
1943-1946
Ze żmudzkich Płungian do wydm nad Bałtykiem jest kilkadziesiąt kilometrów, do gór – całe setki. Dziewiętnastowieczny drewniany dom na kamiennych fundamentach nad rzeką Bobrugą, przy ulicy Dariaus ir Gireno 23 wraz z przylegająca ziemią kupił w 1924 roku Jan Pietkun, administrator, a później plenipotent majątku książąt Ogińskich w Płungianach. Jego żona Barbara była z Tyrszklewiczów, z polskiej rodziny z tradycjami: prapradziadek zginął w Powstaniu Styczniowym, pradziadek uniknął wywózki na Sybir podając się za zakrystianina, ale herbu musiał się wyprzeć, a jego majątek Rosjanie skonfiskowali. W Płungianach urodziła się córka Pietkunów, Maria, zwana przez domowników Mary. Maria ma nieukończone studia na wydziale Historii Starożytnej na Uniwersytecie Kowieńskim i pracę w centralnym archiwum w Kownie. Jest ładną, zadbaną panienką z dobrego domu, grającą na pianinie ( w domu jest instrument z fabryki pianin Bechsteina), i dobrze obeznaną z arkanami tutejszej kuchni i planowaniem udanych przyjęć dla znajomych i sąsiadów. Mery zna się na hieroglifach, dużo czyta i jest bez reszty pochłonięta kosmologią, religiami dalekiego Wschodu, kulturą ludów z obszarów Himalajów, a przede wszystkim malarstwem i filozoficzno-religijnymi teoriami Eleny i Mikołaja Roerichów.
W 1939 roku w Kownie Maria poznaje przystojnego i dobrze ułożonego inżyniera z Polski, z Łańcuta, Zbigniewa Błaszkiewicza. Z dyplomem wydziału mechanicznego Politechniki Lwowskiej w kieszeni dwudziestodziewięcioletni Zbigniew robił karierę w radomskich zakładach zbrojeniowych COP. Po wybuchu wojny dostał rozkaz wyjazdu za Łuck, a po 17 września uciekł na Litwę, gdzie po krótkiej tułaczce po różnych fabrykach w okolicach Wilna dostał pracę w filii firmy projektowej Statyba, w dziale centralnego ogrzewania, wodociągów i kanalizacji.
W lipcu 1940 roku młodzi biorą ślub, w rok później rodzi się Jurek Leszek, zwany w rodzinie Jureczkiem. W 1943 roku Wanda Berezniewicz, przyjaciółka Marii, podaje do chrztu drugie dziecko Błaszkiewiczów, urodzoną 4 lutego córeczkę Wandę Halinę. W relacjach małżonków niewiele to zmienia. Od początku panuje między nimi rozdźwięk niemal w każdej kwestii. Zbigniew to urodzony sportowiec, poliglota i wynalazca, ale przede wszystkim pragmatyczny samotnik, nieufny, oszczędny, zachowawczy, w wiecznym strachu o jutro. Maria wiecznie buja w obłokach, a raczej w chmurach nad Himalajami, w wiecznym poszukiwaniu transcendencji. Dzieci rosną. Wkrótce trzyletnia Wanda i pięcioletni Jureczek z radością zbiegają rankiem, tylnymi drzwiami domu, wprost nad brzeg Bobrugi. Albo pędzą do dziadków czy do parku. Mówią po polsku, choć rodzice przy nich rozmawiają po litewsku; po co dzieci mają o wszystkim wiedzieć?
W 1944 roku na Litwę wkracza Armia Czerwona. Zagarnięte przez Litwę Płungiany stają się Plunge. Z systematycznie rozkradanego majątku Błaszkiewiczów niewiele zostaje. Zbigniew się boi. Rodzina Marii także drży o swój los z powodu czarnej owcy rodu, młodszego brata Marii, o którym się nie mówi, a który za współpracę z Niemcami trafia do łagru. Po przejęciu kowieńskiego archiwum przez NKWD Maria pracuje teraz w klasztorze w Pażajslis pod Kownem, odebranym siostrom kaziemierzankom,
Małżonkowie się nie dogadują, ale w jednym są całkowicie zgodni: nie chcą żyć w Związku Radzieckim. W lipcu 1946 roku z niewielkim dobytkiem, jaki Sowieci pozwalają zabrać przesiedleńcom rodzina Błaszkiewiczów wsiada do jednego z bydlęcych wagonów pociągu do Polski. Pojadą do Łańcuta, do rodzinnego domu Zbigniewa.
1946-1948
Początek czerwca 1946 roku. W tłukących się na zachód wagonach czas płynie wolno. Mijają dnie i tygodnie. Jadą przez Kowno, Wilno, Białystok, Warszawę do Katowic. Co z takiej podróży zostaje w pamięci trzylatki? Rozdawany po drodze wrzątek? Spanie na pryczy, postoje w szczerym polu, biegające dzieci, alkohol i płacz kobiet? Co zabrali ze sobą Błaszkiewicze, trudno powiedzieć. na pewno nic z tego, w czym wyrosła Mary. Pianino Bechsteina zostało, książki także. Maria zabierze tylko jedną, najważniejszą – tę od Agni Jogi.
W Łańcucie, w willi Wisielówka Jureczek i Wanda po raz pierwszy widzą dziadków ze strony ojca, inteligencką rodzinę, której głową jest Władysław Błaszkiewicz, historyk i duma miasta. Stosunki między teściową a synową od początku układają się źle. Różni je całkowicie odmienne podejście do życia i pojmowanie obowiązków pani domu, żony i matki. Sytuacja nie poprawia się nawet wtedy, gdy w marcu 1947 roku na świat przychodzi Janina, druga córka Błaszkiewiczów. Zbigniewa w Łańcucie wtedy nie ma: miesiąc po przyjeździe pojechał na Śląsk, do Wrocławia. Znajduje pracę najpierw na Politechnice, a potem, jako inżynier sanitarny, w Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego. Gdy rok później dostaje, z przydziału, poniemiecki dom w dzielnicy Zacisze dołącza do niego Maria z trojką dzieci.
Między małżonkami nic się nie
zmieniło, przeciwnie, więzy coraz
bardziej się rozluźniają (...).
Dwupiętrowy szeregowiec przy ul. Samuela Dicksteina to ruina, której, z niewiadomych względów Błaszkiewicz nigdy nie próbował remontować czy naprawiać. Bez ciepłej wody, z dziurami w ścianach zatkanymi gazetami, chybotliwymi schodami na piętro i sypiącym się na głowy tynkiem, za to z garażem i piwnicą – dobrym miejscem na kozę, którą będzie pasać Wanda. Równie „dziurawe” i nieoczywiste są relacje w rodzinie. Między małżonkami nic się nie zmieniło, przeciwnie, więzy coraz bardziej się rozluźniają, konflikt narasta. Zbigniew chciałby, by żona podjęła jakąś pracę. Maria robi to sporadycznie; jest zupełnie nieprzygotowana do roli zarządzającej gospodarstwem i rodziną. To Zbigniew pierze i sprząta, przy okazji ucząc dzieci porządku i odpowiedzialności. Zarabia nieźle ( według innych wersji mało) i trudno powiedzieć, dlaczego w domu ciągle brakuje pieniędzy, więcej: panuje prawdziwa bieda. Błaszkiewicze nie utrzymują żadnych relacji towarzyskich, Zbigniew jest z natury samotnikiem, a Maria nie znajduje ich nawet wśród wyznawców Agni Jogi, choć zakłada Towarzystwo owej Żywej Etyki, religijno-filozoficznej nauki, łączącej tradycję teozoficzną z ezoteryką Wschodu.
Za to jako ojciec Zbigniew sprawdza się znakomicie. Dzieli z dziećmi domowe obowiązki ( wspólne sprzątanie i pranie), zapewnia zdrową rozrywkę, sportowe zabawy w Parku Szczytnickim, wycieczki, pływanie na basenach Stadionu Olimpijskiego, zajmuje się nimi w wolnym czasie. Wyrabia w dzieciach zamiłowanie do nauki, porządku, konsekwencji w działaniu, zupełnie odwrotnie niż Maria. Jest zdolny i pomysłowy. Nie mają pieniędzy na kajak do pływania po Odrze? Raz ciach i kajak zrobiony! I rower, latawiec, mocowanie do łyżew, hulajnoga, narty…Co tylko im się zamarzy. W domu gromadzi biblioteczkę o każdej dyscyplinie sportu: prawie o każdej, podręcznika alpinizmu akurat nie ma. W wakacje wysyła dzieci do dziadków do Łańcuta: mają zażywać zdrowego powietrza i pojeść owoców i babcinych przetworów. To ojciec kształtuje osobowość i charakter Wandy, ma na nią wielki wpływ, motywuje, daje przykład. Córka jest nim zafascynowana. I to on zabiera ją po raz pierwszy w góry. Zdobycie Sobótki ( 718 metrów) to cała wyprawa, ale i nauka: jak się przygotować, jak spakować plecak, rozpalić ogień na przymusowym biwaku. Jego dewiza: „być przygotowanym na wszystko”. Niestety myli się.
Wielkanoc 1948 roku. Pięcioletnia Wanda biegnie do domu cała we łzach. Jej brat Jureczek i jego koledzy z sąsiedztwa nie chcą się z nią bawić. Znaleźni niewypał i chcą go podpalić, ale ją odesłali. Matka zrzuca fartuch i biegnie co sił w nogach, za nią Wandzia, ledwie nadąża. Wybuch jest tak potężny, że z okien w sąsiednich domach wylatują szyby. Nie ma Jureczka. Jest tylko rozpacz. Półtora roku później na świat przychodzi Michał. Zajmie miejsce Jureczka? Nie, zajmie je Wanda. Ale ojciec zaczyna odsuwać się od rodziny, żyć swoim życiem, osobnym, w zamykanym pokoju na piętrze. Swoją żywność trzyma w zamykanej lodówce, choć daje żonie pieniądze na dzieci i na utrzymanie. Ale to mało. Czasem Mary chwyta się dorywczych prac, ale i tak to mała Wandzia pali w piecu. Sama sobie robi śniadanie i sama je zjada. Robi zakupy i zajmuje się rodzeństwem, chociaż tego nie znosi: to ograniczanie jej wolności, narzucanie drylu, który jej nie odpowiada. Wreszcie idzie do szkoły.
1949-1959
Szkoła Podstawowa Towarzystwa Przyjaciół jest niedaleko, trzysta metrów od domu. Wanda ma lat sześć, ale ojciec twierdzi, że metryka urodzenia zaginęła na Litwie, więc zostaje przyjęta i to od razu do drugiej klasy. Nic wielkiego, słuchała tego, czego uczył się Jureczek i zapamiętywała. Szkoła jest bardzo usportowiona: basen wioślarski, boisko lekkoatletyczne, piłkarskie i dwie sale gimnastyczne. I ojcu i Wandzie bardzo to odpowiada.
Z nauką nie ma najmniejszych kłopotów. Jest zdolna i dobrze się uczy, choć nie wszystko jest dla niej oczywiste, ostatecznie jest dwa lata młodsza. Od początku ma swój świat. Jest koleżeńska i lubiana, ale do nikogo się nie przywiązuje. Nie zwraca też uwagi na to, co mówią o niej inni, czy to koleżanki czy nauczyciele. Ojciec goli jej głowę, by odrośnięte włosy były mocniejsze? W porządku, niech się dziwią. Jest prymuską i garnie się do wszystkiego, wszystko ją interesuje. Berze udział w szkolnych spektaklach, a w VII klasie wygrywa konkurs recytatorski. W każdej dziedzinie chce być pierwsza, najlepsza. Rekompensuje sobie zbyt krótkie dzieciństwo? A czy w ogóle je miała?
Liceum przy ulicy Rozenbergów (dziś Parkowej), a dokładniej II Liceum Ogólnokształcące mieści się w tym samym budynku, co szkoła podstawowa Wandy. To szkoła z ambicjami. Wandy klasa też, łacińska. Wanda nosi, jak koleżanki, krótkie włosy, beret, granatowy fartuch, grube szare pończochy. Ale gdy nadchodzi polityczna odwilż, co robi ta poważna uczennica? Narusza dyscyplinę: by wyrazić radość z ożywczego ducha swobody wkłada pończoszki z kolorowymi haftami od łydek w górę. Liceum rozwija w niej nie tylko ducha sportowego, ale i humanistycznego. Na wysokim poziomie jest łacina, pracownie biologiczna i chemiczna. Wanda jest oczywiście dobrą uczennicą, wszystkiego uczy się bardzo szybko, ale stawia głównie na przedmioty ścisłe, matematykę, fizykę, logikę. Ale prawdziwą gwiazdą jest na szkolnym boisku. Już wtedy nieźle gra w piłkę siatkową, wyróżnia się w skoku wzwyż, w dal, rzucie kulą, dyskiem, oszczepem, w biegach, a nawet w gimnastyce akrobacyjnej. W Międzyszkolnym Klubie Lekkoatletycznym “Parasol”, do którego oczywiście należy, trenerzy nie mogą uzgodnić, jaką dyscyplinę powinna trenować na poważnie. Bardzo pociąga ją siatkówka: ma w sobie element bezpośredniej rywalizacji. Jest najlepsza nawet, gdy konkuruje z chłopcami. A w chłopcach się oczywiście podkochuje, ale tylko w tych zdolnych. Czy materialna sytuacja w domu jej doskwiera? Już wtedy rodzina żyje głównie z płaconych przez Zbigniewa alimentów. Niekoniecznie. Wanda w swoje możliwości, wierzy, że sobie poradzi, że świat stoi przed nią otworem, mimo skromnego fartuszka z kiepskiej bawełny. Bierze to, co przynosi życie: uczestniczy w konkursach recytatorskich i szkolnych spektaklach teatralnych. Jest też przykładną harcerką w 18 żeńskiej drużynie imienia Batalionu „Zośka”. To dzięki harcerstwu znowu chodzi w góry: po Beskidzie Wysokim, Niskim i Wyspowym. A na obozach jak wszyscy – wszystko robi sama: rozbija namiot, zbija pryczę, pomaga zbudować gliniany piec. Pociąga ją to, co nowe, niepoznane, ekscytujące. Przejażdżka na koniach podczas wycieczki szkolnej to nic dziwnego, inni uczniowie też to robili, ale jazda na oklep? Po chłopięcemu? Nauczycielki mocno kręcą nosem, ale Wanda się nie przejmuje. We wszystkim co robi od początku ujawnia cechy, które później wywołają konflikty, będą wzbudzać niechęć i złość i przysporzą jej wrogów: bezkompromisowość, bezpośredniość w okazywaniu własnego zdania, dążenie do wskakiwania na coraz to wyższy poziom, niezależnie od dziedziny. Jest towarzyska i lubiana, ale w bliższych relacjach raczej zachowuje chłód i dystans. Po lekcjach czy po treningu nie stroni od rozrywki. Tuż obok szkoły jest kino, a w domach spotyka się z innymi na prywatkach. Lubi i potrafi się wyróżnić. Na maturalnym zdjęciu jedyną dziewczyną z kwiatkiem we włosach jest Wanda. O sprawach domowych nie mówi. Zaprasza koleżanki do siebie, ale na bardziej dociekliwe pytania nie reaguje, stwarza mur, który skutecznie odgradza ją od zbytniego zainteresowania czy zwykłego wścibstwa. Zresztą sama nie do końca rozumie, dlaczego w domu jest bieda. Czy Błaszkiewicz zarabia grosze, czy jak twierdzą inni dużo, rodzinie płaci alimenty, a założył przecież drugą rodzinę. Maria mogłaby pracować, ale nie chce, a młodym Błaszkiewiczom dobre wychowanie nie pozwala mówić o kłótniach w domu. Wanda nigdy się nie skarży, więc w szkole teoretycznie nikt o niczym nie wie. Teoretycznie. Jednak jej sytuacja domowa nie umyka uwadze wychowawców i nauczycieli. Mają dyskretny sposób wsparcia zdolnej i ambitnej uczennicy: znajdują jej uczniów, którym może dawać korepetycje. W opinii Szkolnej Komisji Rekrutacyjnej dołączanej do uczniowskiego kwestionariusza dla kandydatów na studia jej nauczyciel podkreśla, że uczennica Błaszkiewicz powinna otrzymać zasiłek pieniężny, bo rodzina utrzymuje się z alimentów. Wybór kierunku studiów jest dla Wandy oczywisty: maszyny cyfrowe.


1959-1964
Studia na Wydziale Elektroniki – budowa maszyn matematycznych na Politechnice Wrocławskiej Wanda zaczyna w wieku lat szesnastu i pół. W domu wiesza na ścianach portrety naukowców, matematyków, fizyków. Już w liceum, jeśli już się w kimś podkochuje, to ten ktoś musi być super zdolny, i raczej nie w dziedzinie muzyki. Kwestionariusz składa jeszcze przed egzaminami maturalnymi. Na świadectwie dojrzałości ma osiem czwórek i siedem piątek oraz nieoczekiwanie trójkę z fizyki. Zajęcia w budynku przy ul. Prusa rozpoczyna w październiku 1959 roku i początkowo, choć jest bardzo zdolna i mocna w przedmiotach ścisłych, ma pewne problemy; to wydział. szczególnie wymagający. Jednak szybko dostosowuje się do poziomu, nawet znajduje czas na dodatkowe wykłady, jako wolny słuchacz, z fizyki, astronomii czy prawa na Uniwersytecie Wrocławskim. Po pierwszym roku próbuje dostać się na studia do Związku Radzieckiego na wydziale automatyki, ale – na szczęście dla polskiego himalaizmu – nie zostaje zakwalifikowana.
W coraz większym stopniu jej uwagę i czas pochłania sport. Uprawia lekkoatletykę i siatkówkę, oczywiście we wrocławskim AZS-ie. W 1961 zostaje powołana do kadry juniorek i wyjeżdża z reprezentacją Wrocławia na zawody o Puchar Ziem Nadodrzańskich i Nadbałtyckich. W tym samym roku startuje w lekkoatletycznych mistrzostwach Polski klubów uczelnianych i zajmuje I miejsce w pchnięciu kulą. W 1963 w plebiscycie na 10 najlepszych sportowców uczelni technicznych zajmie I miejsce, rok później zostaje najlepszym sportowcem Politechniki Wrocławskiej. Z akademickiej drużyny szybko wyłuskuje ją Gwardia Wrocław. Teraz może wspomóc rodzinę finansowo: tysiąc złotych stypendium naukowego, które oddaje matce. Później, taką samą kwotę, tak zwane kadrowe, będzie otrzymywać w kadrze olimpijskiej. Z reprezentacją AZSu wyjeżdża na letnią Uniwersjadę w Budapeszcie, a wkrótce na ścianie w jej pokoju obok dyplomu uczestnictwa w międzynarodowym turnieju piłki siatkowej Węgry-NRD-Polska zawiśnie dyplom za zdobycie trzeciego kółka olimpijskiego: Wanda otrzymuje powołanie do młodzieżowej kadry na Olimpiadę w Tokio. Trzecie kółko i ostatnie. Na drugim roku studiów Błaszkiewicz poznaje Bogdana Jankowskiego.
1962-...
„Z tej pierwszej eskapady w góry – wspomina Maria Błaszkiewicz – Wanda wróciła cała osmalona, podrapana, pokrwawiona, ale absolutnie zachwycona. „Ach mama, jaka to wspaniała rzecz!.” Matka zbytnio się nie przejęła, przecież Wanda próbowała już tylu rzeczy, to też minie. Nie minęło.
Bogdan Jankowski był studentem wyższego roku na Wydziale Łączności. Od lat jeździł latem i zimą w Tatry, a w soboty i w niedziele w Skałki czyli Góry Sokole w pasmie Rudaw Janowickich pod Jelenią Górą. Wanda interesuje się ponoć telegrafią, więc zagląda od czasu do czasu do akademika Politechniki. Ponoć, bo niektórzy twierdzą, że powód tych wizyt jest zgoła inny: Wanda zakochuje się w Bogdanie, co przez wiele lat będzie tajemnicą poliszynela. Któregoś dnia w rewanżu za pożyczone notatki z matematyki Bogdan proponuje Wandzie wyjazd w Skałki. Ot tak, nic zobowiązującego, po prostu fajnie gdzieś pojechać z taką atrakcyjną dziewczyną, pogadać. Coś tam w skale można jej pokazać, ale żeby o razu miała się wspinać? Bez przesady.
Dla Wandy było to coś kompletnie nowego, ekscytującego, nieprzewidywalnego. Co tam motor, co tam siatkówka! Ten strach, adrenalina nieporównywalna do oczekiwania na wyjście na boisko. Skała, jej dotyk i zapach, i palce szukające oparcia, występu, chwytu. Łomot krwi w uszach.. „Eksplozja!” Tak Błaszkiewicz określi tę chwilę, wiele lat później, Billowi Birkettowi. Czuje, że wspinaczka to jest właśnie to! Skałki miały około 100 metrów wysokości i były granitowe. Jankowski i Berwiński tak z grzeczności, trochę wspinali się z Wandzią, ale później, znudzeni instruktażem dla nieopierzonej wspinaczkowo koleżanki poszli dalej; Wanda miała siedzieć i na nich poczekać. I wtedy zobaczyła dosyć wysoki komin skalny i…zaczęła się wspinać. Sama, bez liny, bez asekuracji. „Przeżyłam wówczas całą gamę uczuć; strach i radość z jego pokonania, skupienie i determinację, uwolnienie się od siły ciążenia, niezwykle silny kontakt z przyrodą, ze skałą, która jest moim oparciem. Jej zapach, zapach ziemi w szczelinach skalnych, powietrza i lasu.”**. Gdy Jankowski i Berwiński ja usłyszeli, zaklinowaną w górnej partii komina, poczuli chyba zimny pot na plecach. Próbowali pomóc koleżance, aby tylko ją jakoś z kłopotu wyciągnąć: pomoc odrzuciła, z komina wyszła, zachwycona, o własnych siłach. Nigdy więcej tej drogi, bardzo trudnej, bez asekuracji nie odważyła się przejść. Ale kości zostały rzucone.
Przez jakiś czas Wanda próbuje godzić naukę, siatkówkę, treningi, mecze i wyjazdy w Skałki. W niedziele wciąż zdąża, choć z trudem, dotelepać się pociągiem, żeby wyjść na boisko w barwach Gwardii. Niewątpliwie fizycznie znakomicie daje sobie radę, gorzej z czasem. Wspinaczka z wolna zaczyna przejmować kontrolę nad jej życiem. Skałki to ta szczególna atmosfera, ludzie, swąd ogniska, zapach skały i liści, jeden ze sposobów bycia razem. Potem w miarę zdobywanych umiejętności Skałki stają się miejscem treningu i rywalizacji. Ludzie przyjeżdżają, by w dwa dni złoić przynajmniej 15 dróg. Schodzą z jednej i wchodzą na drugą. Wanda odkrywa drugi aspekt wspinaczki: sportowy. Na rok przed dyplomem podejmuje pracę zawodową w Instytucie Systemów Energetycznych we Wrocławiu, a za pierwsze pieniądze kupuje śpiwór i puchową kurtkę. Wydaje na to majątek – parę tysięcy złotych. Musi też dokonać wyboru: siatkówka czy góry? Co zadecydowało? Po zmianie przepisów w piłce siatkowej Wanda rozumie, że w tym sporcie osiągnęła kres swych możliwości. A Skałki już jej nie wystarczają.
Rusza na wspinaczki zimowe w karkonoskich Śnieżnych Kotłach, pomiędzy Łabskim Szczytem a Szrenicą. Ekspozycja, długie podejścia, nawisy, lodospady, lawiny, śruby lodowe, igły, raki. Wszystko to przybliża ją do kolejnego etapu jej wspinaczkowego wtajemniczenia: taternictwa. W lipcu 1962 Wanda jedzie do Betlejemki, taternickiej szkółki na Hali Gasiennicowej. Dwa lata później wyjeżdża po raz pierwszy w Alpy austriackie. Pisze pracę dyplomową: “Analiza układów hybrydowych” i broni ją na piątkę. W 1965 roku ostatni raz gra w reprezentacji Polski AZS i jeszcze przez jeden sezon w Gwardii, ale nabawia się kontuzji. Po jej wyleczeniu już na parkiet nie wraca. Góry wygrały.
Gdy Maria i Zbigniew Błaszkiewiczowie się rozwodzą Wanda ma 25 lat, jest dojrzałą kobietą. Podczas ostatniej wizyty ojca na Dicksteina, jako jedyna z rodzeństwa go nie pożegna. Zawiódł ją i zostawił. W 1972 roku Wanda będzie oskarżycielem posiłkowym w czasie procesu ludzi, którzy zamordują go bestialsko w jego własnym domu w Łańcucie. Wiele osób twierdzi, że całym swym górskim życiem, swą aktywnością i dokonaniami Wanda udowadniała ojcu, że ona nie zawiodła jego, że dobrze lokował swe ojcowskie nadzieje, że zawsze był dla niej motorem sprawczym nawet wtedy, gdy już go nie było.