Elbrus

Elbrus

To było otwarte złamanie. Wanda przeleciała jakieś dwieście metrów i zatrzymała się u podnóża lodowej ściany. „Na nartach?” – dopytuje naiwnie Jan Tyszkiewicz w swej audycji „Godzina bez kwadransa”. – Nie – w głosie Rutkiewicz słychać rozbawienie – to narciarz spadł na mnie.” Tym narciarzem był schodzący za nią kolega, Henryk Wenerski. Gdy wystraszony zszedł do niej, leżała bezwładnie na polu lodowym, a wokół było mnóstwo krwi Z nadmiaru adrenaliny zupełnie nie czuła bólu. Za chwilę pojawili się pozostali narciarze. Maciej Iskierski natychmiast wyruszył do schroniska po pomoc, a Węgier György starał się jakoś usztywnić złamaną nogę kijkami narciarskimi. Na szczęście Polka miała przy sobie radiotelefon. O godzinie ósmej, ustalonej wcześniej jako godzina łączności, udało się im się połączyć ze stacją Mir. W godzinę później dotarła do nich reszta polskiej wyprawy z Kurczabem i rosyjska ekipa ratunkowa, w sile dwudziestu chłopa.

***
Historia tej wyprawy jest dość krótka, w przeciwieństwie do jej skutków, które ciągnęły się za Wandą do końca życia, a nawet po śmierci. Bez wątpienia – wbrew kabardyjskiej nazwie szczytu –  „Oszchamacho” czyli Góra Szczęścia – wydarzenia na najwyższym szczycie Kaukazu w sposób znaczący zmieniły bieg wspinaczkowej kariery Wandy.  A dlaczego Elbrus? 

Wandzie chodził po głowie pewien pomysł i to bardzo śmiały pomysł: kobieca wyprawa na K2. W tym samym czasie świetny himalaista francuski Yannick Seigneur proponuje jej – nomen omen – udział właśnie w wyprawie na Chogori w 1981 roku. Wanda uznaje, że to dobry rekonesans przed „jej” polską wyprawą; przedtem pojechałaby na prosty, wysokościowy „trening” w Kaukaz. I tak oto pewnego marcowego dnia 1981 roku Wanda znajdzie się w bazie pod Elbrusem, w schronisku Prijut, na wysokości 4200 metrów. Elbrus to jeden z najłatwiejszych pięciotysięczników i, jak w przypadku wielu gór, sama droga na szczyt nie przedstawia większych trudności technicznych. Problemem jest topografia góry, jej rozległość i brak charakterystycznych punktów orientacyjnych na wielkiej, białej przestrzeni i  wyjątkowo kapryśny klimat: gwałtowne załamania pogody, niskie temperatury i huraganowe wiatry mogą zniechęcić nawet wytrawnych wspinaczy. Tak jest i tym razem.
Już dwukrotnie Polacy usiłowali wyjścia aklimatyzacyjnego. Bez skutku. Ten piekielny wiatr przy minut trzydziestu stopniach… Trudno, trzeba poczekać na przejaśnienie. Chociaż dzień, dwa. Ale Wanda nie może usiedzieć na miejscu. Wychodzimy, mówi. Kto idzie ze mną? Chętnych brak, ale Wanda namawia: chociaż do skał Pastuchowa, to tylko jakieś 400-500 metrów powyżej schroniska, a dalej się zobaczy. No dobra, kilku narciarzy górskich kiwa głowami.  

17 marca. O czwartej rano, wyruszają Wanda, Henryk Wenerski, Maciej Iskierski i Węgier György Szara. Na zewnątrz nic się nie zmieniło: mróz nie zelżał, wiatr dalej szaleje, a widoczność ograniczona do kilkudziesięciu metrów. Ustalenia są jasne: idą do Skał Pastuchowa i wracają, chyba że pogoda się poprawi. Nie poprawiła się. więc cała czwórka zaczyna schodzić. Ma do pokonania bardzo silnie oblodzony, stu może stupięćdziesięciometrowy stok, nachylony pod kątem około trzydziestu pięciu stopni. Idą niezwiązani, choć niektórzy mają problem z użyciem raków, a György Szara otwarcie przyznaje, że boi się schodzenia w takich warunkach. Wanda chyba nie zdaje sobie z tego sprawy, idzie szybciej i jest już niżej od pozostałych. Nagle słyszy krzyk, a po chwili czuje silne uderzenie w plecy, które zwala ją z nóg. Jest przekonana, że poleciał Węgier, ale nie ma czasu na zastanawianie się,  zaczyna spadać. Coraz szybciej. Usiłuje hamować czekanem, ale przy tej prędkości to praktycznie niemożliwe. W takim terenie po prostu nie można popełnić błędu¸ bo pośliźnięcie się to wyrok. Pętla czekana Wandy pęka, Polka stara się osłonić głowę, ale uderza w jakieś oblodzone głazy, wylatuje w powietrze i spada dalej. Dopiero po jakichś dwustu metrach stok się wypłaszcza i udaje jej się wyhamować zdrową nogą. Leży bez ruchu, oszołomiona potwornym bólem w lewej nodze. Po chwili jest przy niej przerażony sprawca, Henryk Wenerski. Na stoku zatrzymał się na chwilę, chcąc poluzować paski raków, uciskające zmarznięte stopy. Stracił równowagę, zaczął spadać i podciął Wandę. Za Henrykiem na lodowiec zjeżdżają inni. Maciej Iskierski rusza do schroniska po pomoc, a Węgier próbuje usztywnić złamaną nogę narciarskim kijkami. Jest ósma. To ustalona godzina łączności ze stacją Mir.

Będzie podziwiana za siłę woli i 
konsekwencję w pokonywaniu
niemożliwego i krytykowana za 
wybujałą ambicję i brak
odpowiedzialności.

Zbierajcie się, Wanda miała wypadek! Kurczab, Fereński i paru innych wspinaczy wychodzi z Prijuta. Na zewnątrz mróz ciągle trzyma,  mgła jak mleko, nic nie widać. Jak mają tę Wandę znaleźć? Dobrze chociaż, że wszyscy Polacy mają czerwone anoraki. Błądzą ponad godzinę, wreszcie w oddali, na śniegu dostrzegają coś czerwonego. Wanda! Jęczy okropnie.  Od nogi odstaje złamana kość, na nodze wielki skrzep krwi. Baza powiadomiona, dwudziestu Rosjan jest już w drodze. Ale jak tu ją znieść? Przy próbie spuszczania na linie Wanda wyje z bólu, więc czterech z nich ją niesie, a piąty ubezpiecza 70.metrową liną. Po godzinie docierają Rosjanie. Jeden z nich bez zastanowienia zaczyna wlewać Wandzie do gardła pszeniczną wódkę. Fereński wrzeszczy: co robisz, ona nie pije! Ja wracz, – pada odpowiedź – wiem co robię. O dziwo, po ćwiartce wódki, Wanda przytomnieje, dostaje rumieńców i… zaczyna śpiewać. Ponoć była to jakaś afrykańska piosenka, a może okolicznościowa improwizacja?

Ambulans zawozi Wandę do niewielkiego szpitalika w Tyrnaz, u podnóża Elbrusu. Polka wymiotuje i dziwnie się zachowuje, dlatego lekarze podejrzewają uraz głowy. Radzieckim wraczom, nie przychodzi pewnie do głowy, że to całkiem zwyczajna reakcja osoby niepijącej na specyficzne „znieczulenie”, zaaplikowane jej przez ich kolegę na stoku. Ostateczna diagnoza: skomplikowane złamanie kości udowej. Wanda straciła też  bardzo dużo krwi. Na kość udową  lekarze zakładają dwie metalowe klamry, a cała nogę pakują w gips. Oczywiście Rutkiewicz jako światowej sławy himalaistka dostaje osobny pokój, ale na tym przywileje się kończą. Prymitywizm podrzędnego szpitalika u stóp Elbrusu, bo o przewiezieniu Polki choćby do Moskwy mowy nie ma, dorównuje niedbalstwu i opieszałości opieki medycznej. Prośba o basen jest równoznaczna z rzucaniem butami w drzwi. Chorych karmią rodziny i gdyby nie pomoc alpinistów, którzy Wandę odwiedzają, Polka leżałaby głodna i spragniona. Oficjalna skarga niewiele daje, żądanie umożliwienia kontaktu z polską ambasadą jest ignorowane, a oficjalna skarga niewiele daje, poza umieszczeniem w pokoju Wandy rosyjskiej pacjentki, której rodzina rzekoma zadeklarowała opiekować się także Wandą. Marii Błaszkiewicz na kilometr pachnie to donosicielstwem i milicyjnym nadzorem. List do ambasady, który miał wysłać jej radziecki kolega-alpinista zostaje przechwycony. Ale najgorsze jest to, że od początku Wanda czuje w nodze coś nienaturalnego, dziwną nieruchomość, sztywność, niewłaściwe ułożenie. Lekarze tylko machają ręką, nie wierzą albo mają to w nosie.
  Upływają dwa tygodnie. Wanda tkwi unieruchomiona na łóżku w gipsie od pasa w dół, z nogą zawieszoną na wyciągu. Uciekać stąd! Uciekać jak najszybciej! Ale jak?  Głodówka. To jedyny sposób. W rozmowie z lekarzem Polka stawia sprawę na ostrzu noża a: jeść nie będzie, jeśli tu umrze, to on będzie miał kłopoty, a tego chyba nie chce? 

Ambasada działa błyskawicznie i 2 kwietnia o godz. 21.40 Rutkiewicz ląduje na warszawskim Okęciu. Czeka na nią rodzina, przyjaciele i dziennikarze. Wanda niby żartuje, uśmiecha się, ale wszyscy zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Matka, Maria Błaszkiewicz załatwia jej karetkę i zawozi prosto do Kliniki Ortopedycznej Akademii Medycznej na Lindleya, gdzie trafia w ręce ortopedy-alpinisty, Jana Serafina. Wersję tę potwierdza w swej książce Ewa Matuszewska, która towarzyszyła Wandzie do szpitala. Nieco inaczej przedstawia to przyjaciel Rutkiewicz, kierowca rajdowy Tomasz Szostak. To on miał odebrać Wandę na lotnisku, roztrzęsioną, wychudzoną, w poszarpanym i pokrwawionym dresie. Przerażała ją perspektywa amputacji nogi i to, że może nigdy więcej pójdzie w góry. I to Szostak zawozi ją do szpitala na Lindleya. 

Kilka dni później Rutkiewicz jest już po operacji.  Nogę uratowano, jednak złamanie jest bardzo poważne i skomplikowane. Złamaną kość udową spięto skręconą śrubami metalową szyną, która po zrośnięciu kości musi zostać operacyjnie wyjęta. A na razie Wandę czeka wielotygodniowy pobyt w klinice. Ma czas na myślenie. No tak, wspinać się nie może, ale czy to znaczy, że ma zrezygnować z K2? Z wyjazdu z Yannickiem tak, ale polską wyprawę może przecież organizować w łóżku! Rutkiewicz rozpoczyna batalię, która z jednej strony wzbudzi zdumienie i niedowierzanie, z drugiej falę ostrej krytyki. Będzie podziwiana za siłę woli i konsekwencję w pokonywaniu niemożliwego i krytykowana za wybujałą ambicję i brak odpowiedzialności. Niektórzy twierdzą, że od początku wie, że wyprawa się nie powiedzie i traktuje ją wyłącznie jako rekonesans do realizacji własnych celów. Biorąc pod uwagę ogrom pracy, sił i środków, włożonych w organizację trudno w to uwierzyć. Łatwiej przyjąć, że splendor udanej żeńskiej wyprawy na K2 spłynąłby również, co jest oczywiste, na jej kierownika, czyli na nią. Poza tym gdyby wypadek na Elbrusie Rutkiewicz miałaby przecież szansę zaatakowania K2wcześniej,  z wyprawą francuską. Teraz występuje do władz Pakistanu o pozwolenie na kobiecą wyprawę na K2 i je otrzymuje.

Lato Wanda spędza w Stołecznym Centrum Rehabilitacji w Konstancinie, nawet pobiera nawet rentę inwalidzką drugiej grupy, co w tym okresie jest jej jedynym stałym źródłem  dochodów, ale już późną jesienią wyjeżdża na cykl prelekcji do NRD. Na grudzień ma zaplanowaną operację usunięcia szyny z nogi.  Ogłoszenie stanu wojennego niweczy wszystkie plany, ale Wanda do Polski nie wraca.  Podnosi słuchawkę telefonu i wykręca numer telefonu do Insbrucku. 

Stara miłość  nie rdzewieje, nawet po 16 latach niewidzenia, przynajmniej w przypadku doktora Helmuta Schafftera. Ożeniony i rozwiedziony, wychowuje dwóch nastoletnich synów w Patsch, maleńkim miasteczku, kilkanaście kilometrów od Insbrucku. Pochłonięty swoją pracą wspinaczkę traktuje jak weekendową czy wakacyjną rozrywkę, a nie jak Wanda, jak sposób na życie. Oczywiście zgadza się na jej operację w klinice w Insbrucku i ponownie się oświadcza. 

W Polsce, w środowisku górskim małżeństwo Wandy odebrano jako świetny deal w trudnym okresie; w nagle rozkwitłą miłość nikt nie wierzy. A Wanda? Być może jest to próba realizacji myśli o domowej stabilizacji, albo przynajmniej poczucia, że kobieta powinna do takiego rodzinnego szczęścia dążyć? Jest oczywiste, że Helmuta potrzebuje, a przy tym w Polsce czołgi na ulicach, pustka na sklepowych półkach, bezterminowe odcięcie kraju od Zachodu i ogólny marazm, a tu, w Austrii, operacja w świetnej klinice Helmuta i wolność w działaniu. W styczniu 1982 także powtórne samoistne złamanie nogi, ale i ślub z Helmutem, wsparcie męża podczas rehabilitacji i, co najważniejsze, w organizacji wyprawy na K2, z której Wanda ani myśli rezygnować. A z Patsch jest to o niebo łatwiejsze; Wanda ma już austriackie obywatelstwo, co niezmiernie usprawnia jej aktywność. Helmut Wandy nie rozumie, czuje i widzi, że małżeństwo jest iluzją, ale  pomaga, wyszukuje sponsorów, firmy produkujące sprzęt alpinistyczny, żywność i lekarstwa. 

***
Kto rozsądny próbowałby przejść dwieście czterdzieści kilometrów niełatwej drogi do bazy pod K2 i z powrotem o kulach i z szyną w jednej nodze? Po kolejnym złamaniu lewa noga Wandy jest nadal w gipsie. Ale zawsze na pierwszym miejscu stawiała góry, a na drugim zdrowie i tak jest i tym razem. To ona tę wyprawę wymyśliła i zorganizowała, ma więc prawo nią pokierować, choćby tylko z bazy. W lipcu 1982 roku wylatuje do Pakistanu.

***
Wiosna 1992 roku. Wypadek na Elbrusie nie daje o sobie zapomnieć, a wyjazd na wyprawę na Kangchendzongę tuż tuż. Badania lekarskie nie wychodzą najlepiej i mocno dokucza lewa noga: odzywa się stara kontuzja. Zagadnięta o to przez dziennikarkę  Barbarę Rusowicz, z którą pisze książkę Rutkiewicz z pobłażliwym uśmiechem odpowiada, że to przecież nic takiego. Nim doleci do Katmandu i  znajdzie się w bazie pod górą noga na pewno wydobrzeje.

***
Wiosną 1995 roku włoska wyprawa na Kangchendzongę z Simone Moro na czele znajduje ciało alpinistki. Włosi przypuszczają, że to Wanda Rutkiewicz. Lewa noga, widocznie słabsza, jest oderwana, co mogło być skutkiem tragicznego lotu z grani szczytowej. I chociaż ciało znaleziono po południowej, a nie północnej stronie góry, a znalezione w kieszeni  lekarstwa wskażą raczej na Bułgarkę Jordankę Dymitrovą, cień wątpliwości pozostaje. W oderwanej lewek nodze tkwiła, co potwierdziła doktor Ewa Wasilewska, antropolog z Uniwersytetu Utah, metalowa płytka podobna do tej, jaką wstawiono Polce po zespoleniu złamania.