nagle słyszy: „W mgłach daleczeje sierp księżyca..- zatkwiony ostrzem w czub komina…” recytuje Korniszewski. Wanda zna ten wiersz. To Leśmian. „Latarnia się na palcach wspina…- dopowiada – … w mrok, gdzie już kończy się ulica”. Wyciszona? Zamyślona? Ma ponad 44 lata. W jaki mrok się wspina?

***
Shisha Pangma, najniższy, liczący ledwie 8027 metrów ośmiotysięcznik leży na terenie Tybetu. W języku nepalskim znaczy Grań nad Trawiastą Równiną, a w sanskrycie Miejsce Świętych. Ale święci Kukuczce nie pomogą. Załatwienie mu wyjazdu na tę górę, jedyną, jakiej mu brakuje do zdobycia Korony Himalajów było prawdziwym dyplomatycznym wyzwaniem. W latach 70. Chińczycy zablokowali cudzoziemcom dostęp do Tybetu, potem otworzyli, ale za zgodę na wejście na szczyt żądali niebotycznych sum. Wersji sposobu udzielenia katowickiemu klubowi bezkosztowego pozwolenia na zdobywanie Shishy jest kilka, od wykorzystania wizyty ministra sportu Republiki Chińskiej w Katowicach, wyjazdu Kukuczki i Janusza Majera do Pekinu do zafundowania przylotu i pobytu w Polsce czterem chińskim urzędnikom.

Którakolwiek wersja jest prawdziwa na początku sierpnia 1987 roku w Katmandu zbiera się grupa trzynastu uczestników międzynarodowej wyprawy, kierowanej przez Kukuczkę: Janusz Majer, Wanda Rutkiewicz, Artur Hajzer, Lech Korniszewski (lekarz wyprawy), Ryszard Warecki i Jerzy Kukuczka z Polski, Elsa Àvila i Carlos Carsolio z Meksyku, Christine de Colombel i Małgorzata Bilczewska – Fromenty z Francji, Brytyjczyk Alan Hinkes, Ramiro Navarrete z Ekwadoru i Amerykanin Steven Untch. Dotarcie do miejsca przewidzianego na bazę miało być proste i szybkie: trasę z Katmandu do Kodari – nepalskiej wioski na przejściu granicznym z Chinami autobus pokonuje zazwyczaj w 6-8 godzin. Potem przez most przyjaźni nepalsko-chińskiej i do podnóża góry jest już tylko kilkadziesiąt kilometrów. Ale nie było ani prosto ani szybko: drogę do Kodari zniszczyła powódź, trzeba było organizować karawanę, tragarzy i wlec się ze wszystkim do granicy i przez most, ciężarówki i jeepy, podstawione przez chińską stronę dojechały jedynie do dawnej bazy Chińczyków z 1964 roku na wysokość 5000 metrów i dalej ani rusz, poganiacze jaków marudzili i odmawiali dalszego marszu, a jaki, nienawykłe do nieprzetartych szlaków buntowały się i rozbiegiwały na wszystkie strony. Koniec końców po trzech niełatwych dniach marszu 22 sierpnia ekspedycja dociera na lodowiec Jebokalgan, na wysokość 5600. Można rozbijać bazę.

Jednak nie wszystko idzie planowo. Większość uczestników nie czuje się najlepiej. Dojazd do bazy „dolnej” odbył się zbyt szybko i wysokość daje się we znaki. Najgorzej odczuwa to Janusz Majer, nie może nawet wstać. Błyskawiczna decyzja: Janusz pod tlen, z nart robimy nosze i w dół. Natychmiast. Diagnoza Korniszewskiego nie pozostawia złudzeń: niewydolność krążenia spowodowana brakiem aklimatyzacji i zapalenie żył. Dla Janusza to koniec wyprawy.

A w bazie atmosfera niemal wakacyjna, jak na wycieczce. Ludzie odpoczywają, jedzą, czytają, odwiedzają się nawzajem, śpią. Ale zbliża się koniec sierpnia i pora zacząć myśleć o akcji górskiej. Mogłoby się zdawać, że pogodzenie interesów i planów piętnastu osób o różnych ambicjach i możliwościach będzie stanowiło problem. Tak się nie stało, choć oczywiście nie brakowało dyskusji, wątpliwości, dyplomatycznych zabiegów i uników. Zgodnie z decyzją lidera każdy sam decydował, którą drogą chce wejść na szczyt i z kim. To oczywiste, że będą się tworzyć małe zespoły, ale żadnych narzuconych, formalnych grup, narodowych, męskich czy żeńskich nie ma. Przecież gór starczy dla wszystkich, prawda?
Wanda, jak większość uczestników chce iść na szczyt drogą klasyczną, ale z kim? To, czy idzie w zespole kobiecym czy mieszanym jest dla niej ważne, bo po Evereście i K2 ma szansę być pierwszą kobietą i pierwszą osobą z Polski na kolejnym ośmiotysięczniku. Ale czy uda jej się skompletować żeński zespół? Wątpliwe. Christine może nie dotrwać do ataku szczytowego – ma do zrobienia reportaż z Tybetu, Elsa jest wpatrzona w Carlosa, a Małgorzata się rozchorowała. Czy dla Elsy miałoby znaczenie, gdyby poszła w góry na przykład z Wandą, a nie z Carlosem? Elsa jest miła, trochę nieśmiała i chce być grzeczna, więc słucha uważnie
i uśmiecha się, ale dla niej góry i Carlos to jedno! Rozmowie przysłuchuje się de Colombel, skrywając swój wzrok i myśli za wielkimi okrągłymi okularami. A może lepiej pójść z którymś z mocniejszych chłopaków? Z Arturem? Dla Hajzera to kolejna wyprawa z Wandą. Lubią się i szanują, ale wspinaczka z nią nie jest mu na rękę; Wandzia najlepsze lata ma już za sobą, a on chce się wspinać z Jurkiem.

Niecały tydzień po założeniu bazy na drodze klasycznej, na wysokości 6400 metrów założono obóz I. Wanda miała kręcić film, ale jej archaiczna kamera waży chyba tonę, podobnie jak taśmy, wielkie jak bochny chleba. Jurek, może chłopaki wzięliby po jednej? Kukuczka odmawia: twój film Wandziu, twoja kamera, twoja sprawa. On chłopakom tego nie nakaże. Niech ich sama poprosi, może pomogą. Chętnych nie było poza jednym: Lechem Korniszewskim. Skoro tak jej dobrze idzie z doktorem, podsumowuje wesoło Kukuś, to będzie szła z nim w jednej dwójce. Wszyscy do góry!

Artur i Jurek szykują się do zrobienia nowej drogi na szczyt granią zachodnią, ale najpierw, 30 sierpnia, przypinają do plecaków narty i idą na rekonesans na pobliski siedmiotysięcznik Jebokalgan-Ri. Zakładają dwa kolejne obozy, Ia i II, na wysokości 6800 i 7000 metrów. Ale Shisha Pangma, uważana za łatwy ośmiotysięcznik, też potrafi pokazać pazur. Słońce otoczyło się ciemną aureolą i pogoda wyraźnie się zmienia. Mało brakowało, a nad I obozem, na wysokości 6400 lawina zmiotłaby jeden z zespołów. A potem Święci postanawiają porządnie ludziom dokuczyć.

Od dwóch tygodni wszystko wokół bazy wypełnia mgła gęsta jak śmietana i sypiący nieprzerwanie równie gęsty śnieg. Na wyjście w góry nie ma szans. Czas upływa na niekończących się rozmowach o pogodzie i o tym, kto z kim pójdzie na szczyt i którą drogą. Każdy pełni też dyżur w kuchni; nikt tu nie oczekuje, że gotowaniem będą zajmować się wyłącznie panie. Nie każdemu wychodzi to najlepiej, co skrupulatnie odnotowuje znany z kulinarnych umiejętności i wymagającego podniebienia Kukuś. Sałatka z małży, którą w dniu francuskim podaje Christine doprowadza go do rozpaczy! Ale lider ma inny, prawdziwy problem. Pogody nie ma, a pozwolenie na atakowanie szczytu się kończy. Pisze do leżącego do góry brzuchem w „dolnej” bazie oficera łącznikowego z prośbą o przedłużenie pozwolenia. Negocjacje skutkują pięcioma dodatkowymi dniami, tylko co z tą pogodą?

14 września. Jest! Przestało padać, wyszło słońce. Podniósł się poziom adrenaliny, wszyscy mają dobrą aklimatyzację, więc rwą się do akcji. Również konkurencja: pod górą zjawia się zespół Szwajcarów pod batutą Stefana Wőrnera. Kukuczka się zastanawia: wszyscy chcą ruszyć następnego dnia, no dobra, tylko jak się pomieszczą w pierwszym, wspólnym obozie? Ale Ramiro już nie może się doczekać: będzie pierwszym Ekwadorczykiem na szczycie Shishy, Elsa najmłodszą kobietą, a Wanda? Wanda ma szansę sprzątnąć kolegom sprzed nosa kolejne pierwsze polskie wejście. Ale w humorze nie jest. Co się stało, dopytuje Bilczewska. W głosie Rutkiewicz przebija niechęć, może nawet nuta goryczy. Żółty kombinezon, buty. Jest gotowa do wyjścia, tylko z kim? Wśród panów brak chętnych. Christine i Małgosia? Może pójdą, jutro, ale to nic pewnego. Kusi ją samotne wyjście. Już raz próbowała wchodzić sama na Makalu, dotarła na 8000 metrów. Wtedy zatrzymała ją pogoda, a teraz? Waha się…Bez przerwy podpytuje Kukuczkę. Kiedy planuje dojść do wierzchołka? Kukuś nie wie, będą biwakować, grań trudna, może być różnie. Dziwi go to pytanie.

16 września wszyscy wychodzą z bazy. W grupie Wandy jest ostatecznie Elsa, Carlos, Ramiro i Rysiek Warecki. Spieszą się. Chcą zdążyć, pogoda może zmienić się w każdej chwili. Cały czas prowadzi Carlos, nie da się zmienić. Ambitny! Nie bez przyczyny Kukuczka nazwie go „bykiem Himalajów.” Jurek i Artur odbijają z normalnej drogi na zachodnią grań, za to wspinaczkowy zapał polsko-latynoskiego zespołu jest tak wielki, że Wanda i Carlos chcą pominąć obóz drugi. Kukuś na to nie pozwala; uważa, że to niebezpieczne.

Shisha Pangma ma dwa wierzchołki, oba ponad 8000 metrów, ale to ten drugi jest głównym. Wielu daje się zwieść, jak Szwajcarzy, którzy dotarłszy do „średniego” zadowoleni zawracają, ale nie kompania Kukuczki. 18 września na wierzchołku środkowym zbiera się cała siódemka, wszyscy, którzy wyszli z bazy. Tylko że jest już czwarta po południu. Szczyt jest niby blisko, jakieś kilkaset metrów dalej, tyle że trzeba iść w kopnym śniegu. Kukuś ostrzega: my mamy sprzęt biwakowy, ale wy albo teraz zawracacie i za dnia jesteście z powrotem w bazie, albo idziecie na główny wierzchołek, wracacie po ciemku i… Lider nie zdąża dokończyć: wszyscy pędem ruszają w kierunku głównego szczytu. Na grani podszczytowej, najeżonej skalnymi i lodowymi turniami zalega tyle śniegu, że trzeba torować. Ale Carsolio ani na chwilę nie oddaje prowadzenia i to on zdobywa palmę pierwszeństwa. Po nim na szczyt wchodzi Ramiro, Elsa i Polacy. Wandę na ostatnich metrach ubiega Warecki i to on jest pierwszym Polakiem na Shisha. Ale i tak Wanda jest szczęśliwa. Na pamiątkowym zdjęciu uśmiecha się szeroko, w podniesionej dłoni w rękawiczce trzyma plakietkę z polskim orłem. Co więcej, aż do samego szczytu swoją archaiczną kamerą, na 16 mm taśmie, której nikt nie chciał nieść, filmuje dojście do szczytu Kukuczki i Hajzera.

***
Wejście do namiotu się rozsuwa i pojawia się Kukuś. Ze swego ostatniego, czternastego ośmiotysięcznika zjechał na nartach, a teraz, w bazie, czekają na niego jego ulubione śląskie kluseczki. W każdej tkwi mała chorągiewka z nazwą szczytu. Uściski, gratulacje. No to do zdjęcia! Ale macie poważne miny, rzuca Małgosia. A kluchy? Wanda idzie po kluseczki. Jeszcze proporczyk, torebki jakiegoś produktu (ukłon w stronę sponsora) i pstryk, pstryk! Kukuczka świętuje. Wanda bije mocno brawo.

Jest zmęczona, ale szczęśliwa. Takich wypraw nie było zbyt wiele w jej karierze. Dziewięcioro z trzynastu uczestników weszło na szczyt i poza chorobą Janusza nic złego się nie wydarzyło. Świetna atmosfera, życzliwość, śmiech, żarty, zero konfliktów. A poza tym Wanda odkrywa prawdziwą przyjemność w robieniu zdjęć i filmowaniu. Tropi obozowe życie, naprzykrza się, inscenizuje sytuacje, bada kąt padania światła i wychwytuje refleksy słońca na grani, każe powtarzać kolegom całe sekwencje rozmów, jak podczas „odprawy” Kukusia przed wyjściem zespołów z bazy. Zapisuje w pamięci kamery i aparatu to, co dzieje się w bazie i w górach; i ludzi, których kiedyś zabraknie. Dociera do niej, jakie to ważne i jakie twórcze. To co jest dla niej głównie źródłem zarobku, może stać się pasją. Może tym właśnie będzie się zajmować, gdy będzie musiała powiesić czekan na kołku?

*Bolesław Leśmian, Szewczyk, z tomu Łąka, Poezje zebrane, Warszawa 2010