Dhaulagiri

Dhaulagiri

Listopad 1991. Wanda była naprawdę wściekła i nic z tego nie rozumiała. Wyprawa na Dhaulagiri skończyła się dla niej jeszcze zanim na dobre się zaczęła. Potem określi ją jako „komiczną”, ale czy rzeczywiście? 

Dhaulagiri, mierzący „ledwie” 8167 metrów wysokości, jeden z trudniejszych ośmiotysięczników, od pierwszych pomiarów w 1818 roku do połowy XIX wieku uznawany był za najwyższą górę świata. Długo opierał się człowiekowi, wreszcie, w 1960 roku na jego szczycie stanęli Szwajcarzy pod kierunkiem Maxa Eiselina. W składzie wyprawy znaleźli się także Polacy, Jerzy Hajdukiewicz i Adam Skoczylas, ale na sam szczyt nie dotarli. Nie udało się go zdobyć także Annie Czerwińskiej w ramach jej projektu „Śladem Wandy Rutkiewicz”. Pierwszą Polką na wierzchołku była dopiero Kinga Baranowska, w  maju 2008 r. Dlaczego nie powiodło się Rutkiewicz? Co komicznego było w jej wyprawie, a jeśli było, to w takim razie co ją tak rozzłościło? I jak w ogóle porażka może być komiczna, skoro w organizację wyprawy Wanda włożyła tyle czasu, energii i pieniędzy? 

Dhaulagiri, czyli w sakskrycie Biała Góra pozostała na liście „do zdobycia”,  w błoto poszły pieniądze i cała praca logistyczna: poszukiwanie sponsorów, gromadzenie sprzętu i dziesiątki spraw organizacyjnych. Jasne, różnie bywało i mogło się tak zdarzyć również na innych, cudzych wyprawach, ale akurat ta od A do Z była organizowana i częściowo sfinansowana przez Wandę w ramach projektu Karawana do Marzeń. 

Założenia były proste i dobrze funkcjonowały w przypadku innych himalajskich tuzów , jak choćby Jerzy Kukuczka. Uczestnicy wyprawy mają przygotować bazę, maksymalnie ułatwić liderowi akcję górską i atak szczytowy, a potem zwinąć bazę i przenieść ją pod kolejny ośmiotysięcznik. Tymczasem tu od początku coś zgrzyta. Najpierw z projektu Karawany wycofuje się Krzysztof Pankiewicz, jego miejsce zajmie Piotr Malinowski. Potem wypada Robert Janik, lekarz, odpowiedzialny również za zaopatrzenie medyczne wyprawy. Kolejny uczestnik, zakopiańczyk Arek Gąsiennica-Józkowy, młody taternik, alpinista i ratownik górski także się wycofuje: zasady finansowej współodpowiedzialności za sprzęt i całą wyprawę nie są dla niego jasne, nie stać go na takie ryzyko. 

Ostatecznie wszystko wydaje się powoli układać. Decyzją Wandy członkowie ekipy nie płacą za udział, a na dodatek dzięki Wandzie mogą kupić sprzęt po cenie fabrycznej. Gąsiennica-Józkowy zmienia zdanie, a do ekipy dołączają austriacka lekarka, Wojciech Jedliński i wrocławianin Piotr Barabaś. Arek i Wanda nie znają się osobiście, przed wyprawą rozmawiają tylko telefonicznie, a jednak to na niego spada obowiązek wymiany pieniędzy. Kalendarz wyprawy wydaje się być ustalony. 20 września Polacy lecą do Katmandu, tam mają raptem cztery dni na załatwienie formalności, wymianę dwudziestu tysięcy dolarów na nepalskie rupie i zorganizowanie pięćdziesięciu pięciu tragarzy, ale tylko do bazy. Na tragarzy wysokościowych Wandy nie stać, zresztą, to ma być wyprawa lekka, nie oblężnicza. Potem dwanaście dni trekkingu, założenie bazy i przygotowanie trzech obozów. Cała ta logistyczna układanka ma być gotowa do 21 października. Potem do akcji wkracza Wanda. Z Pokhary przyleci samolotem do Jomosomgu, a stamtąd ruszy pod Dhaulagiri. W bazie odpocznie parę dni po akcji na Czo Oyu i Annapurnie, pójdzie do jedynki, a potem wyżej, na szczyt. Ma na to tylko miesiąc, bo 20 listopada baza musi być zlikwidowana, a ekipa przeniesie się pod Manaslu i cała karuzela rozpocznie się na nowo: organizowanie kolejnej karawany, zakładanie bazy i obozów.

Wyprawa na Dhaulagiri skończyła się
dla niej jeszcze zanim na dobre się
zaczęła.

Niby proste, ale w rzeczywistości to bardzo napięty i sztywny kalendarz, nie uwzględniający załamania pogody i różnych nieprzewidzianych zdarzeń. Ale początek jest niezły. Drogę do bazy karawana pokonuje o dwa dni szybciej niż zazwyczaj; Polacy mają dar przekonywania i wszyscy są zadowoleni: tragarze za te same pieniądze pracują dziesięć dni zamiast dwunastu, a Polacy szybciej biorą się do pracy. Baza zakładają na wysokości 4500–4600 metrów, na lodowcu zapaskudzonym odpadkami i śmieciami po poprzednikach. Akcji w górze też trudno cokolwiek zarzucić. Zakładają obóz I i II, poręczują, zostawiają depozyt ze sprzętem. Ale to koniec dobrych wieści, zaczynają się komplikacje. Z akcji wypada Barabaś,  cierpiący na ropną anginę. Podobnie pani doktor, której umiejętności wspinaczkowe są zdecydowanie niewspółmierne do jej ambicji. Ale najważniejsze: nie ma Wandy! Żadnych wiadomości! Miała wchodzić na któryś z brakujących jej ośmiotysięczników, ale czy weszła? Może zadzwonić do nepalskiego Ministerstwa Turystyki? Telefon jest w najbliższej wiosce. Arek wybiera inne rozwiązanie. Pójdzie do dwójki z Jedlińskim. Jak da radę, pociągnie chociaż do depozytu. Jakby nie było na górze jest tam sprzęt wart kilkanaście tysięcy dolarów. Jeśli zjawi się Wanda, wyżej pójdą razem. Jeśli się nie zjawi, Arek zwinie depozyt i zejdzie do Jedlińskiego, który w tym czasie zlikwiduje dwójkę. Śniegu napadało, a zbliża się listopad, więc będzie go coraz więcej. Wandy ani widu ani słychu. Co robimy? Nie ma co czekać, stwierdzają, trzeba się zwijać. Tylko, czy któryś patrzy uważnie w kalendarz? Jest 29 października, a według planu baza miała być zlikwidowana dopiero w drugiej połowie listopada, najpóźniej dwudziestego! Ale decyzja podjęta: zwijają się. Schodzą do wioski i nagle…? Wanda!

Gdyby pod ręką była święcona woda, Arek pewnie by się przeżegnał. Za to Wanda jest w lekkim szoku. Zeszliście? – nie rozumie. Jak to zeszliście? Dlaczego? Arek próbuje zwalić winę na Malinowskiego, kręci. Dlaczego nie czekaliście? Czekaliśmy, ale ciebie nie było. Jestem, tak jak miałam być, to wy nie czekaliście, zeszliście przed czasem. Nie było z tobą kontaktu, więc uznaliśmy, że nie przyjdziesz. Jakiego kontaktu? Z wiadomością trzeba byłoby wysłać gońca, to trwa parę dni, a zresztą po co i z czym miałaby go wysyłać? Przecież wszystko było ustalone, zapisane? 

Tak, było, ale, jak twierdzi Gąsienica-Józkowy daty się nie zgadzały. Wanda była roztrzepana, dodaje. Może była, ale aż tak? W tak ważnej kwestii? 

Rutkiewicz nie rezygnuje. Kto wraca z nią na Dhaulagiri? – pyta. Pogoda nie najlepsza, więc tylko Arek jest chętny. Dla niego to wielka szansa. 

Wracają na lodowiec, tylko z kucharzem i z jego pomocnikiem. Ale pogoda się nie  poprawia, a dni szybko uciekają. Przy pierwszym przejaśnieniu decydują się na atak w stylu alpejskim, niemal od podstawy góry. Mają spore szanse, zwłaszcza, że na górze zostały poręczówki, ale aura nie sprzyja. Gdyby chociaż przestał padać śnieg, a tak…, nie da się iść wyżej. Ponadto Wanda jest zmęczona. Dopiero co zakończone samotne wspinaczki na Czo Oju i Annapurnę jednak dały jej się we znaki, zwłaszcza Annapurna. No i kończy się żywność i gaz. W tej sytuacji decyzja może być tylko jedna: odwrót. 

Pierwszy idzie Arek: toruje, więc niesie tylko dwadzieścia pięć kilo. Plecak Wandy, bez taryfy ulgowej – trzydzieści kilo. Nepalczycy, ledwie żywi, choć bez jakiegokolwiek przygotowania alpinistycznego dzielnie targają po piętnaście–siedemnaście kilo. Jest ciężko, bardzo ciężko. Marsz  zmienia się powoli w walkę o przetrwanie. I dlaczego plecak Wandy jest taki ciężki? Arek szybko zaspakaja swoją ciekawość, a w konsekwencji w ciągu czterech dni marszu Wandzia pozbywa się ręcznika, szamponu, perfum…Lista jest długa. Gorzej, że z kalendarza Karawany do Marzeń wypadła jedna data, niemal połowa zakupionej żywności zmarnowała się, a rupie prawie się rozeszły. Mimo to na koniec Rutkiewicz wspaniałomyślnie zwraca chłopakom pieniądze wydane na sprzęt, choć zdaje sobie sprawę, że wyprawa była organizacyjną porażką, obciążającą głównie Gąsienicę-Józkowego. Ale zamiast spodziewanej bury pada propozycja: a może Arek pojechałby z nią na kolejną wyprawę? A na którą górę? Decyzję Wanda podejmuje już po powrocie do Polski: na Kanchenjungę.