
W bazie na Baltoro wyczerpaną Wandę witają prawie wszyscy. O śmierci jej partnerów, Liliane i Maurice’a Barrardów w drodze z wierzchołka K2 wiedzą. Współczują i przeżywają razem z nią, ale przede wszystkim cieszą się, że wróciła. Wycieńczona, z odmrożonymi palcami rąk i nóg, ledwo trzymająca się na nogach, ale wróciła. Teraz musi wypocząć, zregenerować się, wygoić odmrożenia. Wypocząć? Trochę, tylko tyle, ile trzeba, by stanąć na nogi. Musi iść. Dokąd? Na Broad Peak! I to zaraz, już. Mówi niejasno, nielogicznie, To niedorzeczne, przecież jest wykończona, pójście teraz w góry to wielkie ryzyko. Nic do niej nie dociera, jakby była w innym świecie. W bazie to sensacja. Czegoś takiego jeszcze nie było. A co gorsza, wśród uczestników innych wypraw jej zamysł znajduje poklask.
Do wyjścia z Wandą, a nawet do niesienia jej plecaka jest sporo chętnych, choćby Amerykanin Steven Boyer czy Słoweniec Tomo Česen. Wanda odwiedza jego bazę: chciałaby wiedzieć, czy mogłaby wykorzystać namioty i liny Słoweńców. Ale większość kolegów jej nie rozumie albo przypisuje jej zachowanie swoistej reakcji po przeżytej traumie.
Zapytana później przez Barbarę Rusowicz o motywację swego działania mówi
o przetrwaniu. Jeśli miała przetrwać psychicznie, to musiała działać, kontynuować wbrew wszystkiemu. Jej reakcje na niepowodzenia, agresję, tragedię czy zagrożenie zazwyczaj są mocno opóźnione, co nie raz ją w górach uratowało; nie czeka na nie bezczynnie, lecz działa. Tragiczna śmierć na K2, nie tylko Barrardów, ale także Dobrosławy Miodowicz-Wolf, Tadeusza Piotrowskiego i Wojciecha Wróża kolejny raz zmusiły ją do zadania sobie pytania o sens tego, co robi i życia, jakie prowadzi. Jednocześnie chciała tego życia rozpaczliwie bronić, a jedyną formą obrony było robić tak, jakby nic złego się nie wydarzyło.\Życie na Baltoro toczy się dalej, jedni wychodzą w góry, drudzy z nich wracają. A Wanda stawia na swoim. Wychodzi z bazy sama, bez tlenu, na lekko. Drogę zna, a podejście pod Broad Peak jest na wyciągnięcie ręki. O czym myśli? O tym, co przeszła, o cenie, jaka zapłaciła za niebywały sukces? O filmie, który ma nakręcić czy o nieuniknionym spotkaniu z rodzicami LiIiane? Wciąż ją pamięta witającą ją ufnie i serdecznie właśnie tutaj, pod Broad Peakiem, w nadziei, że się zaprzyjaźnią.
Zgodnie z przewidywaniami Wanda przecenia możliwości swego wycieńczonego, niedotlenionego organizmu. Posuwa się tak wolno, że nie dochodzi nawet do obozu I i zawraca. A z Liliane zaprzyjaźnić się nie zdążyły.
Lipiec 1985. Stéphane Shaffter, genewczyk, zawodowy przewodnik górski i świetny himalaista nie jest dla Wandy przypadkowym partnerem. Był jej gościem w Polsce, w lutym weszli wspólnie na Aconcaguę. Także prywatnie Wanda wiąże z nim pewne nadzieje. Ma na swoim koncie Everest i Shisha Pangmę, jest utalentowanym filmowcem, czego dał dowód w filmie „Gdyby przyszedł pod tę ścianę”, w reżyserii Krzysztofa Langa. Gdy przekracza próg słynnego Guest House K2 w Skardu, ma za sobą udaną wspinaczkę bez tlenu na K2 razem z himalajską światową czołówką – Erhardem Loretanem, Erikiem Escoffierem, Jean Troillet i Danielem Lacroix. To smutny triumf: podczas zejścia ze szczytu ten ostatni umiera z wycieńczenia. Mimo to Stéphane nie zamierza się rozstawać z Karakorum. W motelu K2 czekają na niego dwie kobiety: Wanda i jej dobra znajoma Barbara Kozłowska. Basia także mieszka w Genewie, gdzie wykłada. Ma w Szwajcarii renomę prawdziwej gwiazdy skialpinizmu i duże sukcesy w zimowej wspinaczce w Alpach. Z Wandą poznały się dzięki jej młodszemu bratu. Michałowi odmawiano wydania paszportu, nie mógł więc siostry odwiedzać, za to Wanda, z jej austriackim dokumentem owszem. Dla Basi wyprawa w góry najwyższe i to od razu na ośmiotysięczny Broad Peak to debiut. W przeciwieństwie do Wandy i Stéphane’a, którzy dopiero co zeszli z Nanga Parbat i K2, nie ma dobrej aklimatyzacji, a plan na atakowanie góry Stéphane ma śmiały! Chce dojść do szczytu – solo – za jednym podejściem. Składu wyprawy dopełnia ustosunkowany w miejscowych strukturach administracyjnych, doświadczony, urodzony w samym sercu Karakorum Little Karim, od 30 lat towarzyszący górskim wyprawom. To dzięki niemu i uprzywilejowanej pozycji Wandy w Pakistanie na odległą o dwa kilometry od Broad Peaku Concordię lecą wojskowym samolotem, choć sam Karim na podróż tą „powietrzną taksówką” się nie godzi; jest zbyt mocno wystraszony: dojdzie do bazy tradycyjnie, piechotą, po zakupie świeżej żywności w Ascole, choć zapobiegliwy Stéphane zabezpieczył dla nich niewykorzystane zapasy z wyprawy na K2.
W górach wszystko dzieje się bardzo szybko. Za szybko. Na wysokości 6550 i 7200 metrów zespół zakłada dwa kolejne obozy, ale pogoda nie dopisuje, więc wracają do bazy. Plan Stephane’a nie wypala, a na dodatek Basia nie czuje się najlepiej, zapewne z powodu niedostatecznej aklimatyzacji. 18 sierpnia pogoda się poprawia i cała trójka rusza do góry, choć Stéphane nieco później niż panie. Wanda mija obóz I, idzie bezpośrednio do obozu II, a potem ciągnie dalej, już w padającym śniegu, aż na 7750. Natomiast Basia już na wysokości 7000 metrów czuje się naprawdę źle i decyduje się zejść niżej. W swej książce „Pionowa pasja. Z Jury w Himalaje” Szwajcar przedstawia inny powód tej decyzji: twierdzi, że Polka musiała wycofać się z obozu III ze względu na zbliżający się termin powrotu do szkoły. Nie zmienia to faktu, że Wanda nie jest dostatecznie czujna i pozwala, by jej partnerka schodziła sama; przecież nie jest górską nowicjuszką.
Dzisiejsze zasady obowiązujące w górach najwyższych są oczywiste: nikt nikogo nie niańczy. Masz problem? Schodzisz, sam. Oczywiście nie wszyscy się z tym zgadzają, Wanda także nie i, hołdując dawnym zasadom, zazwyczaj towarzyszą partnerowi w zejściu. Jednak na Broad Peaku tak się nie stało. Barbara schodzi do bazy sama, co zresztą nie stanowi dla niej jakiegoś problemu ani zagrożenia. Po drodze mija podchodzącego do góry Stéphane’a.
A potem Wanda i Szwajcar, uziemieni w obozie II patrzą ze złością na wciąż padający śnieg. Siedzą tak całe dwa dni, czekając na poprawę pogody. Ale gdy ta nie nadchodzi, źli i rozczarowani schodzą do bazy. A tam – nieprzyjemna niespodzianka: Basi nie ma. Karim jest zaskoczony. A miała być? Nie, nie widział jej. Wanda i Stéphane wychodzą z bazy i przez parę godzin bezskutecznie błądzą wokół, usiłując odgadnąć, którędy mogła wracać z gór. Wreszcie dochodzą do lodowcowego potoku zagradzającego drogę do bazy i ją znajdują: przypiętą do poręczówki, z twarzą w lodowatej wodzie.
Basia była już na morenie. Od prostej drogi do bazy dzielił ją jedynie ten potok, musiała jedynie przedostać się na jego drugą stronę. Potok, niezbyt głęboki i spokojny rankiem, za dnia, gdy słońce rozpuszcza lód i śnieg, zamienia się w urwistą, niebezpieczną rzeczkę. Dlatego przejście było ubezpieczone poręczówką. Ale to nie wystarczyło. Widać Basia, zmęczona, lub cierpiąca, nie chciała lub nie była w stanie szukać łatwiejszego przejścia w innym miejscu. Choć wpięta do liny, ale bez raków na butach, z ciężkim plecakiem nie utrzymała równowagi na oblodzonym dnie, pośliznęła się i straciła równowagę, co kosztowało ją życie. Porwana przez prąd, przygnieciona ciężarem zapiętego na biodrach plecaka, nie zdołała się podnieść. Została tak jak upadła.
Wanda i Stéphane wypinają Basię z liny, wyciągają z wody i przenoszą na lodowiec.
U stóp Broad Peaku, jakieś półtorej godziny drogi od bazy, wyrąbują w lodzie płytką jamę, składają w niej ciało i przykrywają je kamieniami. Póki co, nic więcej nie mogą zrobić. Ale morena żyje: lód się przemieszcza, słońce operuje, roztapia go, i ten kamienno-lodowy grób prędzej czy później zniknie.
Wanda jest załamana. Czuje się odpowiedzialna. Nie podziela poglądów wspinaczkowego świata: „masz problem, radź sobie sam.” Wyrosła z innego górskiego pnia, innego etosu. Wróci tu i pochowa Basię jak należy. Chociaż tyle. Obiecuje to sobie. Może za rok?
Za rok nie da rady. Sezon 1986 pod K2 zebrał tak tragiczne żniwo, że nie znalazłaby nikogo, kto by jej pomógł przenieść szczątki Basi w inne, spokojne miejsce. Sama, ledwie żywa z wyczerpania po powrocie ze szczytu, by tego nie dokonała.
Miną aż cztery lata, nim Wanda znowu pojawi się na Baltoro i pójdzie pod Broad Peak. Towarzyszy jej dwóch mężczyzn, w tym Amerykanin Carlos Buhler. Robią to dla Basi czy dla Wandy? Nieważne. Docierają w porę, by szczątki zupełnie nie znikły. Wielki plecak, niemożliwie śmierdzi i ciąży. Tak jak wyrzuty sumienia. Niosą go na zmianę, aż do tradycyjnego cmentarzyska u stóp K2, gdzie kiedyś pochowano Halinę Krüger-Syrokomską.
„Jak mogła tak ryzykować i próbować przedostawać się przez ten potok
z plecakiem?”*, – napisze w swej książce Stéphane Schaffter.
Dwadzieścia lat później Szwajcar zginie w Zanskarze, w identycznych okolicznościach, przekraczając samotnie rwący potok z ciężkim plecakiem na ramionach. Jak mógł tak ryzykować?
*Stéphane Schaffter, Passion verticale, Pontarlier 2013, s.94
Jos, kierownik holenderskiej półamatorakiej wyprawy na Broad Peak do obozu drugiego z partnerami nie poszedł. Nie nadążał, więc zawrócił i około jedenastej był już z powrotem bazie. W kuchennym namiocie wita go Nympha, dziewczyna kolegi. Obserwuje przez lornetkę, co się dzieje z chłopakami na górze. Po chwili do namiotu wchodzi pakistański oficer łącznikowy sąsiedniej, polskiej wyprawy. Idzie tu Wanda Rutkiewicz, mówi. Ta Rutkiewicz? Ta!
Nympha i Jos są poruszeni. Tyle o niej słyszeli, a teraz mają ją poznać! Idą! Przodem idzie kobieta w wieku czterdziestu, czterdziestu pięciu lat. Ciemne włosy sięgające do ramion, zmęczona twarz, na głowie czarna czapka. Towarzyszy jej szczupły, przystojny mężczyzna w podobnym wieku.
Kurt Lyncke-Krüger. Poznali się dwa lata wcześniej, podobno w Berlinie, po którejśz prelekcji Wandy. Podobno. Ewie Pankiewicz Wanda mówi, że sam ją znalazł w Katmandu. A może jedno było po drugim? Czterdziestopięcioletni, siwowłosy, spokojny, inteligentny, śnieżnobiałe zęby – Wanda zawsze lubiła mieć pięknych ludzi wokół. Wdowiec, dobrze sytuowany neurochirurg z Berlina, pasjonat maratonów i gór. Niezależny, zajęty pracą.
I najważniejsze: niczego od Wandy nie wymagał, zwłaszcza rzucenia wspinaczki. Nie zawłaszczał jej wolnością, w niczym nie ograniczał. Przeciwnie: wspierał, inspirował, mobilizował. Mieszkali osobno, on w Berlinie, ona w Warszawie, każde miało swą przestrzeń do pracy, życia i samorealizacji. Wanda kwitła. Była spokojniejsza, bardziej wyluzowana, po prostu szczęśliwa. Kogoś takiego szukała przez całe życie i mimo dwóch nieudanych małżeństw, gotowa trzeci raz wyjść za mąż. A przynajmniej zestarzeć się u boku Kurta.
Lyncke-Krüger himalaistą nie był, choć Rutkiewicz twierdziła, że był doświadczonym wspinaczem. Ale oboje przechodzili okres radosnego, wręcz młodzieńczego zakochania, Kurt chciał być blisko Wandy i dzielić z nią to, na czym jej najbardziej zależało. Dlatego bez wahania zdecydował się wziąć udział, jako lekarz, w międzynarodowej wyprawie Akademickiego Klubu Wysokogórskiego z Łodzi „Karakorum 1990”. Na ile udział Kurta w wyprawie na Szeroki Szczyt odpowiadał jego rzeczywistym wspinaczkowym umiejętnościom i doświadczeniu? Czy chęć wspinania się z najbliższym człowiekiem nie przysłoniła Rutkiewicz rzeczywistej oceny realiów i ryzyka? Dla niej łódzka wyprawa była szansą wejścia na dwa szczyty w ramach tego samego wyjazdu: najpierw na Gaszerbrum I z Ewą Panejko-Pankiewicz, a potem, gdyby otrzymała zgodę władz pakistańskich, o co się starała, na Broad Peak. Gdyby to jej się udało, miałaby na swym koncie wszystkie ośmiotysięczniki Pakistanu i byłaby o dwa kroki, czy raczej szczyty bliżej do Korony Himalajów. Dlatego po nieudanej wyprawie na Makalu nie wróciła do Polski, tylko poleciała do Pakistanu, by dołączyć do wyprawy łodzian.
Podczas „Karakorum 1990” Polacy odnieśli niewątpliwy sukces: 19 lipca Piotr Pustelnik stanął na szczycie Gasherbruma II, a trzy dni wcześniej Ewa Panejko-Pankiewicz i Wanda Rutkiewicz osiągnęły wierzchołek Gasherbruma I. Po niezwykle ciężkiej nocy spędzonej w płachcie biwakowej na wysokości 7700 metrów zeszły do obozu II, a 18 lipca były już w bazie. Sukces ten był bardzo motywujący, a niegroźne odmrożenia, jakich doznały osłodziła wiadomość od oficera łącznikowego wyprawy: Wanda otrzymała pozwolenie na zaatakowanie drugiego ośmiotysięcznika, Broad Peaku. Opłatę, trzy i pół tysiąca dolarów mogła uiścić później. Razem z Kurtem Lyncke-Krügerem, Christianem Kuntnerem i Józefem Goździkiem opuścili bazę na kilka dni przed oficjalnym zakończeniem wyprawy – warto było wykorzystać dobrą formę i aklimatyzację. „Potrzebujemy tylko czterech dni dobrej pogody i góra jest nasza”* – myślała Wanda ruszając pod Broad Peak. Wprawdzie w bazie nie najlepiej czuł się Lyncke-Krüger, Gertrude Reinisch wspomina nawet o podejrzeniu zapalenia płuc, ale przecież niemiecki wspinacz jest lekarzem, wie najlepiej, co może mu być i co mu grozi. Poza tym to tylko parę dni i będą z powrotem w bazie…
Ale Szeroki Szczyt łatwą górą nie jest. W wywiadzie dla „National Geographic” Piotr Pustelnik, zdobywca Korony Himalajów powiedział: „Osobiście panicznie się jej boję. Jest nie tyle bardzo niebezpieczna, co nie toleruje najmniejszych błędów”**
Holendrzy okazali się bardzo gościnni. Nympha, dziewczyna Paultje i ich kierownik Jos zaprosili do namiotu, poczęstowali herbatą i holenderskimi bułeczkami maślanymi. Wanda od razu pochłonęła kilka sztuk. Przyszli też pozostali uczestnicy wyprawy Christian i Józef. Gadu, gadu, wspólni znajomi, doświadczenia, wyprawy, jak to między nowymi znajomymi. Wreszcie Wanda zabrała się za rozbijanie namiotów. Holendrzy oczywiście pospieszyli z pomocą. Byli zaskoczeni. Takie sławy i takie namioty? Gdzie im tam do ich namiotów, supernowoczesnych, upstrzonych nazwami sponsorów. Holendrzy mieli też więcej sprzętu wspinaczkowego. Potem wszyscy rozeszli się do swych namiotów.
Nympha i Jos byli dumni: poznali najsłynniejszą himalaistkę świata, Nympha próbowała nawet nawiązać z nią bliższy kontakt, choć było widać, że Rutkiewicz najchętniej przebywa sama z Kurtem. Jedno tylko zdziwiło Holenderkę: o swoich trudnych niekiedy doświadczeniach, wspinaczkowych oczywiście, Wanda opowiadała spokojnie, bez większych emocji. Twarda kobieta, niezależna i odporna na ciosy.
Po wspólnej sesji zdjęciowej, wspólna kolacja. Holendrzy podali swój narodowy specjał, marchewkowy stamppot, ziemniaki ugniecione z marchewką. Wanda zrewanżowała się kurczakiem w curry. A na koniec kawa i znowu bułeczki.
Holenderscy alpiniści, Paultje Lahaye, Paul Hoekstra, Jos Smeets i Francois Verhoeven, byli członkami niewielkiego Valkenburg Alpine Club. Do przybycia Wandy i jej towarzyszy zdążyli założyć dwa obozy, na wysokości 5900 i 6600 metrów. Potem musieli wstrzymać akcję: silnie wiało i była słaba widoczność. Polka pyta o możliwość skorzystania z ich obozów i oporęczowania. Ależ oczywiście, no problem.
Wanda, Kurt, Christian i Józef wychodzą z bazy 24 lipca. Paultje uprzejmie oferuje przeprowadzić ich przez lodowiec: zdążył już poznać jego pułapki, ale o 17.30, po dojściu do zbocza moreny zawraca.
Rankiem Jos obserwuje zespół przez lornetkę: utrzymują dobre tempo i koło dziesiątej są już blisko obozu I, za to poniżej dwójki Holender dostrzega sylwetki swoich partnerów, Paula i François. Schodzą, odpuścili.
Po kilkuset metrach obie grupy się spotykają. Wanda dopytuje o warunki na górze. Przyzwoite, chociaż ciężko się idzie w głębokim śniegu. Ale da się przejść, nawet doszli do obozu III. Ruszają. Holendrzy w dół, a Wanda i Józef w górę. Jakiś czas później mijają się z Kurtem i Christianem.
Paul jest poruszony. Spotkał taką legendę i rozmawiali o wspinaniu jak równy z równym. Tylko Rutkiewicz wydała mu się mocno przeziębiona i szła bardzo, bardzo wolno. Zresztą wszyscy wyglądali na zmęczonych, zwłaszcza Christian i Kurt, a ich plecaki? Jakby ważyły tonę.
Całą scenkę obserwuje przez lornetkę Jos. Nawet próbuje połączyć się przez krótkofalówkę najpierw z Wandą, a potem z drugim zespołem, ale nikt nie odpowiada. O dwunastej Rutkiewicz dalej milczy. Dwie godziny później Paul i François schodzą do bazy, gdzie przy krótkofalówce ślęczy podekscytowany Mohammed, oficer łącznikowy polskiej wyprawy; chce być na bieżąco.
Tymczasem Wanda i Józef podchodzą do obozu II, w którym cała czwórka ma spędzić noc. Śnieg jest zmrożony, twardy. Zbocze strome i śliskie, a poręczówka wmarzła w lód.
***
Dramat rozegrał się w jednej tysięcznej sekundy. Ściana była stroma, niezabezpieczona poręczówkami. Na wysokości ponad 6400 metrów, niedaleko obozu II Kurt się pośliznął i runął w dół. Popełnił ten mały, drobny błąd, którego tak obawiał się na tej górze Piotr Pustelnik. Kurt spadał z wielką prędkością, bezwładnie, bez jednego krzyku. Nie reagował, nie próbował się ratować, zahamować upadek czekanem. Brak doświadczenia, zator czy pęknięcie tętnicy?
Ślad jego spadającego ciała biegł spod obozu II czterysta metrów w dół, a siła rozpędu rozrzuciła jego sprzęt na całej długości. Christian stoi jak ogłuszony, musi powiadomić resztę, ale ponieważ Wanda Józef są już w namiocie w dwójce musi podejść do góry.
***
W bazie Mohammed nagle dostrzega troje ludzi idących z obozu II w dół. Schodzą?
I dlaczego troje, a nie czworo? Dziwne, ale Jos jeszcze nie czuje niepokoju. Po godzinie Paultje łączy się z Christianem. Tyrolczyk jest wyraźnie w szoku. Kurt nie żyje. Spadł! To pewne? Tak, zeszli do niego z Wandą i Józefem. Wziął jego krótkofalówkę. Najprawdopodobniej zginął na miejscu, wszędzie było mnóstwo krwi, to pewnie pęknięcie podstawy czaszki. Ktoś inny jest ranny? Nie, ale tu jest niebezpiecznie, serak w każdej chwili może się oberwać.
***
Relacje poszczególnych uczestników różnią się. Bernadette McDonald twierdzi, że tragedia rozegrała się na oczach Wandy, wspinającej się kilkanaście metrów wyżej i tę wersję powtarzają wszystkie źródła. Jednak nie jest to zgodne z relacją Christiana, partnera Kurta. Sama Rutkiewicz w rozmowie z Ewą Matuszewską jedynie sytuuje upadek podczas podchodzenia do obozu II w czteroosobowym zespole. Nie precyzuje, że w chwili upadku ona i Józef byli już w namiocie, nigdzie też nie powie czy nie napisze, że śmierć Kurta widziała na własne oczy.
Stoją przy Kurcie. Są tam już dłuższy czas, ale miejsce jest zagrożone lawinami, schodzą więc do obozu I. Kuntner, wciąż w szoku, chce od razu zejść do bazy, ale Wanda i Józef zostają w jedynce. Wanda wywołuje bazę, chce rozmawiać z Paultjem. Czy mogliby podejść tu i im pomóc? Trzeba zająć się Kurtem. Mohamed, czy da się załatwić na jutro helikopter? Oficer łącznikowy jest stropiony. Na wysokości 6000 metrów to niemożliwe. Zresztą i tak nie przylecą. Żeby kogoś ratować, to tak, ale nie po ciało…Paultje, przyjdziecie jutro? Holender czuje, że Polka balansuje na granicy rozpaczy i desperacji. Czy możecie tu przyjść jutro? powtarza Wanda. I co z Christianem? Nie, nie przyjdą, nie mogą. To niemożliwe, jedna ofiara wystarczy. Ale mogą przyjść do obozu I i zabrać na dół ją i Józefa. A Christian jest już w bazie.
Jos kręci głową. Ciało Kurta leży poza drogą, w lodowcowym kotle, nad którym zawisł ogromny serak. Teren jest bardzo niebezpieczny. W każdej chwili serak może się urwać i wywołać lawinę, wtedy zginą wszyscy. Christian potwierdza. Analizuje to, co się wydarzyło. Kurt był jakiś zmęczony, niestabilny, twierdzi. Zresztą jaka to różnica, zostawić go tam, gdzie leży czy pochować w jakiejś szczelinie?
Wkrótce z Concordii ruszy polska męska wyprawa z Gaszerbrumu II. Jos pisze do nich kartkę z prośbą, by zaczekali na Wandę. Załatwia jej tragarzy. Tyle może zrobić.
Świt. Wanda schodzi w kierunku szczeliny, a za nią Józef. Jos, który ich obserwuje z bazy sztywnieje ze strachu. Ryzykują. Cholernie ryzykują. Ale Wanda zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów od ciała Kurta, stoi nieruchomo, a po kilku minutach odwraca się i wspina z powrotem do jedynki. W bazie z płaczem pada Josowi w ramiona, ale nie daje za wygraną. Ona jest gotowa zaryzykować, ale wie, że sama nie da rady. Potrzebuje tylko czterech sprawnych mężczyzn…Tylko? To niemożliwe, Wanda, uwierz mi!
Czas opuścić górę. Z Concordii wyszła już polska męska ekspedycja. Jeśli Wanda, Józef i Christian nie chcą się z nią minąć muszą jutro wyruszyć.
Ostatni wieczór, ostatnia wspólna kolacja. Smeets próbuje czymś Wandę zająć. Czy żyje z wypraw? Nie, żyje DLA wypraw. Wszystko, co zarobi – za filmy, zdjęcia, spotkania, prelekcje – idzie na następny wyjazd. Ale rozmowa się nie klei, Wanda jest w swoim świecie. „Jak mogło do tego dojść?” – pyta. – Czy byliśmy zbyt zmęczeni, rozkojarzeni…? Czy mogłam temu zapobiec?”**
***
Szósta rano. Stoją na zboczu moreny: Wanda, Polacy, Holendrzy, oficer łącznikowy i kucharz. Patrzą w dół, na miejsce spoczynku Kurta. „Są chwile, o których marzysz i na które czekasz całe życie – czyta Jos. – Są chwile, które zapamiętasz do końca swoich dni. To jedna z takich chwil. […] To dobry moment, żeby teraz się pożegnać. Niech każdy zrobi to po swojemu, w ciszy, modląc się do swojego boga, w myślach, które płyną prosto z serca. Bo teraz musimy cię opuścić, Kurt..”***
Rozpacz. Jedna wielka rozpacz. Po raz pierwszy w życiu Wanda nienawidzi gór. I siebie.
Karawana do Marzeń, przynajmniej w planach Wandy, podąża dalej. Trzeba ją tylko przedłużyć do końca 1993 roku. Na początek, w marcu 1991, Kangchendzonga z Ewą Panejko-Pankiewicz, a kilka miesięcy później, w lipcu, Broad Peak po raz czwarty. Będzie się starać o osobne zezwolenie albo dołączy do wyprawy z Andory.
Życie te plany zweryfikuje. W bazie pod Annapurną Wanda pisze długi list do Marion Feik: ostatecznie zmierzy się z Broad Peakiem w lipcu 1992 roku. Przyjadą przyjaciele Kurta, postawią mu pamiątkową tablicę.
Ani tej wyprawy, ani tego dnia Wanda już nie doczeka.
**https://www.national-geographic.pl/artykul/co-sie-stalo-na-broad-peak-film-i-ksiazka
** Dick Gebuys, Hoger dan hoog. De beklimming van de 8047 meter hoge Broad Peak, Baarn – Heerlen 1990, s.88
*** Dick Gebuys, Hoger dan hoog…”, s.98