K2

K2

Odsłona I

1982

Wanda ląduje na Okęciu 2 kwietnia, o 21.40. Bezpośrednio z lotniska karetka zabiera ją do Kliniki Ortopedycznej Akademii Medycznej na Lindleya, gdzie trafia, co za szczęście, na lekarza-alpinistę, Jana Serafina. Złamanie nogi, którego doznała podczas wspinaczki na Elbrus, jest poważne i skomplikowane. Nogę na szczęście da się uratować, ale o wyjeździe na K2 z francuską wyprawą Yannicka Seigneura Wanda może zapomnieć. A ta druga wyprawa? Polska? Kobieca? Zgoda, wspinać się na razie nie może, ale przecież może wszystko zorganizować? 

Z jednej strony pomysł wywoła absolutne zdumienie i niedowierzanie, z drugiej falę ostrej krytyki. Jedni będą ją podziwiać za upór, wytrzymałość i niecodzienne podejście do problemu, inni zarzucą wybujałą ambicję, brak odpowiedzialności lub traktowanie tej wyprawy instrumentalnie, jako rekonesans na przyszłość, gdy jej noga będzie już sprawna.
Bo kto o zdrowych zmysłach próbowałby przejść dwieście kilometrów niełatwej drogi do bazy pod K2 o kulach i z szyną w jednej nodze? A z drugiej strony,  jeśli Polki K2 zdobędą? Wtedy Wandę otoczyłaby aureola kierownika historycznej, zwycięskiej wyprawy, matki chrzestnej pierwszego kobiecego wejścia na drugą górę świata. 

Jedna operacja, druga, trzecia.. Ta ostatnia odbywa się już w Uniwersyteckiej Klinice Chirurgii w Innsbrucku. Wybuch stanu wojennego w grudniu 1981 roku zastaje Wandę w Berlinie, gdy w jej polskim paszporcie w rubryce stan cywilny widnieje – rozwiedziona. Gdy w Patsch, w domu Helmuta Scharfettera, lekarza i dawnego wielbiciela, rozpoczyna poszpitalną rekonwalescencję do szuflady wkłada paszport austriacki z wpisem: stan cywilny – zamężna. Spóźniona miłość czy małżeństwo z rozsądku? W Polsce uśmiechają się drwiąco: tu koksowniki i żołnierze na ulicach, a tam – swoboda w przekraczaniu granic, dobry szpital, dewizowi sponsorzy…Jej sprawa, ale w miarę upływu czasu do Helmuta dociera: gospodynią domową jego żona nigdy nie będzie; himalaistką – będzie zawsze i wszędzie!  A Wanda zamyka drzwi do pokoju i podnosi słuchawkę telefonu: tyle spraw trzeba jeszcze dopiąć przed wyjazdem.  

Wchodzimy na K2, powiedziała Anna Czerwińska, gdy z Krakowskiego Klubu przyszły pierwsze pieniądze na „jakąś” kobiecą wyprawę w góry wysokie. Oczywiście chętnych na K2 w roku 1982 było więcej, ale dzięki Januszowi Kurczabowi, który zgodził się na współdziałanie z wyprawą kobiecą drzwi dla babskiej wyprawy Anno Domini 1982 stały otworem.
Pozwolenie na zdobywanie K2 opłacił Julian Godlewski, znany i hojny darczyńca ze Szwajcarii. Dwóm francuskim alpinistkom, które mają wziąć udział w wyprawie przeskoczenie mnóstwa organizacyjnych przeszkód, jakie piętrzą się ich koleżankom z powodu sytuacji politycznej w Polsce wydaje się niemożliwe. To jednak kompletna nieznajomość polskiej natury i Wandy, która potrafi załatwić wszystko. Na barkach Christine de Colombel i Martine Rolland spoczywa zaopatrzenie wyprawy w żywność, gaz, tlen, liny, filmy i co tam jeszcze. Wszystkim, co puchowe i materiałowe, , czyli  namiotami, kurtkami, spodniami, śpiworami zajmują się Polki, w czym bryluje Anka Czerwińska: jeździ, załatwia, nawet sama szyje. Osiem miesięcy pracy, wypełnianych formularzy, użerania się z urzędnikami. Dla Wandy – również podróże do Polski, ciągle jest coś do zrobienia, załatwienia. Ale z austriackim paszportem łatwiej…Gorzej z pieniędzmi. Pomoc przychodzi z Rzymu, z firm „Samas” i „Robe di Kappa”, ze stowarzyszenia Association K2 au féminin przy Ministerstwie Praw Kobiet we Francji, agencji fotograficznej Gamma, od anonimowego wielbiciela Wandy i z honorarium Rutkiewicz za prelekcje na odczytach Reinholda Messnera.

Gdy niemal niezauważone, grupkami, wyruszały z Warszawy samolotem najpierw do Moskwy, New Delhi, wreszcie do Islamabadu na lotnisku nie było mikrofonów, konferencji prasowych, wielkiego halo. Wanda odleciała w ostatniej grupie.

Na panoramicznym zdjęciu dziewczyny stoją roześmiane, rozluźnione, w jednakowych puchowych kombinezonach. W tle oczywiście góry. Wierzą, że wszystko przed nimi. Trzon wyprawy stanowiła ekipa „gasherbrumowska” Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska, Halina Krüger-Syrokomska i jej górska partnerka i przyjaciółka Anna Okopińska, a także Alicja Bednarz, Christine de Colombel, Elżbieta Krasińska, Aniela Łukaszewska „Aćka”, Wanda Rutkiewicz, Danuta Duśka-Wach, Ewa Panejko-Pankiewicz i Marianna Stolarek. Lekarzem wyprawy jest Jolanta Maciuch. Uzupełnieniem wyprawy dwaj panowie „K”, Jerzy Kukuczka i Wojciech Kurtyka, którzy w górach mają działać niezależnie, ale dla pań stanowią swego rodzaju męską ochronę.  

Wyprawa miała być kolejnym spektakularnym sukcesem rodzącego się polskiego himalaizmu kobiecego. Rutkiewicz miała świadomość błędów, jakie popełniła na Gasherbrumach, ale przede wszystkim potencjału drzemiącego w jej koleżankach. Musiała tylko przekonać Halinę Krȕger-Syrokomską, dla której miał to być ostatni wyjazd w góry wysokie; na jej obecności bardzo zależało dziewczynom obawiającym się wandzinego autorytarneggo stylu kierowania zespołem. Ale Wanda w nie wierzy: dadzą radę, bez pomocy mężczyzn, bez Szerpów, bez tlenu. Chyba, że góra ich nie zechce.

Z ładunkiem też dały radę. Mimo dziesięciodniowego opóźnienia w Moskwie, przestoju w Delhi, całej karuzeli spraw do załatwienia w bankach i Ministerstwie Turystyki Pakistanu i ciężkiej roboty z przeładowywaniem bagażu. Część trafia do armii pakistańskiej, co jest kolejnym, nieoficjalnym oczywiście źródłem dewiz. Jeszcze „tylko” męcząca dwudziestoczterogodzinna jazda drogą zwaną szumnie Karakorum Highway i dziesięć dni podejścia do bazy. Wolno przesuwa się do przodu 5 ton ładunku na plecach 250 tragarzy. W zespole większych problemów zdrowotnych nie ma: tylko Aćka trochę gorączkuje, Halina wygląda na zmęczoną ( podobno na początku zawsze tak ma), a Wandzie spuchło kolano. I o ile podczas wyprawy na Gasherbrumy w centrum uwagi była sama Rutkiewicz i jej konflikt z resztą zespołu, o tyle pod K2 na pierwszy plan wysuwa się jej równie niezwykły, co kontrowersyjny marsz do bazy o kulach. Łyka środki przeciwbólowe, zmienia połamane kule, pokonuje na plecach tragarzy górskie potoki, płacze z bólu i bezsilności, ale zaciska zęby i idzie, czy raczej kuśtyka te 10 kilometrów i 300 metrów przewyższenia dziennie. Dla dziewczyn to rozsądna dawka, by uchronić się przed ryzykiem choroby wysokościowej: mają w perspektywie akcję powyżej 8000 i muszą zdobyć niezbędną aklimatyzację. Przemarsz Wandy o kulach przez Baltoro zapadnie na długo w pamięci miejscowych. Niesprawna kobieta -kierownik żeńskiej wyprawy, na dodatek atrakcyjna i ładnie ubrana to dla tragarzy prawdziwy szok. Są pod wrażeniem i zgodnie dodają jej otuchy :”Vivat Wanda, long life Wanda”.

Wreszcie, w całej krasie pojawia się Ona: Czogori, K2 czy Wielka Góra, genialny twór geologii, idealny stożek samotnie górujący nad innymi. Potężny, olśniewający bielą, otulany morzem skołtunionych, kłębiastych chmur, które niczym gigantyczne fale przewalają się przez jego granie i zbocza. 

19 lipca 1982. Wysokość 5400 metrów. Baza założona, bębny zdjęte z pleców, póki co można odetchnąć, porobić na drutach, postawić pasjansa, zrobić pranie albo podjąć gości. A potem? Polki zamierzają pójść Żebrem Abruzzi na rekonesans. Po północno-zachodniej grani rozpoczyna działalność mocna polsko-meksykańska wyprawa pod kierunkiem Janusza Kurczaba, między innymi z Leszkiem Cichym, Alkiem Lwowem, Wojciechem Wróżem czy Krzysztofem Wielickim. Bliżej Polek, bo na Żebrze Abruzzi już działa wyprawa austriacka, która właśnie przymierza się do kolejnego ataku szczytowego. A panowie „fotografowie” – Kurtyka i Kukuczka jak to oni, myślą o jakiejś nowej drodze na ścianie wschodniej lub południowej. Oczywiście, by zrobić dobre zdjęcia.

Wreszcie akcja. Dziewczyny zaczynają od przejścia przez lodowiec do podstawy Żebra Abruzzów, a że pogoda dopisuje, co na K2 jest rzadkością, po dwunastu dniach, na wysokości 5500 zakładają bazę wysuniętą. Zespół wydaje się być świetnie dysponowany. Dzień później dzięki duetowi Czerwińska-Palmowska na wysokości 6100 metrów staje obóz I, a tydzień później, sześćset metrów wyżej 27 lipca obie panie wspomagane przez Christine de Colombel, ustawiają namiot obozu II. W pobliżu rozbili się wspinacze austriaccy, zawodowi ratownicy.

Ciekawe. Panom Kukuczce i Kurtyce zdjęcia jakoś nie wychodzą, zmieniają więc cel wyjść w górę: zamiast sesji zdjęciowych skupiają się na zdobywaniu aklimatyzacji, akurat na Broad Peaku. Nie, skąd, nie mieli zamiaru iść na sam szczyt ( jak, bez pozwolenia?), ale pogoda była dobra i jakoś tak samo wyszło. Zadowoleni, rozpoczęli wspinaczkę, tym razem legalne, na wschodniej ścianie K2. 

Tymczasem po założeniu obozu II dobrze działająca dotąd żeńska maszynka zacina się. 28 lipca większość zespołu znajduje się w bazie, w obozie I pozostaje Ewa Panejko-Pankiewicz, Aniela Łukaszewska „Aćka”, Marianna Stolarek i Duśka Gellner-Wach. Po nocy nie najlepiej czuje się Ewa Panejko-Pankiewicz. Zaziębiła się podczas podchodzenia do obozu II  z „Aćką” i Danutą Gellner-Wach; Ewa chciała zaczekać na koleżankę, która szła wolniej, teraz ma gorączkę i wyraźnie zaczyna majaczyć, gada bez ładu i składu: pyta o wypłatę dla tragarzy, o swoje klucze do domu. Szybka konsultacja z Jolantą Maciuch i polecenie: w dół, natychmiast w dół! Z pomocą Haliny i Anki po trzech godzinach „Maleństwo” jest już w bazie wysuniętej. Poza chorobą wysokościową Jolanta diagnozuje zapalenie lewego płuca i podaje jej tlen. Zejście Ewy do bazy jest już tylko kwestią czasu, dla niej to raczej koniec wyprawy. Ale i Halina nie czuje się najlepiej: poprzedniego dnia miała silną biegunkę.

W tle akcji sprowadzania Ewy na dół ożywa „duch Gasherbrumów”: specyficzny styl  Wandy kierowania zespołem znowu wywołuje dyskusje, niezadowolenie, pretensje. Wychodzą stare,  skrywane antagonizmy i urazy. Czyżby „temperatura wrzenia” bis? A co będzie wyżej, gdy przyjdą większe problemy, zmęczenie, trwanie w bazie podczas niepogody, rywalizacja? 

Na razie Anka Okopińska i Halina Krȕger-Syrokomska zostają w bazie wysuniętej. Rankiem 29 lipca, po kilkugodzinnej wspinaczce, bez przeszkód podchodzą do obozu I, gdzie czeka je niespodzianka: gościnni Austriacy przygotowali herbatę. Co Polki planują na dzień następny? Wyjście aklimatyzacyjne do obozu II. Uważajcie na wiatr, ostrzegają Austriacy. Tak, tak, Polki rozumieją, będą ostrożne, tym bardziej, że Halina nie jest w najlepszej kondycji: jest przeziębiona, biegunka nie ustaje, trzynaście razy wychodziła na zewnątrz. 

30 lipca. Komin House’a, czterdzieści pięć metrów oblodzonej skały daje im się we znaki, choć wisi tam założona przez Japończyków sznurowa drabina. To największa trudność wspinaczkowa na Żebrze Abruzzi, ale innej drogi nie ma. Wprawdzie na bardziej stromych odcinkach między obozami I i II są rozpięte poręczówki, ale i tak to kawałek porządnej wspinaczki. „To nie Gasherbrumy, pani Aniu! Tu trzeba się wspinać!”, rzuca partnerce z humorem Halina. Po wyjściu z Komina House’a zmagają się z silnymi uderzeniami wiatru, ale  od  namiotu Austriaków  dzieli je już tylko długi, stromy, śnieżny stok. Każda idzie swoim tempem, najpierw Okopińska, potem Syrokomska. Austriacy pomagają Ance rozstawić namiot, częstują sokiem. Jest i Halina; Może przyjdą na herbatę? Zapraszamy! 

O 14.30 Halina nawiązuje łączność z bazą, chce potwierdzić dotarcie do dwójki. Przy okazji w swoim stylu sztorcuje dziewczyny, które tak niefortunnie założyły poręczówki, że musiała przełazić przez jakieś przewieszki! Bez sensu! Tu drabina potrzebna! Trzy cztery szczeble wystarczą, żeby się na tych paru metrach „nie upieprzyć jak głupi”*! 

Przez radio rozmawiają jeszcze z Krysią Palmowską. W bazie dziewczyny ledwie żyją…z przejedzenia: dobił je czekoladowy mus Christine. A co do wspinaczki…Na dojściu do obozu II trzeba dać nasze poręczówki, te japońskie już się rozłażą. Jutro wyjdą do góry Duśka, Aćka i jeszcze ktoś, to je założą. O reduktory do butli tlenowych i masek Halina Austriaków pytać nie będzie, to już chyba Wanda uzgodniła! Jutro chłopaki idą dalej, więc nie ma co im teraz zawracać tym głowy. Tak, to, zostawią nam to, czego nie wykorzystają. Starych poręczówek w Kominie House’a chyba nie będą odcinać, może kiedyś się komuś przydadzą? Że co? Jeszcze raz mamy się zgłosić? A po kiego…Dobra, niech będzie! O 18.30. I Krysia niech ucałuje, kogo należy! I kolorowych snów. A co do pogody, – kpi Halina – to może Krysia niech zadzwoni do pana Bozi i zapyta, jak jutro będzie w rejonie K2?

Anka i Halina wchodzą do śpiworów. Gadają, przysypiają, znowu gadają. Okopińska, przemarznięta, łyka aspirynę i na chwilę zasypia. Na chwilę? Budzi się przed siedemnastą. Halina też. Pyta Ankę, jak się czuje. I od tego momentu wszystko dzieje się błyskawicznie. Halina traci przytomność. Okopińska próbuje ją cucić. Bez skutku. Woła na pomoc Austriaków i łączy się z bazą. Doktor Jolanta Maciuch wydaje dyspozycje. Austriacy już zaczęli reanimację, to ratownicy górscy, mają tlen, znają się na rzeczy. Mija dziewięćdziesiąt minut. Nic. Brak odruchów, brak czynności oddechowych, szerokie źrenice. Jolanta rzuca do radiotelefonu: przestańcie. Austriacy przerywają reanimację.

Wanda wciąż nie może uwierzyć. Nikt nie może. Na pewno Halina nie żyje? Anka potwierdza: na pewno. 

Rutkiewicz podejmuje decyzję, być może jedną z najtrudniejszych w dotychczasowej karierze. Nie pozostawi ciała Haliny tam,  wysoko…Zresztą w obozie II, na wysokości 6800 metrów nie ma warunków do pochówku. Trzeba znieść ciało na dół, tak, by jej córka, kiedyś, jeśli zechce, mogła dotrzeć na grób matki. Wanda prosi o pomoc Austriaków i Polaków. Pierwsi rezygnują z atakowania szczytu, drudzy niezwłocznie wyruszają z bazy po północno-zachodniej stronie góry. Po dwóch dniach ciężkiej, wyczerpującej i ryzykownej akcji opuszczania ciała i transportu przez lodowiec Halina spoczęła na skałkach moreny bocznej, tuż obok kopca Gilkeya, w tradycyjnym miejscu pochówku tych, którzy zostali na K2 na zawsze.  

Noc. Wanda nie śpi. Jakby jej było o połowę mniej. Wydaje się zagubiona i bezradna, ma nieumyte włosy. Jak nie Wanda. 

Nazajutrz zarządza głosowanie. Co dalej z wyprawą? Działamy dalej, choćby tylko dla Haliny czy kończymy? Znowu łzy i butelka whisky wyciągnięta zza pleców, ale prócz Anny Okopińskiej wszystkie uczestniczki są za kontynuacją. Przecież Halina tego właśnie by chciała. A która jest gotowa do wyjścia do jedynki? Zgłasza się duet Palmowska-Czerwińska. Dołącza do nich de Colombel. Okopińska początkowo chce opuścić wyprawę i wrócić do Skardu z Austriakami, ale wkrótce zmienia zdanie. Musi dopilnować, by nie powtórzyła się sytuacja z Gasherbrumów, to musi być czyste kobiece wejście; tego chciałaby Halina. Tymczasem polsko-francuska trójka dociera do jedynki, a następnego dnia rusza do dwójki. Po wolnym i długim podejściu do Czarnej Piramidy dziewczyny wychodzą powyżej 7000 metrów, ale dalej już nie pociągną. Wysokość 7100 to najlepszy wynik tej wyprawy.

„Kobietom w Himalaje wstęp wzbroniony”,
grzmi tytuł artykułu w jednym

z warszawskich tygodników.

10 sierpnia niebo nad Górą Gór niepokojąco ciemnieje i zespół wraca do bazy. A w bazie kwitnie otwarty konflikt Davida Beldena, fotografa wyprawy z ramienia Agencji Gamma, a prywatnie partnera życiowego Christine de Colombel z Wandą. Jego szemrane zachowanie prowokuje Rutkiewicz do podjęcia radykalnej decyzji: wyrzuca chłopaka z wyprawy. Ach tak? W takim razie on doniesie władzom pakistańskim o akcjach Kukuczki i Kurtyki bez stosownego zezwolenia. Ale Wanda nie ugnie się przed szantażem i David musi opuścić bazę, co dla Christine de Colombel będzie, jak się zdaje, głównym powodem do krańcowo niepochlebnej oceny Wandy jako kierownika wyprawy. 

Do połowy sierpnia wyprawowe dni upływają na oczekiwaniu na dłuższe przejaśnienia i próbach akcji górskiej. Ale pogoda nie rozpieszcza. Sypie śniegiem, silny wiatr napędza chmury, które omiatają bezlitośnie bazę i zasnuwają raz po raz wierzchołek K2. Jedno wyjście, drugie, trzecie. Jedynka, dwójka, powrót do jedynki, powrót do bazy. I wciąż ani kroku wyżej. Ciągle bardzo zimno i bardzo wietrznie. 

15 sierpnia po sześćdziesięciu dziewięciu dniach walki Polki rozpoczynają likwidację obozów. 19 sierpnia, już z Islamabadu, Rutkiewicz wysyła do Polski raport: 30 lipca Halina Krüger-Syrokomska zmarła na udar mózgu.

Odsłona II

1982

„Kobietom w Himalaje wstęp wzbroniony”, grzmi tytuł artykułu w jednym z warszawskich tygodników. W środowisku alpinistycznym wielu niechętnych udziałowi pań w wyprawach temu ochoczo przyklasnęło. Góry powinny pozostać domeną prawdziwych herosów, czyli  mężczyzn. I rzeczywiście. Przegrana batalia Polek o K2 i śmierć Haliny Krüger-Syrokomskiej oddaliła perspektywę organizacji i finansowania ich kolejnych wyjazdów w góry najwyższe. Ale panie nie rezygnowały. Wanda, uparta i przekonana o swojej racji miała już szerokie kontakty w zachodnim świecie alpinistycznym i dwa lata później od Szwajcara Stefana Wörnera przychodzi zaproszenie do udziału w dużej, międzynarodowej wyprawy na Czogori. I tak w maju 1984 roku Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska, Dobrosława Miodowicz-Wolf i Rutkiewicz znowu są na Baltoro. Ekipa składa się z 29 alpinistów z 8 krajów, między innymi z Niemiec, Austrii i Anglii, wśród nich kilka znanych nazwisk, jak Kurt Diemberger z Julie Tullis, Peter Habeler czy Stefan Schaffter oraz oczywiście samodzielny polski zespół, z własnym sprzętem i wyżywieniem. Jednak większość uczestników to wspinacze w himalajskim światku zupełnie nierozpoznawalni.

Dla Wandy, po niesłychanie ciężkim podejściu do bazy o kulach w 1982 roku, była to ważna próba. Wydawało się jednak, że noga wreszcie się zrosła i półtora tygodnia marszu zniosła bez większych problemów.
Bazę założono 15 maja, na wysokości 5100 metrów. Mimo złej pogody, do końca miesiąca w miarę sprawnie założono obóz I i II, ale już wyraźnie było widać, że kierownik wyprawy nie tylko nie ma żadnego planu, ale i najmniejszego zamiaru koordynować czy ingerować w działania poszczególnych grup czy zespołów. Każdy robił, co chciał, kiedy chciał i ile chciał, tylko że droga była jedna. Problemy były więc nieuniknione, a przy pierwszych prawdziwych trudnościach, na wysokości 7350 metrów wszystko się posypało. Poręczowanie Czarnej Piramidy, bardzo trudnego technicznie odcinka na Żebrze Abruzzi, wzięli na swoje barki najlepsi: alpejscy przewodnicy Habeler, Schaffter i Polki. Mimo to obozu III i tak nie udało się założyć, a kłótnia, jaka wybuchła między nimi a Wőrnerem sprawiła, że Austriak i Szwajcar wrócili do bazy. Pogoda nie sprzyjała akcji i choć trójka wreszcie stanęła, zaopatrzona przez Krystynę Palmowską i Dobrosławę Miodowicz-Wolf, do 13 lipca w górze nic się nie działo. Szczyt Czogori najczęściej skrywał się za zasłoną mgieł, kłębiastych, gęstych chmur, a słońce wyglądało rzadko i na krótko. Za to w bazie owszem. Ku zaskoczeniu uczestników Wőrner, bez względu na to, co się mogło wydarzyć zdecydował zakończyć wyprawę 15 lipca i nawet zamówił tragarzy. Większość wspinających zaczęła zmieniać plany i spoglądać na łatwiejszy, niższy, choć o wiele mniej ambitny w porównaniu z K2 cel – ośmiotysięczny Falchan Kangri, czyli  Broad Peak. Lepsze to, niżby pieniądze miały by się zmarnować, prawda? Ale obóz trzeci stał, a w nim sprzęt, żywność, wszystko czego było trzeba do ataku szczytowego. Polki czekały niecierpliwie w blokach startowych: żeby tylko poprawiła się pogoda, tylko na kilka dni, to wystarczy… Nie wystarczyłoby. Stefan Wőrner powiedział „nie”. Koniec wyprawy i już. Nie narazi swoich prywatnych interesów w Pakistanie dla próby ataku szczytowego. To co właściwie było celem tej wyprawy, jeśli nie szczyt? I czym była sama wyprawa? Jak to określą później nasze panie – „dochodowym biurem turystycznym na ośmiotysięczniki”? 

Nie ma tak dobrze, taki numer to nie z Polkami. Wőrner może sobie mówić, co chce, o konsekwencje administracyjne będą martwić się później: jeśli pogoda się poprawi, idą w górę! Wyszły z bazy 13 lipca, nie zważając na piekielny, porywisty wiatr. Ich plan załamał się na wysokości obozu III, na 7400 metrach. Dalej iść się nie dało. Pozostało tylko znieść do bazy wyposażenie obozów. A następnego dnia, jak na złość,w przeddzień zakończenia wyprawy ten przeklęty wiatr prawie ucichł, a nieba nie przysłaniała już żadna chmurka.  

Czogori znowu się obroniła. Jej wierzchołka wciąż nie dotknęła stopa kobiety.

Odsłona III

1986

Patrzy prosto w kamerę, ale co chwila jej wzrok ucieka w górę, ponad obiektyw i błądzi ponad ramieniem Kurta Diembergera, który ją nagrywa. Z tyłu jasnoniebieskie tło namiotu – przez trzy miesiące jej ostoja, dom, pewność. Granatowo czerwony polar. Z twarzy zniknęły już ślady opuchlizny i skrajnego zmęczenia, które dodawały jej dziesięć lat. Mówi wolno. Oczy próbują się uśmiechać, usta też, ale nie wychodzi to najlepiej; wyczuwa się w tym jakieś wciąż tłumione podekscytowanie, wewnętrzne napięcie. Tak, marzyła o tej górze. Tempo nie było zbyt dobre i straszliwie wiało, za bardzo. Ale na szczycie była bardzo dobra pogoda i Liliane tak się z tego cieszyła. Nie zostali tam zbyt długo. Przy zejściu zabiwakowali. Ona schodziła sama, zgubiła się. Ledwie uszła z życiem.

Przed wyprawą

Dołączenie do francuskiej, małej, komercyjnej wyprawy na K2 z pewnością miało swoje dobre strony, ale te złe były dla Wandy dość uciążliwe. Liliane i Maurice Barrardowie, bez pamięci zakochani w sobie i w górach wszystko robią razem. Stworzyli sobie bańkę, dla której porzucili realny świat, rodzinę, znajomych i pracę: on edukację dzieci specjalnej troski, ona fizykoterapię. Góry, a zwłaszcza Czogori, stają się niemal ich obsesją. Na Baltoro mówią o niej „moja, nasza góra”, co jednych niepokoi, innych drażni. Zresztą Liliane jest chyba wszystko jedno, co robi, aby tylko razem z Maurice’m. Dla ciebie wszystko, mówi do męża.  Ich doświadczenie górskie jest spore, Lili była pierwszą kobietą na Nanga Parbat, choć w zespole mieszanym, z mężem oczywiście. Maurice jako pierwszy, wraz z Georgesem Narbaudem, stanął na szczycie Gaszerbrumu I Południowego (7069 m), był też na Broad Peaku i Nandze. Ekipę K2 1986 uzupełnia Michel Parmentier, dziennikarz, dawny reporter wojenny w Libanie i dobry wspinacz z wejściem na Kangchendzongę na koncie. A przy tym bezczelny, uparty, zadufany w sobie narcyz, podbudowany przedwyprawowym sukcesem: załatwił sponsoring koncernu hipermarketów Mammouth-Paridoc na 13 milionów starych franków w gotówce. Z Wandą nie znoszą się od pierwszej chwili. On uważa ją za niepotrzebny, feministyczny balast, a ona jego za żałosnego, zarozumiałego szpanera, którego musi znosić, bo pakistańskie Ministerstwo Sportu i Turystyki nie udziela zezwoleń na wyprawy liczące mniej niż cztery osoby. 

Atmosfery nie poprawia błądzenie w chmurach Maurice’a. W taksówce do Islamabadu zostawia torbę z dokumentami, biletami lotniczymi i stoma tysiącami franków francuskich w gotówce ( dziesięcioma milionami starych franków), połową budżetu wyprawy. Tylko szybka reakcja Ambasady Francuskiej i Francuskiej Federacji Alpinistycznej zażegnuje katastrofę i 48 godzin później Barrardowie mają na głowie o jedną, dużą pożyczkę więcej.

Baza. 2 maja 1986

To wyjątkowo niedobrana ekipa i dziewięciodniowy marsz do bazy na wysokości 5000 metrów sytuacji nie poprawia. Wanda nie czuje się najlepiej w tym małym francuskojęzycznym zespole, nie zna języka, nie czuje się swobodnie, jak z partnerami z Niemiec, Austrii czy Szwajcarii. Oczywiście mogą rozmawiać po angielsku, kiedy zachodzi potrzeba, ale to nie to samo. Pociesza ją ciepłe powitanie mieszkańców mijanych wiosek. „Abi Wanda good!”, wykrzykują na jej widok. Może zapamiętali jej heroiczną wędrówkę przed czterema laty? A w bazie, czy jak mówią – w „Miasteczku” na pewno spotka znajomych. Tam będzie u siebie. 

Ale w bazie jest tylko gorzej. Na razie zastają tam tylko wielkiego wysokogórskiego samotnika, Włocha Casarotta z żoną Gorettą. Barrardowie na okrągło siedzą zamknięci we własnym namiocie, żywo demonstrując swoją potrzebę osobności. Z Michelem Wanda bez przerwy drze koty, filmować też nie może, a miała kręcić materiał dla sponsora. Drugim filmowcem miał być Krzysztof Lang. A tymczasem Krzysztof w ogóle na Baltoro nie dotarł, a sprzęt, w który ją wyposażono nie bardzo jej odpowiada. A zresztą, i tak jest fatalna pogoda. Właściwie skąd Wanda się wzięła we francuskiej ekipie?

Na lato 1986 roku Polski Związek Alpinizmu zaplanował narodową wyprawę na Czogori. Zakwalifikowano prawie cały team z Nangi Parbat, Ankę Czerwińską, Krysię Palmowską i Dobrusię Miodowicz-Wolf. Prawie, bo dla Wandy miejsca zabrakło. Dwa lata wcześniej pod Broad Peakiem poznała Barrardów i chyba się polubili. Chyba.. Wandzie spodobało się to, co robią i jak, wspinali się stylem alpejskim, bez tlenu, bez poręczówek. Nawet chyba trochę im zazdrościła tej wspólnoty celów, jedności, zrozumienia. Co do K2 szybko się dogadali. Termin też Wandzie odpowiadał.  Na Baltoro mieli się znaleźć znacznie wcześniej od wyprawy warszawskiej, co stwarzało jej szansę na pierwsze wejście polskie i kobiece; Liliane nie wydawała się być dla niej mocną konkurentką. W ostateczności wejdą na szczyt w jednym zespole. Tylko ta anemia…W książeczce zdrowia Rutkiewicz lekarz dopuszcza jej udział w wyprawie pod warunkiem zażywania zapisanych lekarstw i unormowania wyników morfologii. Jasne! Samo się unormuje – w górach. 

Michelowi plany Polki są nie w smak. Gorzej. Jest wściekły. Początkowo miał pomysł napisania wystrzałowej relacji o pierwszym kobiecym wejściu na K2, Liliane oczywiście, więc na wiadomość, że Barrardowie zaprosili na wyprawę Rutkiewicz dostaje szału. Potem rewiduje swoje plany: Liliane i Wanda mogłyby działać razem i stworzyłyby kobiecy zespół. Pokazałyby na co je stać, bez męskiej pomocy. A tu Maurice wraca do idei “zespołu małżeńskiego” i chce wejść na szczyt „ramię w ramię” z Liliane. Musi udokumentować ten bardzo medialny i romantyczny obrazek zakochanej pary zdobywającej wspólnie odległe, ośnieżone szczyty, bo taki właśnie „sprzedali” sponsorom, by sfinansować wyprawę. Teraz Michel jest skazany na Wandę, co z trudem znosi; zdaje sobie sprawę z jej możliwości i determinacji, więc na wszelkie sposoby usiłuje ją zdyskredytować i wybić z rytmu, a Wanda odpłaca mu się pięknym za nadobne. Zresztą Parmentier lekceważy obie kobiety: mogłyby być dla niego dziennikarskim „tematem”, ale partnerkami w górach? Wolne żarty!

Miasteczko zwolna się zapełnia. Co kilkadziesiąt metrów, na najmniejszym choćby kawałku płaskiego lodowca wyrastają kolorowe namioty, większe, mniejsze, lepiej lub gorzej wyposażone. Tego lata pozwolenie na działania górskie na trzech różnych drogach na K2 otrzymuje aż dziewięć wypraw, dwie włoskie, amerykańska, angielska, polska, południowokoreańska, francusko-polska, austriacka, baskijska i niemiecko-szwajcarska pod kierunkiem Herligkopffera, a niektóre otrzymały nawet pozwolenia na tę samą drogę w tym samym czasie. Rozpoczyna się sezon, który w historii himalaizmu zapisze się jako “czarne lato” pod K2, a w centrum tych dramatycznych wydarzeń znajdą się również Polacy: wyprawa pod kierunkiem Janusza Majera, Tadeusz Piotrowski z Jerzym Kukuczką, który powalczy o swój dziesiąty ośmiotysięcznik i oczywiście Wanda Rutkiewicz. 

Życie w Miasteczku wre. Ludzie odnawiają znajomości, zawierają nowe, odwiedzają się, goszczą, rozmawiają, planują, pomagają. Wychodzą w góry, wracają. Nic dziwnego, że każdy problem, a co gorsza tragedia w jednym z zespołów uderza boleśnie w całą społeczność. W zespole Wandy o jakichkolwiek więziach trudno mówić. Liliane mówi wprost, że ludzi nie lubi. Michel, skłócony z Wandą, najchętniej przesiaduje w namiotach innych wypraw. Liliane ma się chyba najgorzej, źle sypia, a jeśli już, to miewa lęki, dziwne, niepokojące sny i złowróżbne wizje.

Akcja

Obóz I na wysokości 6200 metrów zakładają i zaopatrują sami Francuzi. Wandę dopada straszliwy ból gardła, bierze jakieś lekarstwa od lekarza angielskiej wyprawy i przez tydzień nie wychodzi z namiotu, co nie poprawia atmosfery. Ale 30 maja, już w komplecie zespół wychodzi z bazy z zamiarem założenia drugiego i ostatniego z zaplanowanych obozów. Toruje głównie Parmentier. Maurice nie chce lub nie daje rady i najczęściej trzyma się z tyłu, z Liliane. Ale góra szybko pokazuje pazur. Potężna śnieżna burza unieruchamia ich na wysokości . Obóz II założą, ale noc będzie ciężka. Schodzi się im na walce z wiatrem, by nie porwał namiotu i zszywaniu rozdarć. Rano schodzą do bazy. Wanda jeszcze odczuwa niedostateczną aklimatyzację, ale to przejściowe. Liliane czuje się dobrze, za to Maurice w formie nie jest, ledwie się wlecze. 

Paskudna pogoda przytrzyma ich w bazie przez dziewięć kolejnych dni, wystarczająco długo, by Michel wszystkim wypowiedział wojnę: Liliane całkowicie lekceważy, Maurice’a sztorcuje, że jest słaby i zbyt uległy w stosunku do żony, a Wanda? Wanda nic nie znaczy i po co w ogóle z nimi jest? Polka nie pozostaje dłużna, dając wyraźnie do zrozumienia, kto jest prawdziwą gwiazdą w zespole. 

19 czerwca. W końcu się przejaśnia i cała czwórka wychodzi z bazy. To ich druga próba, liczą, że ostatnia. Pierwsze tysiąc metrów po piargu pokonują wolnym, lecz miarowym tempem. Dochodzą do obozu I na wysokości 6250 metrów. Nazajutrz, przy wciąż sprzyjającej pogodzie docierają do grzędy pod Czarną Piramidą, 100 metrów powyżej obozu II. Zdaniem Parmentiera oczywiście wyłącznie dzięki jego heroicznym wysiłkom; jego – jedynego w zespole prawdziwego himalaisty, holującego za sobą ledwo zipiącego słabeusza i dwie nic nie umiejące baby. Ale faktem jest, że w kopnym, głębokim śniegu, bez poręczówek, Maurice jest bardzo wolny i niechętny do prowadzenia i torowania. To ich druga noc w akcji i drugi biwak.

21 czerwca. Michel nie może dobudzić Barrardów, w rezultacie wychodzą dwie godziny później. Liliane jest straszliwie wolna, widać, że każdy jej krok okupiony jest wielkim wysiłkiem. Michel toruje w śniegu głębokim po pas, wyszukuje drogę przez barierę seraków i próbuje przekonać Liliane, że pokonanie szczeliny w tym miejscu jedynie z czekanem nie stanowi żadnego problemu. Wanda się piekli: skurczybyk! Przebił skorupami krawędź szczeliny, poszerzył ją i chce, by inni przeszli ją bez liny? Nie ma mowy. Idziemy inną drogą. Trzeci biwak. Już? Teraz Michel się wścieka. To dopiero 7800 metrów! Ledwie dwieście metrów od poprzedniego? Ale ustępuje, bo wiatr jest potworny. Mają już tylko jeden, dwuosobowy namiot, śpiwory zostawili i właściwie śpią jedni na drugich. Michel próbuje potrząsnąć Maurice’m. Nie poznaje go. Taki dobry alpinista, co się z nim dzieje? Maurice tylko wzrusza ramionami. Wszystko jest ok. 

Pół nocy schodzi im na gotowaniu herbaty, a pić muszą. Usta łapczywie chwytają przerzedzone powietrze, płuca pracują jak dziurawe miechy, serca z coraz większym trudem pompują do żył coraz gęstszą krew.
22 czerwca. Pogoda nienajgorsza, ale jest ciężko. Śnieg głęboki, sięga prawie do pasa. Wiatr zmienił kierunek. Michel znowu się martwi, ale nie o znienawidzoną Wandę, która wyraźnie się oszczędza i zostaje daleko z tyłu, nie o Liliane, która wcale nie ma się lepiej, ale o Maurice’a. Barrard nie rwie się do prowadzenia, do torowania w głębokim śniegu tym bardziej, ma słabe tempo, rankiem  trudno go wyciągnąć ze śpiwora. A przed nimi najtrudniejsza partia wspinaczki: słynna „Butelka”, jedno z kluczowych miejsc na K2, olbrzymi kuluar na wysokości 8200, pod monstrualnej wielkości szczytowym serakiem. Nigdy nie wiadomo, kiedy spadnie. A i bez tego często tu schodzą lawiny. 

W ciągu całego dnia zespół pokonuje zaledwie 300 metrów. Porażka. Jest ciężko i stromo. Teraz trzeba wybrać. Na szczyt można pójść albo po lodzie albo po skałach. Tylko że nie mają liny. Raki już się stępiły. Zostaje skała, a po niej znowu kopny, bardzo głęboki śnieg. Dla Liliane, mierzącej nie więcej jak metr pięćdziesiąt wzrostu to poważny ubytek sił. Maurice też ma dość. Zatrzymuje się przy skalnym bloku, na stromiźnie zbocza. Zaczyna wyciągać z plecaka namiot. No co on? Znowu biwak? Michel próbuje go od tego odwieść. To szaleństwo! Są w „strefie śmierci”. Pokonali główne trudności, za nimi strome Ramię, owiana złą sławą Butelka i niebezpieczny trawers. “Do szczytu zostało ledwie dwieście metrów, może trochę więcej! Maurice! Mauriiice! Żadnej reakcji. 

Około godziny 18.00 docierają do skalnej platformy, która jest tak mała, że ledwie mieści dwuosobowy namiot, a w niej czwórkę ściśniętych, zmęczonych wspinaczką i sobą ludzi. Po północy zaczynają roztapiać śnieg do picia. Dwa litry w dwie godziny. I tak o wiele za mało. Ale szczyt jest na wyciągnięcie ręki. 

 23 czerwca. Imieniny Wandy. Biwak był ciężki dla wszystkich, ale najlepiej znosi go Rutkiewicz. Rekompensatą jest piękny ranek, idealny na atak szczytowy. Przed nią jakieś dwie godziny wspinaczki. Wanda opuszcza namiot ostatnia, ale szybko przegania Francuzów. Ze zdziwieniem stwierdza, że po drodze , już blisko szczytu, Barrardowie zatrzymują się, by coś ugotować. Wanda jest w formie, więc się nie zatrzymuje. „Samotna końcówka była niesłychanie ekscytująca. Była szczęśliwa, że jest niedaleko celu, bliska realizacji swojego marzenia, szczytu trudniejszego i piękniejszego niż Everest”*, powie później. Na szczycie staje samotnie o godz. 10.15. Coś chwyta za gardło. Pierwsza kobieta i pierwszy Polak na K2.Wzruszenie, czysta ekstaza. 

Wanda schodzi niżej, do skałek po północnej stronie. Wyciąga plastikowy woreczek z polskim proporczykiem i kartką z datą, godziną, jej imieniem i nazwiskiem. U góry słowa “first women‘s ascent”! Jeszcze zagarnia do plecaka prawie kilogram drobnych kamyków. Zdjęcia nie będzie, bo Polka nie ma aparatu. Gdzie ci Francuzi? Jak w ogóle można jeść zupkę instant mając na wyciągnięcie ręki najpiękniejszy szczyt ziemi? Wreszcie są! Niemal godzinę po Wandzie. Liliane jest zachwycona. Takiej pogody na szczycie nie miała nigdy. Francuzi chcą się nacieszyć widokiem, posmakować triumfu, ale Wanda chce już schodzić. Nalega, bo wie, że łaskawość Wielkiej Góry to rzadkość, a od bezpiecznej bazy czeka ich ponad trzy i pół tysiąca metrów skał i lodu.

Odwrót

Schodzą. Według wersji Parmentiera po 300 metrach Liliane znowu się zatrzymuje. Chce biwakować, a Maurice ją popiera. Michel protestuje: to zupelne szaleństwo. Barradowie ani drgną. Ale to wersja Michela. Według Wandy na biwak nalega właśnie Parmentier, który chce odpocząć. Niech będzie. To wielki i tragiczny w skutkach błąd, ale Wanda nie oponuje. W jej przyćmionym wysokością i zmęczeniem umyśle nie zapala się żadna czerwona lampka. Rozkładają namiot. 

Noc jest strasznie ciężka. Trudna do zniesienia ciasnota i zimno. Nie ma wody, nie ma gazu. Zresztą i tak palnik się zepsuł. Suchość w ustach, pragnienie. Na zewnątrz słychać jakieś odgłosy. Obok namiotu przechodzą ludzie: to baskijscy wspinacze, z którymi minęli się pod szczytem. „Słyszę żywych”, odzywa się Liliane. Odpowiedź Maurice’a jest równie dziwaczna: „Mam gdzieś żywych”.

Wanda, cała odrętwiała z zimna, bierze dwie pastylki nasenne. Nie czuje nóg, są jakieś obce, ciężkie jak z ołowiu. Parmentier, ogarnięty nagłym uczuciem strachu, wychodzi przed namiot. Z trudem powstrzymuje się, by nie ruszyć w dół. 

24 czerwca. Ranek. Michel chce natychmiast schodzić. Pójdzie przodem, proponuje. Przetoruje drogę, zabezpieczy przejście przez seraki. Może dojdzie do namiotów Basków i poprosi o wodę. Ballardowie nie reagują. Wanda jest otępiona tabletkami, odwodniona, z coraz bardziej opuchniętą twarzą. Sięga po raki. Ballardowie nadal milczą, ale pomagają Polce zwinąć namiot. Może Maurice już czuje, że nie ma sił na powrót? Ruszają w dół.
Baskowie też nie mają wody i nie wyglądają lepiej niż Michel. Francuz nie czeka na przyjaciół i Wandę, tylko schodzi dalej, aż do namiotu na wysokości 7600, ale ponieważ wieje zbyt mocno, by dało się uruchomić palnik, schodzi jeszcze niżej, do trójki, osłoniętej od wiatru i dobrze wyposażonej. Ogląda się za siebie. W oddali, po ośnieżonych stokach poruszają się trzy punkciki, jedna jest wyraźnie z przodu. To na pewno Maurice, domyśla się Michel. Ale to nie Ballard prowadzi, tylko Wanda. Za nią schodzi Liliane, a dopiero na końcu Maurice. Wanda także idzie szybciej niż partnerzy i wkrótce znacznie ich wyprzedza, ale ich jest dwoje i mogą się wspierać, a ona jest sama. Idzie śladem Michela. Dopiero co go widziała, przed namiotami Basków, koziołkującego po zaśnieżonym zboczu. Musiał się potknąć. Ona sama siłą woli, bo nie otępiałego mózgu czy odrętwiałych kończyn sprawdza każdy krok, każde wczepienie przednich zębów raków w lód, czy wbicie czekana, ześlizgującego się po oblodzonym zboczu. Ma za sobą siedem dni akcji, w tym pięć spędzonych w „strefie śmierci”, powyżej 8000 metrów i każdy jej błąd może być ostatnim. Na w miarę bezpiecznym płaskim Ramieniu Wanda ogląda się za siebie. Dwie sylwetki jej partnerów dalej tkwią w „Butelce”. Dlaczego są wciąż tak wysoko? 

Do obozu III dochodzi włoski zespól Agostino Da Polenzy. Wśród nich znajduje się przyjaciel Michela Parmentiera, „Mały Książę francuskiego himalaizmu” Benoît Chamoux. Docierają też Baskowie, a także – ku zdumieniu i niezadowoleniu Michela Wanda. Nie jej się spodziewał. Gdzie Liliane i Maurice? Są z tyłu, mówi Wanda, widziała ich – Schodzą, ale są bardzo wolni. Michel jest zaniepokojony. Nie zdążą zejść do trójki, będą musieli zabiwakować, nie mają śpiworów. Który to już raz? Wanda jest skrajnie wyczerpana, chciałaby schodzić. Ale Michel oponuje: jeszcze zaczekajmy. Do rana.

25 czerwca. Godzina 2 w nocy. Oni nie żyją! Skąd mu to przyszło do głowy? Parmentier robi kawę. żeby mogli się napić, gdy przyjdą. Jeśli przyjdą. 3 w nocy. Nie wie dlaczego, ale teraz już wyraźnie czuje, że Liliane i Maurice zginęli. Na zewnątrz sypie coraz większy śnieg, coraz mocniej wieje. Nadciąga burza. A może jednak? Jeśli gdzieś biwakują, to który to już raz?

26 czerwca. Ranek. Barrardów nie ma. Warunki coraz gorsze. Nad Górą Gór i sąsiednim Broad Peakiem nadal kłębią się burzowe chmury. Żebro Abruzzów tonie w tumanach śniegu. Spada widoczność. Tych, którzy są teraz w górze czeka dramatyczna walka o przetrwanie. O ile jeszcze żyją. Chamoux próbuje przekonać przyjaciela, by schodził z nim i z Włochami, ale Michel się uparł. Zaczeka na Barrardów, albo wyjdzie im na przeciw. Chce tylko, by Baskowie sprowadzili na dół Wandę. Martwi się o nią? Nie, chodzi o gaz, w obozie nie ma go za wiele. Przychodzi Agostino. To koniec, mówi, nie ma żadnych szans. Schodzimy. Michel przez chwilę odprowadza ich wzrokiem i rusza w górę. Z każdym krokiem coraz głębiej zapada się w śnieg, najpierw po kolana, uda, po piersi. Jest lawiniasto, zero widoczności. Jeszcze jakiś czas brnie dalej, wreszcie zawraca. Tylko którędy? Wichura rozszalała się na dobre i Michel, oślepiony uderzeniami wiatru i śniegu kompletnie stracił orientację. Niedaleko powinna być bariera seraków, a gdzieś pomiędzy serakami pierwsze poręczówki. Tylko jak do nich dojść? 

Schodzących Włochów i Chamoux doganiają Baskowie. Oddychają z ulgą. Zgubili się na lodowcu i naprawdę byli już zdesperowani. Wanda? Jest gdzieś z tyłu. Idzie wolniej. Zaaferowani szukaniem poręczówek wszyscy o niej zapomnieli. Są! Są poręczówki! Benoît wbija w śnieg narciarskie kijki. Dla Michela. Bo myśli o Michelu, nie o Wandzie. 

Wanda ciągle schodzi. Śladów Włochów nie widać, za to trafia na wbite w śnieg kijki! To pewnie Baskowie je dla niej zostawili, by trafiła na stare poręczówki. Kijki zabiera. Ale czy na pewno były dla niej? Swój błąd rozumie zbyt późno, nie ma sił się cofnąć. Za kijkami muszą być stare poręczówki. W innej sytuacji bałaby się z nich skorzystać, ale czuje, że jej rezerwy sił są na wyczerpaniu. Z trudem stawia każdy krok. Odwodniona, z odmrożonymi rękami, oślepiona wichurą, ledwie trzyma się na nogach. Do obozu II na wysokości 7000 m. dociera w nocy, w straszliwej burzy. Jeszcze nie jest całkiem bezpieczna, ale jakoś rozkłada namiocik, który zwiało jej wprost pod nogi, jest więc osłonięta od wiatru i ma śpiwór.  przynajmniej może zasnąć w śpiworze. I może zaczekać na Barrardów. Ktoś ją woła? Liliane? Maurice? Michel? Nikogo. To tylko ten opętańczy wiatr. 

Michel do poręczówek jeszcze nie dotarł. Walczy, ale jest psychicznie rozbity. Przez walkie-talkie nawiązuje kontakt z Benoît Chamoux. Od tej chwili jego życie zależy od siły perswazji, intuicji, zimnej krwi i doświadczenia przyjaciela, który krok po kroku, będzie go prowadził przez radio z dala od przepaści, przez lawiniaste zbocze aż do poręczówek.
Czogori szaleje. W bazie nikt jeszcze nie mówi tego głośno, ale w głowach kołacze się jedna myśl: to koniec. Dla Liliane i Maurice’a Barrardów nie ma już żadnych szans. Wanda zaginęła. Jakieś szanse na powrót ma jeszcze Parmentier. O ile trafi na poręczówki.

27 czerwca. Ranek. W namiocie jest tylko ona, Wanda. Nikogo innego nie ma, nikt nie przyszedł. Zaczyna schodzić. 50 metrów poniżej obozu Basków, niedaleko bazy wysuniętej Wanda natyka się na Chamoux. To ty żyjesz? Michel powiedział, że schodziłaś już parę dni temu, więc skoro cię nie było… Michel? Żyje, trafił na poręczówki. Idę mu naprzeciw. „Mam wrażenie, że patrzę na zwierzę, wygłodzone i wynędzniałe po zbyt długiej zimie – napisze później Chamoux w swej biografii. – Jest w stanie szoku. Dopiero jakiś czas potem będzie w stanie wytłumaczyć nam, co się wydarzyło. Straciliśmy Wandę i Hiszpanów drugi raz, kiedy byli zaledwie trzydzieści metrów za nami. Niezauważalnie dystans się pogłębił. Kiedy zdaliśmy sobie z tego sprawę, było już za późno.”**

Baza wysunięta coraz bliżej. Są. Czekali. Właściwie szans już nie było ale czekali: Wojtek Wróż i Przemek Piasecki z obozu I wychodzą jej naprzeciw. Radość! I łzy.. Jest bezpieczna. Godzinę później pojawia się Parmentier. Schodzili niemal w tym samym czasie, nie wiedząc nic o sobie. 

W bazie Wandę, na skraju kompletnego wyczerpania, witają członkowie innych ekip. I znowu radość, i znowu łzy. Gratulacje i kondolencje. W namiocie czeka posiłek i lekarz; trzeba się zając odmrożonymi palcami Wandy. Będzie bolało, ale to niewielka cena, jaką Rutkiewicz zapłaci za wejście na drugi szczyt świata. Gorzej z psychiką. 

19 lipca w połowie drogi do bazy wysuniętej pod Żebrem Abruzzów członkowie wyprawy koreańskiej znajdują szczątki ciała Liliane, która musiała spaść z wysokości. Spadała 3000 metrów. Dwanaście lat później na lodowcu natrafiono na ciało Maurice’a. Oboje spoczęli przy kopcu Gilkeya.

Po powrocie do Europy Wanda i Michel wojny nie zakończyli . Tragiczna śmierć Barrardów powinna była ich do siebie zbliżyć, ale stało się dokładnie odwrotnie. Nie byli w stanie  na siebie patrzeć. Parmentier wystawił Wandzie jak najgorsze świadectwo i właściwie obarczył ją odpowiedzialnością za śmierć Barrardów, choć sam, w kluczowym momencie zejścia pospiesznie ruszył przodem – by, jak twierdził, torując, ułatwić zejście pozostałym.

Latem 1986 roku na Czogori pozostali na zawsze: Polacy Dobrosława Miodowicz-Wolf, Tadeusz Piotrowski i Wojciech Wróż, Amerykanie John Smolich i Alan Pennington, Francuzi Liliane i Maurice Barrard, Włoch Renato Casarotto, Pakistańczyk Mohammed Ali, Brytyjczycy Julie Tullis i Alan Rouse, Austriacy Alfred Imitzer i Hannes Wieser.

Obiektyw kamery Diembergera znowu przesuwa się po twarzy Rutkiewicz. Na kilka sekund Polka milknie, spuszcza wzrok, ale po chwili jej ciemne, zgaszone oczy znowu patrzą na tę górę: ogromną, dyszącą zadymką i skrytą częściowo w kłębiastych chmurach wspaniałą górę, która irracjonalnie kusi, a jednocześnie zdaje się mówić: kto następny? 

*Agnès Couzy, Femmes alpinistes, Paris, 2008, s.229
**Benoît Chamoux, Le vertige de l’infini, Paris, 1988, s.131