Annapurna

Annapurna

Lato 1972

Do Annapurny Wanda od początku nie miała szczęścia. O niej właśnie, o Matce Żywicielce, Bogini Urodzaju, górze otoczonej złą sławą i rzadko atakowanej wspomina  Arlene Blum, amerykańskiej alpinistce i pisarce w Hindukuszu w 1972 roku. Wanda wraca właśnie z Noszaka i już snuje plany na przyszłość, i to śmiałe. Skoro kobiety wspinają się na wysoki siedmiotysięcznik, to dlaczego nie próbują wejść na ośmiotysięcznik? Na przykład na Annapurnę? Powinnyśmy zorganizować taką wyprawę, żeńską oczywiście. Dlaczego Wanda wybrała właśnie tę górę? Wcześniej,  na przestrzeni prawie trzech dekad szczyt zdobyły zaledwie cztery, oczywiście męskie wyprawy. Czy było jak zwykle u Wandy: jak walczyć, to o najwyższą stawkę? W głowie Arlene zakiełkowało…A gdyby tak połączyć siły? 

Plany wyprawy konkretyzują się trzy lata później, a Wanda przyleci helikopterem do bazy pod Noszakiem, by przedyskutować możliwość zorganizowania amerykańsko-polskiej ekspedycji kobiet. Niestety władze nepalskie nie udzielają Arlene pozwolenia. Panie jednak nie rezygnują i nie tracą kontaktu. W 1978 roku szansa pojawia się ponownie, ale prawie w tym samym czasie Rutkiewicz otrzymuje propozycję udziału w wyprawie na Everest. Wybór jest oczywisty. W Katmandu wkłada na siebie koszulkę reklamową wyprawy Blum. Trzyma mocno kciuki za Amerykanki, tym bardziej, że wśród nich jest Alison Chadwick-Onyszkiewicz, przyjaciółka i partnerka Wandy z Gasherbrumów.

Zima 1987

Kukuczka przyznaje: zrobił to z wyrachowania. Z telewizji austriackiej Wanda dostała zlecenie i gotówkę na nakręcenie filmu dokumentalnego. Jak tu nie skorzystać, skoro budżet planowanej wyprawy na Annapurnę świeci pustkami, a dewiz jak na lekarstwo? A tu gotówka sama się znajduje, tyle że w pakiecie z Wandą. Wprawdzie, jak napisze później lider, Wandzia jest kobietą sympatyczną i jakoś jego i chłopaków do siebie przekonała, ale to mydlenie oczu: z udziału Wandy chłopaki zadowoleni nie są. Finansowy wkład, jak najbardziej, ale wspólne wspinanie –  niekoniecznie, więc skoro Kukuś sobie ją zaprosił, to niech się potem z nią wspina! 

Wyprawowe „wiano” Wandy nie wystarcza. Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu dał trochę grosza, ale w złotówkach. Brakuje, bagatela, 3,5 tysiąca dolarów. Wszystko wisi na włosku. I nagle telefon. Jacek Pałkiewicz chciałby przeprowadzić wywiad. Ale pal diabli wywiad, jedziecie na wyprawę? Za trzy tygodnie? A ile kosztuje udział? Wziąłbyś mnie? Nowicjusz na górze-mordercy? Zobaczy, jak to wygląda, stwierdza Kukuś,  to sam zrezygnuje. Jedziemy! 

Do Nepalu najpierw leci forpoczta: Artur Hajzer i Wanda. W Katmandu – nieprzyjemna niespodzianka. Janusz Kurczab, który „odstąpił” Kukuczce projekt nie dopełnił formalności w nepalskim Ministerstwie Turystyki, nie podał chociażby składu, nie odpowiedział na czas i katowicka wyprawa została skreślona. Chodzenie po pokojach i nagabywanie kolejnych urzędników nic nie daje. I wtedy do akcji znowu wchodzi Wandzia. Zna jednego z indyjskich dyplomatów, może coś zdziała? Zdziałała, choć nerwów, czekania i wypełniania formularzy było jeszcze mnóstwo. Wanda przy okazji chodzi koło swoich spraw; może uda się coś załatwić w kwestii pozwoleń na kolejne wejścia w ramach Karawany? 

3 stycznia cały zespół w składzie Artur Hajzer, Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Wielicki, lekarz Michał Tokarzewski, Ryszard Warecki i oczywiście Kukuczka meldują się w komplecie w Katmandu. Zgodnie z dokumentami wyprawa już trwa, a tymczasem nawet się nie zaczęła, bo pozwolenie, ważne do 15 lutego, czyli do końca sezonu zimowego jeszcze nie przyszło.  Ale Polak potrafi! Wielicki, Tokarzewski i Hajzer ruszają do Pokhary, a stamtąd do ABC (Annapurna Base Camp) z turystycznym siedmiodniowym pozwoleniem na trekking i dwutonowym ładunkiem, co wywołuje niemałe zdziwienie policjantów na check-pointach.  Zanim dojdą na miejsce z całym tym majdanem, pozwolenie dotrze.

Plan Kukuczki jest ambitny: chce poprowadzić nową drogę na ścianie południowej, ale ostatecznie decyduje się na północną flankę drogą pierwszych zdobywców, Francuzów Maurice’a Herzoga i Louisa Lachenala. Dojście do góry, zwłaszcza zimą jest ryzykowne i trudne, za to wspinaczka o wiele łatwiejsza technicznie. 20 stycznia, po ośmiu dniach trekkingu, skutecznym buncie tragarzy, którzy wymuszają na Polakach potrójną stawkę zapłaty i triumfalnym pojawieniu się Rutkiewicz, Pałkiewicza, Wareckiego, nepalskiego kucharza Birphala i Kukuczki z pozwoleniem w plecaku wyprawa dochodzi do miejsca bazowego na wysokości 4200 metrów. I tu, niespodziewanie, kończy się himalajska przygoda Jacka Pałkiewicza. Nikt mu nie powiedział, że pod Annapurną nagle ziemia pod nogami zacznie drgać, uszy wypełni huk pękającego lodu, a z każdym wdechem zamiast powietrza będzie wciągał drobinki śniegu i lodu. Nikt mu nie powiedział, bo nikt tego nie mógł przewidzieć. Ile wypraw przeżyło w bazie trzęsienie ziemi? Pałkiewicz, który poza tym ma jakiś problem z nerkami, ma dość. Wraca do domu.

Pełne zagospodarowanie bazy może potrwać kilka dni, czasu jest mało, więc już następnego dnia nie ociągając się trzyosobowy zespół, Rutkiewicz, Kukuczka i Hajzer rusza do góry. Cała trójka ma jeszcze aklimatyzację z poprzednich wypraw, więc tempo mają znakomite : udaje im się założyć obóz I, a po kolejnych biwakach obóz III na 6150. No to co, że nie ma obozu II? Można przynajmniej zrzucić z pleców cały targany sprzęt i na lekko wrócić do bazy. Bazy, której tak naprawdę też jeszcze nie ma. Gdyby tylko nie było tak zimno…Choć i tak na pogodę nie mogą narzekać: słońce codziennie zagląda do bazy na całe kilka godzin. W bazie dobra atmosfera. Humory dopisują, wola walki i wiara w sukces silna.
Jedyną rzeczą, która powoduje zaniepokojenie uczestników, wywołuje domysły i wzajemne podejrzenia jest zniknięcie szpeku! Całego, dziesięciokilowego wędzonego udźca prosto z Austrii. Miał być dla wszystkich, ale – dziwna sprawa – zniknął jak kamfora. Przejrzano bębny i nic. Kto się odważył sięgnąć po wspólne dobro? Śledztwo utyka w martwym punkcie. 

23 stycznia Warecki i Wielicki idą do góry i na wysokości 5600 metrów zakładają „brakujący” obóz II. Temperatura spada do minus 30 stopni. Zimno jak diabli; wszędzie, w namiotach, i na zewnątrz. 

Kolejne wyjście planują Wielicki, Hajzer i Kukuczka. Rutkiewicz nie czuje się najlepiej, więc postanawia zostać w bazie. Nie wyczuwa zmowy. Dopiero Warecki uświadamia jej, że to może być próba ataku szczytowego. Oczywiście bez niej. Wanda sztywnieje. To tak ma wyglądać jej udział w wyprawie? Hajzer, zapytany wprost nie zaprzecza, chowa głowę w piasek. Skoro oni idą na szczyt, to z kim ona pójdzie? To pytanie do Kukuczki. Bo chyba pójdzie, prawda? To może Jurek wyznaczy kogoś, kto z nią zostanie i pójdzie z w drugim zespole? Hajzer truchleje, ale odpowiedź lidera jest iście salomonowa: on, Kukuś, z nią zostanie. Nakreśla plan. Całą czwórką idą i nocują w jedynce. Następnego dnia on i Wandzia podejdą do dwójki, a Hajzer i Wielicki od razu do trójki. Potem oba zespoły, w odstępie jednodniowym, atakują szczyt.

Plan zawodzi. Nieoczekiwanie pierwsza dwójka osiąga zaledwie 5800 metrów wysokości, słabnie i zawraca do obozu II. Ranek 28 stycznia zastają więc w górze dwa zespoły, które odtąd działają razem.: Rutkiewicz z Kukuczką i Hajzer z Wielickim. W obozie III stoi tylko jeden dwuosobowy namiot, więc noc jest ciężka. Trudno zasnąć w takiej ciasnocie, przy nieustannym huku schodzących lawin i nasłuchiwaniu wycia wiatru szarpiącego ścianami namiotu. Z ulgą witają ranek, ale wspinaczka powyżej trójki robi się nieprzyjemna i powolna. Poręczowanie pokrytych szklistym lodem stoków pochłania sporo sił i czasu, w rezultacie noc zaskakuje zespół na wysokości 6800 m., ledwie trzysta metrów od trójki. Dopiero następnego dnia, po nieplanowanym biwaku, udaje im się założyć obóz IV. Wandę dopada jakaś infekcja i czuje się nienadzwyczajnie. Mimo to rzucone z zaskoczenia pytanie Jurka, kto nazajutrz pójdzie z nim wyżej nieprzyjemnie ją zaskakuje. Zresztą chyba nie tylko ją, z czego skwapliwie korzysta Hajzer. „Ja!” wykrzykuje z sąsiedniego namiotu. Kukuczka wyrzutów sumienia w stosunku do partnerów nie ma. Wandzie brakuje aklimatyzacji, Krzysiek też nie jest do końca „dotarty”, więc w sposób naturalny stworzył się układ, o którym myślał od początku.  

Rano, zgodnie z planem zespół nr 1 w zmienionym składzie rusza do góry, a dzień po nim Rutkiewicz i Wielicki. Ale do Annapurny Wanda szczęścia nie ma. Infekcja gardła się nasila (niewyleczona angina?), dokucza jej noga i Wandzia, i tak bardzo wolna, zaczyna słabnąć. Przez cały dzień robią zaledwie 400 metrów, a od szczytu dzieli ich jeszcze jakieś 1200. Noc spędzają na półce wyrąbanej przez Wielickiego, w całkiem niezłych warunkach, ale stan Wandy pogarsza się tak bardzo, że jej partner obawia się najgorszego. Ale jeszcze raz wygrywa jej niebywała zdolność do regeneracji. Po konsultacji z Tokarzewskim Rutkiewicz bierze jakieś lekarstwa i powoli odzyskuje siły na tyle, by rano bez problemu zejść do trójki. Gotują, jedzą, odpoczywają, ale Wielicki jest zły. Był przecież w pierwszym zespole i gdyby nie Wanda to szedłby teraz do szczytu. Jest od niej o wiele szybszy, więc nawet teraz zdążyłby wejść, ale nie chce zostawić jej samej. Może wciąż ma w pamięci śmierć swego partnera Marcela Rȕediego? Podczas zejścia z Makalu minął Szwajcara, który chciał chwilę odpocząć. Polak nie czekał, schodził dalej. Marcela znaleziono martwego, w tej samej, siedzącej pozycji. Tymczasem Wanda dochodzi do siebie i…- cała Wanda! – chce zawrócić i iść na szczyt. Wielicki zaciska zęby. Ale Annapurna nie pozwala. Pogoda się zmienia, szansa przepadła. Zbierają się i schodzą do bazy.

3 lutego. Baza. „Arturze, Jurku, trzymajcie się, trzymamy za was kciuki”, Wanda stoi przed namiotami z radiotelefonem w ręce. Utrzymuje łączność z Kukuczką i Hajzerem, którzy zbliżają się do kopuły podszczytowej. Stromy lodowy kuluar wyprowadza ich na wierzchołek. Po szesnastu dniach akcji górskiej Annapurna zimą – zdobyta! 

Wanda, choć ma wyrzuty sumienia w stosunku do Wielickiego czasu nie traci: już myśli o nakręceniu filmu z Kukuczką.  Szybciej też godzi się z porażką, wie, że zyskała cenne doświadczenie: „wydarzenia ostatnich trzech tygodni wydają się całkiem proste teraz, gdy siedzę i piszę o nich, ale w istocie przeżyłam jedne z najniebezpieczniejszych chwil mojego życia. – pisze do Marion Feik – Droga na Annapurnę była niezmiernie ryzykowna.”*  A zaginiony szpek? Artur Hajzer zwija kolejny bazowy namiot, ten wspólny – wandziny i kukusiowy. I co znajduje? Wetknięte pod namiot austriackie opakowanie po szpeku!

*Bernadette McDonald Ucieczka na szczyt, Warszawa 2012, s.262

Jesień 1991

Przez długi czas inne wersje historii pierwszego wejścia na Annapurnę nie widziały światła dziennego. Maurice Herzog, kierownik zwycięskiej wyprawy zabronił uczestnikom, również na drodze prawnej, publikowania jakichkolwiek relacji czy wspomnień. Dzięki temu aureola sławy przypadła głównie jemu, człowiekowi, którego wizerunek, w białej czapce, z niewielkim francuskim proporczykiem przymocowanym do styliska czekana, upowszechniany na wszelkie możliwe sposoby przeszedł do historii ludzkości. Dopiero po latach wyłonił się prawdziwy, mniej jednoznaczny obraz francuskiej wiktorii. Może dlatego Pierre Béghin, znakomity francuski himalaista, który, nomen omen, zginął właśnie na Annapurnie, uważał, że na szczycie trzeba zostawić dowód swego wejścia, choćby było to tylko, a może aż, imię i nazwisko wyskrobane na starej butli tlenowej. Bo co, jeśli aparat fotograficzny nie zadziała? Na Annapurnie aparat Wandy zawiódł. Butli nie miała… 

Maj 1991 rok. Wrocław. Dzień Matki. Tym razem w rodzinnym domu Błaszkiewiczów są prawie wszyscy prócz Niny. Synowie Michała  będą kręcić film z uroczystego obiadu. Mają kamerę i choć to Dzień Matki  to nowy sprzęt jest  teraz tematem numer 1. A temat numer 2? Oczywiście Wanda. Przyjechała, choć jest mocno zajęta. Na jesień ma bogate plany: Cho Oyu, ale przede wszystkim Annapurna. Kierownikiem jest Krzysiek Wielicki. Będzie dobrze. Było?

Do Katmandu Wanda dojeżdża 29 września. Do Pokhary, skąd wyruszy do Annapurna Base Camp, ma niedaleko: lot trwałby 35 minut, jazda autobusem 7-9 godzin, a potem czeka ją miły i łatwy spacer: parodniowy trekking do ABC, jeden z najpopularniejszych w Nepalu. Okolice Annapurny, w przeciwieństwie do surowego w swym pięknie, niegościnnego Karakorum uwodzą natychmiast. Przybysz jeszcze czuje zapach kadzidełek, jeszcze ma w oczach wąskie, gwarne uliczki Katmandu i chybotliwy blask lampek oliwnych w świątyniach, a już wkracza w świat tarasowo położonych pól ryżowych, zgniłozielonych, przesyconych wilgocią, bujnych subtropikalnych lasów, wiszących mostków, wodospadów i malowniczych wiosek. A nad tym wszystkim górują, coraz bardziej widoczne, perełki górskiego Sanktuarium Annapurny, Hiunchuli, Bara Shikhar, święta góra Macchapucchare i oczywiście Annapurna. Do ABC Wanda dociera 5 pażdziernika, gdzie zastaje całą ekipę: Mariusza Spruttę, Krzysztofa Wielickiego, Ryszarda Pawłowskiego,  Rüdigera Schleypena z Niemiec, Jolantę Patynowską, Belgijkę Ingrid Bayens, Gonçalo Veleza z Portugalii i, co najważniejsze, swego partnera Bogdana Stefko. Jego obecność, stanowiła sine qua non udziału Wandy w wyprawie. Wielicki ma zbyt mocno w pamięci poprzedni wspólny wyjazd, by pozwolić sobie na powtórkę. Stawia sprawę jasno: znajdziesz sobie partnera – jedziesz. Łatwo powiedzieć: Piotr Pustelnik i Józef Goździk jechać nie mogą,  wreszcie pada na Bogdana.

Wielicki uzyskał pozwolenie na południową ścianę, jedną z najwspanialszych na świecie, ale niezwykle trudną, wymagającą. Ponadto ABC leży nisko, na wysokości 4100 metrów i sprzęt trzeba wynieść 750 metrów wyżej, do założonej na lodowcu bazy wysuniętej, gdzie poza Polakami nie ma już nikogo. 

Wanda czuje się świetnie. Właśnie wróciła z Cho Oyu i jest dobrze zaaklimatyzowana, czyli jej plan przenoszenia się z jednej góry na drugą zdał egzamin. Jest pełna entuzjazmu i ochoty do wspinania, ale szybko dostrzega, że atmosfera, jaka wytworzyła się wokół jej osoby jest daleka od życzliwości i zrozumienia. Fakt, dotarła do bazy prawie miesiąc po rozpoczęciu akcji górskiej i koledzy zdążyli się już napracować. 29 września na przełączce, na wysokości 6100 założyli obóz I. Z drugim obozem, na seraku, pod barierą lodową, poszło już gorzej; pokonanie kolejnych 700 metrów i poręczowanie najtrudniejszych odcinków wymagało wysiłku i zajęło im całe dwa tygodnie. A Wandzia sobie przychodzi po wszystkim, „na gotowe”, co jeszcze mogłoby ujść Kukusiowi, ale nie jej, trafia więc natychmiast pod ostrzał krytyki zmęczonego już i na dodatek szarpanego wewnętrznymi rozgrywkami zespołu. Czy jest tego świadoma? Trudno powiedzieć, ale chce nadrobić stracony czas i od razu włącza się do akcji. Wychodzą w górę trójką, Wanda, Mariusz Sprutta i dotychczasowy partner Bogdana Czech Michal Peřina. Idzie im całkiem nieźle. Nie tylko zakładają obóz III, ale poręczują jeszcze sto metrów powyżej. Wprawdzie obóz ten to raczej płachta biwakowa na niewielkiej lodowej półce, niewygodnej i narażonej na podmuchy wiatru, ale za to leży na wysokości 7350 metrów, pod kuluarami wyprowadzającymi na grań szczytową. Niestety załamanie pogody zatrzymuje wszystkie zespoły w bazie. Trzeba czekać. Po kilku dniach warunki się stabilizują  i 18 października  wszyscy pełni wigoru ruszają do góry.

Wanda z Bogdanem Stefko są w akcji już od dobrych paru godzin, gdy narastający rumor mrozi im krew w żyłach. Z góry leci kamienna lawina. Na ucieczkę nie mają szans, mogą tylko przylgnąć do ściany i modlić się, by ominęły ich największe głazy. Niestety. Wanda obrywa w udo. Ostry, palący ból i przez ułamek sekundy przez głowę przebiega paniczna myśl – złamana? Ból rozlewa się po całym ciele, ale tu nie mogą się zatrzymać. Wanda zaciska zęby. Przeczekać. Musi przeczekać pierwszy atak bólu. Potem muszą jakoś zejść… Da radę.

Wielicki jest kategoryczny. Wandzia, dla ciebie to koniec wspinaczki. Jest zły, rozjuszony. Znowu problem z Wandą. Wcześniej obserwował, w jak wolnym tempie się porusza, ale teraz, z tą zranioną nogą? To już jest niebezpieczne. A Bogdan? Trzeba dać chłopakowi szansę. Pójdzie na szczyt z nim, z Pawłowskim czy z kimś innym, ale pójdzie, z czego na pewno będzie bardzo zadowolony. I koniec dyskusji. Wanda nie wytrzymuje, lecą grube słowa. Nie zrezygnuje, nie podda się. A z Bogdanem to nie fair! To dlatego wysłał go do góry, żeby niby pomógł Joli i Ingrid w zejściu do jedynki? Bodek próbuje ratować twarz, ale tylko próbuje; wprawdzie deklaruje, że jakby co, to zaczeka na Wandę w dwójce, ale zaraz pospiesznie dodaje, że chyba wtedy na szczyt nie wejdzie! Wanda nie ma już żadnych złudzeń; może tylko powiedzieć partnerowi, który dzięki niej tu się znalazł, że nie ma sprawy, da sobie radę sama! A póki co, musi dojść do siebie.

21 października. Jest tak, jak mówił Wielicki. O godz. 11.30 staje ze Stefko na wierzchołku Annapurny i jeszcze tego samego dnia obaj schodzą do jedynki, by w górnych obozach zrobić miejsce kolegom. W namiocie jest trochę ciasno, ale rano wszyscy pospiesznie zbierają się do wyjścia, każdy swoim tempem. Wanda też. Wanda? Z tą nogą? Przecież masz schodzić?
Schodzić? Wanda?

Jak dobrze, że są poręczówki. Zraniona noga boli jak diabli, nie może jej podnieść. Musi podkładać rękę pod udo i podciągać nogę. Ręka przesuwa „małpę”. Raz, drugi, dziesiąty. Da się. Chociaż bardzo boli, a środki przeciwbólowe nic nie dają. Do końca poręczówek jakoś dolezie, a co dalej?

Obóz II. Dowlekła się. Teraz musi sprawdzić dokładniej, co z nogą. Złamania nie ma, ale udo bardzo spuchnięte, z wielkim fioletowo-czarnym siniakiem na środku. Do szczytu jest jakieś osiemset metrów, wprawdzie nie zna dokładnie drogi, ale da radę. A może któryś z chłopaków by na nią zaczekał?  Bierze do ręki radiotelefon. Krzysiek? Bogdan? „Jesteś dla nas ciężarem – pada odpowiedź z ust Bogdana. A jak coś jej się stanie, to co z nim? No i wpinanie się z nią nie jest dla niego bezpieczne. Najwyżej może przyjść i pomóc jej zejść!

Wanda ciska radiotelefonem w kąt. Dla nas? Przecież jest jej partnerem, sama go wybrała!

22 października. Wczesny świt. Ból zmalał, ale o normalnym poruszaniu się nie ma mowy. przy zapinaniu raków niemal mdli ją z bólu. Wychodzi przed namiot i rozpoczyna długi, dwunastogodzinny, samotny marsz do szczytu.
Jedna poręczówka, dwieście metrów dalej kolejne. Boli jak cholera. Chce się jej pić, bo gorąco jak w piekle, słońce daje nieźle popalić, a ma na sobie puchowy kombinezon. Dobrze chociaż, że nie ma wiatru.  200 metrów w górę. Boli, ciągle boli. Jest zmęczona, osłabiona z wysiłku i bólu. Przysiada na platformie, która kiedyś była czyimś biwakiem. Jest prawie piętnasta. Stromy kuluar wyprowadza ją na łatwą grań. Stare poręczówki wyglądają podejrzanie. Na wysokości 7800, może 7900 grań prawie zupełnie się kładzie. Ściana kopuły szczytowej zdaje się być na wyciągnięcie ręki, tylko które ze spiętrzeń grani jest szczytem? Z góry schodzi Pawłowski. Wspomaga ją herbatą, resztką prowiantu. Jak wygląda droga, pyta Wanda. Ryszard przez chwilę milczy, potem coś duka o starych poręczówkach, które doprowadzają na szczyt, wreszcie macha ręką w kierunku wierzchołkai rusza w dół. Mija kilka sekund i Rutkiewicz czuje jakby dostała obuchem w głowę. Co on sobie pomyślał? Że pyta, by potem móc powiedzieć, że była na szczycie? Jak mógł! Rüdiger Schleypen, który także schodzi z wierzchołka jest bardziej rozmowny. Zresztą dobrze widać, skąd idzie. Do celu brakuje około 100 metrów. ”Teraz, choćbym miała paść, zdobędę szczyt”*: Wanda dostrzega poręczówki, o których bąkał Pawłowski. Jest blisko, tylko że psuje się pogoda. Zrywa się wiatr, sypie drobnym śniegiem i kopuła szczytowa zaczyna powoli rozpływać się w chmurach. Lod jest twardy, więc nie ma żadnych śladów. Teren staje nieco dęba, tak jak mówił Rüdiger. Szybciej, póki jeszcze widać te poręczówki, a za nimi, na śniegu, wyraźne ślady prowadzące na grań szczytową. Plecak Wanda zostawia, zabiera tylko czołówkę, aparat fotograficzny i radiotelefon. Jest godzina osiemnasta.

Na wierzchołku jest cicho, półmrocznie, samotnie. Z lewej jeszcze czerwieni się czubek niższego wierzchołka Annapurny, ale czerń i biel okolicznych szczytów już rozmywa się we wszystkich odcieniach szarości, ocieplanych różowiejącymi smugami zachodzącego słońca. Jeszcze chwila, a wszystko pogrąża się w mroku. Znad przeciwległej grani wypływa pełny, okrągły księżyc. W jego zimnym świetle morze szczytów, zboczy, grani jest olśniewająco piękne: pięknem nieziemskim, nierzeczywistym.

Zdjęcie! Musi zrobić zdjęcie. W miejscu w którym stoi jest wąsko i niebezpiecznie, trudno zachować równowagę, a nie jest wpięta do liny. Zdejmuje rękawiczki, podnosi aparat, naciska spust i…nic: migawka nie działa, pewnie zamarzła. Wanda ze złością rzuca aparatem w śnieg, ale zaraz go podnosi. Strasznie wieje, musi schodzić. Powinna połączyć się z bazą, ale nie ma na to ochoty. A, jeszcze powinna zapamiętać, jak wygląda ostatnia lina, tak na wszelki wypadek: ta cienka, kevlarova jest pod lodem, ta druga jest gruba, biała i skręcona. Wanda rusza w dół. W świetle księżyca droga zejścia powinna być dobrze widoczna. Powinna, ale nie jest. Baterie w czołówce padły, śladów po poprzednikach nie ma. Z każdej strony grań szczytowa Matki Żywicielki opada w dół urwiskami potężnych skalno-lodowych ścian. Nic tylko czarna otchłań, nicość omiatana wzmagającym się wiatrem. Do pozostawionego plecaka Wanda dochodzi bez problemów, ale potem wybiera fatalnie. Na przednich zębach raków schodzi wolno po czyichś śladach po coraz bardziej stromej ścianie, gdy po stu metrach dociera do niej, że schodzi prosto w czeluść. Strach. Strach i tysiące igiełek lodu wbijanych w twarz przez targający nią wiatr. W górę. Musi zawrócić. Do miejsca, który zna. Czekanomłotek znowu wbija się w lód. Centymetr po centymetrze. To tylko sto metrów. Aż sto metrów. Wreszcie jest znowu na poziomej grańce pod wierzchołkiem. Żyje. Jest -30 stopni.

Noc spędza na maleńkiej, wąskiej platformie, przykryta goreteksową płachtą. Gdy się budzi, niebo już różowieje. Koło siódmej zaczyna schodzić, a tu niespodzianka – do góry podchodzą Ingrid, Gonçalo i Mariusz. Mariusz częstuje ją kubkiem herbaty z termosu i idzie dalej. Schodzę do dwójki, mówi Wanda i rzuca jakby od niechcenia: a, byłam na szczycie. W obozie II sięga po radiotelefon. Po drugiej stronie odzywa się Wielicki. Weszłaś? Jak to? Obserwowałem cię z bazy przez lornetkę. Jak nic zawróciłaś spod szczytu! A jeśli weszłaś, to dlaczego nie dałaś znać z wierzchołka?

Do Wandy jeszcze nie dociera. Jest zdumiona i do głębi urażona. Czyli co, kłamie? Ale nie czas na rozważania. Z dwójki musi jeszcze zabrać sprzęt. Na końcu poręczówek schowała wcześniej kijki narciarskie, teraz odciążyłaby bolącą nogę, ale kijki gdzieś przepadły. Skok przez szczelinę brzeżną w pobliżu obozu I wywołuje paroksyzm bólu. Może z bazy ktoś wyszedłby jej naprzeciw? Tylko kto? Baza nie odpowiada. Lodowiec nie ma chyba końca, Wanda z trudem wyszukuje przejścia między szczelinami.

Baza jest prawie pusta. Jest tylko Bodek. Poruszyło go sumienie? Prócz niego cała wyprawa zwinęła manatki i nie czekając na jakiekolwiek wieści ruszyła w drogę powrotną do Katmandu. Ale Bodek też nie jest w dobrej formie i następnego dnia czym prędzej schodzi na dół. Tyle że obiecuje załatwić helikopter. Wanda czeka i pisze do Marion. Wielicki twierdzi, że sama jest sobie winna. Skoro postąpiła wbrew jego poleceniom, to teraz musi sobie sama dać radę.To był mój ósmy ośmiotysięcznik, podobnie jak dla Wielickiego. Może to było jednym z motywów trudności naszych relacjach, może też Wielicki nie wierzył, że zdołam stawić czoła jednej z najbardziej wymagających dróg w Himalajach? “** A teraz wraca: najpierw do ABC, potem do Katmandu, Warszawy i do swoich planów: przecież Karawana musi iść dalej.

Gdy pod koniec listopada Rutkiewicz wraca do kraju w środowisku wrze. Wprawdzie w oficjalnym raporcie kierownik wyprawy, Krzysztof Wielicki pisze, że wszyscy uczestnicy osiągnęli wierzchołek, prywatnie temu zaprzecza, nawet mówi jej to prosto w oczy. Wieści rozchodzą się błyskawicznie: Wanda kłamie. Przyjaciele usiłują jej pomóc,  wydobyć z niej jakąkolwiek informację, dowód,  fizyczny ślad jej bytności na szczycie. Ale nie, nie ma nic, zdjęć też nie. Nie wyszły, było za zimno i migawka się zacięła. W tej sytuacji Polski Związek Alpinizmu musi zareagować i wszczyna oficjalnie postępowanie. Zarząd powołuje specjalną komisję, w której skład wchodzą Maciej Berbeka, Bogdan Jankowski i Janusz Majer. Niekończące się pytania, wyjaśnienia, tłumaczenia, porównywanie relacji. Prawie przesłuchanie. Wyprawowi koledzy jak jeden mąż trwają przy swoim zdaniu, a  atmosfera jest ciężka od zarzutów i niechęci.
Kilka dni przed końcowym posiedzeniem komisji z Wiednia przychodzi wywołany film z aparatu Wandy. Ostatnie zdjęcie jest niedoświetlone, niewyraźne, ale poddane analizie przez eksperta w kwestii topografii Himalajów Zbigniewa Kowalewskiego zostaje uznane przez komisję za ostateczny dowód wejścia Rutkiewicz na Annapurnę. Ale tylko oficjalnie. W środowisku werdykt komisji nie likwiduje smrodku podejrzeń i wątpliwości. I choć wiele osób Wandę wspiera i nie wątpi w jej rzetelność i prawdomówność, Józef Nyka, Hanna Wiktorowicz, Piotr Pustelnik czy Arek Gąsiennica-Józkowy ogólnie dominuje przekonanie, że Wanda na szczyt nie weszła, choć była bardzo blisko, a jej niezachwiana pewność o sukcesie może być wynikiem zmęczenia i deterioracji: „zgubiła” jeden dzień lub sądziła, że dotarła do celu.

Rutkiewicz zawsze była twarda, ale w takiej sytuacji nigdy się nie znalazła. Jest załamana i rozgoryczona. Po tragicznej śmierci jej życiowego partnera Kurta Lyncke-Krügera afera z Annapurną jest drugim poważnym ciosem, który nie pozostaje bez wpływu na jej kondycję psychiczną, podejmowane decyzje i posuniętą do granic możliwości determinację w realizacji planów. W Polsce reputacja i wizerunek Rutkiewicz jest nadszarpnięta, ale w międzynarodowych kręgach alpinistycznych jej pozycja i renoma nie osłabły. Reinhold Messner, wyczulony na sprawy krętactw w górskich sukcesach w swej książce o Annapurnie bez najmniejszych wątpliwości umieszcza nazwisko Rutkiewicz na liście zdobywców góry. Zastrzeżeń nie ma też Elisabeth Hawley, której skrupulatność w dokumentowaniu wszelkich prób i wejść na himalajskie szczyty jest tyleż legendarna, co niepodważalna. Ale czy mimo to po Annapurnie Wanda jest wciąż tą samą Wandą?

„Dostała potwornie w kość […] – mówi Arek Gąsienica – Józkowy w wywiadzie dla Anny Pietraszak – stało się coś, co jest tragedią dla każdego alpinisty, została pomówiona o to, że nie weszła na szczyt. Wyprawa rzeczywiście była brutalna. Postawa Wandy nie była idealna, ale są rzeczy, które można i których nie można.”***

*Barbara Rusowicz, Wszystko o Wandzie Rutkiewicz, Toruń-Bydgoszcz 1992, s.160-165
**Gertrude Reinisch, Signora di Ottomile Milano, 2002, s.161
***W cieniu Everestu, w reż. Anny Pietraszak, TVP, 1995