
Reinhold Messner kiedyś napisał, że alpiniści nigdy nie dorastają. Owszem, ale za to rosną: z każdym wejściem w ścianę, z każdym zdobytym szczytem. Wanda mawiała, że po studiach, gdy „dorośnie”, chciałaby móc wykonywać swój zawód: jest przecież inżynierem. Jasne! Gdyby w górach coś poszło nie tak, zawsze jest to jakaś furtka. Ale tak naprawdę Wanda wcale tego nie chciała. Chciała być w górach, ale nie „taką tam Wandą”. Chciała rosnąć. I miała w planach nie tylko Noszak. Myślami była już jeszcze wyżej.
***
Z każdym dniem karawana była coraz bliżej bazy wyprawowej pod Noszakiem, najwyższym szczytem Hindukuszu afgańskiego. Do 1974 roku Polacy o podbojach w Himalajach i Karakorum mogli sobie najwyżej poczytać. Ze względów politycznych i finansowych namiastką gór najwyższych i mekką polskich wspinaczy stał się więc Hindukusz. Bilet kolejowy na trasie Warszawa -Tuszanbe – Kabul kosztował mniej niż średnia polska pensja. Można też było jechać ciężarówką, co było wygodniejsze ze względu na wieziony sprzęt; paliwo w Turcji i Iranie nie było drogie. Wprawdzie mimo dobrych chęci sponsorów stan techniczny wypożyczanych ciężarówek na tak wyczerpującej trasie pozostawiał wiele do życzenia przez piętnaście lat, do roku 1979 i wycofania się Rosjan z Afganistanu w Hindukusz wyjechało około stu polskich wypraw.
Celem tej, w której znalazła się Wanda był początkowo siedmiotysięcznik Tiricz Mir, najwyższy szczyt Hindukuszu. Ale trwała wojna indyjsko-pakistańska, władze Pakistanu nie udzielały zezwoleń, więc zainteresowanie Polaków przeniosło się na niewiele niższy i dostępny od strony radzieckiej Noszak i leżące niedaleko dwa, wysokie, dziewicze pięciotysięczniki. Kierownik wyprawy, Janusz Kurczab liczył też szczególnie na pobicie polskiego kobiecego rekordu wysokości. Warszawska wyprawa liczyła jedenaście osób, wszyscy dobrze się znali i lubili, co dobrze wróżyło na przyszłość, a koszt udziału wyszedł nie więcej niż 1000 dolarów na osobę. Na wyjazd w afgański Hindukusz planowany na 1971 rok Wanda liczyła w swoim macierzystym, wrocławskim klubie wysokogórskim, ale do składu jej nie zakwalifikowano. Dwa lata później warszawianie problemu z tym nie mieli i do wrocławskiego Instytutu Automatyki Systemów Energetycznych, gdzie Wanda była zatrudniona wpłynęło pismo sekretarz stołecznego klubu Hanny Wiktorowskiej z prośbą o udzielenie urlopu obywatelce Wandzie Halinie Błaszkiewicz, której udział w I Warszawskiej Wyprawie Hindukusz 1972 jest nieomal nieodzowny dla osiągnięcia sukcesu. Wanda odwdzięcza się warszawiakom jak może. Załatwia puch, szuka materiałów i jeździ po Polsce w poszukiwaniu spółdzielni, którą będzie w stanie uszyć plecaki, odzież czy śpiwory. Z Kalisza targa, samochodem oczywiście, gdzieś wykombinowane liofilizaty.

Na czele Komitetu Honorowego wyprawy stanęła dr Halina Skibniewska, ówczesna wicemarszałek Sejmu PRL, a wsparcia udzieliły, jak to w PRL, ze zrozumieniem i społecznym entuzjazmem, zakłady pracy i instytucje z całej Polski, a Fabryka Samochodów Ciężarowych im. Dzierżyńskiego w Starachowicach pożycza Stara A-29. NA trasie Warszawa-Kazi Deh ciężarówka zrobi 16 tysięcy kilometrów i będzie domem dla uczestników i „osiołkiem” dla pokaźnego ładunku.. będzie Pojazd ów, wielka niewiadoma wyprawy, przez całą drogę z Polski do Afganistanu czyli na trasie Warszawa-Kazi Deh, od ówczesnej Czechosłowacji i inne tzw. demoludy przez Turcję i Iran zrobi ponad 16 tys. 3 lipca 1972 roku wsiądzie do niego Janusz Kurczab, kierownik wyprawy, jego zastępca Onyszek – Janusz Onyszkiewicz, żona Onyszka Alison Chadwick-Onyszkiewicz z Kornwalii, Ewa Czarniecka-Marczak z mężem Andrzejem, Wanda Rutkiewicz, która przeniosła się Warszawy, więc zmieniła klub, Jan Holnicki-Szulc, Andrzej Marczak, Andrzej Sikorski, Krzysztof Zdzitowiecki i lekarz Jan Lewicki. Lejce osiołka powierzono zakopiańczykowi „Łapie”, Andrzejowi Łapińskiemu, kierowcy i mechanikowi samochodowemu. W składzie brakuje Haliny Krüger-Syrkomskiej, która naraziła się władzy i nie dostała paszportu. Poza Wandą nikt z uczestników nie wspinał się w górach wyższych od Alp, a pod nieobecność Haliny, nikt też nie wspinał się z Wandą.
Przez 19 dni jazdy do Kabulu rytm podróży wyznaczają mniejsze i większe awarie „osiołka”, drobne, lecz pożerające czas problemy z dokumentami i wizyty w kolejnych gościnnych polskich placówkach dyplomatycznych i handlowych. Star radzi sobie z jazdą terenową, z zabójczą prędkością 10 km na godzinę, spalając średnio 100 litrów paliwa na 100 km. Czasami trzeba go odciążyć, przenosząc przez jakiś mostek na plecach bagaż na plecach.
Znacznie gorzej podróż znosi Wanda. Spalinowe wyziewy odbierają jej apetyt, ( zresztą z jedzeniem jest krucho – żywność, zaplombowana przez urzędników, jedzie w oddzielnej części STARa), często wymiotuje. 30 lipca jej lokomocyjna gehenna się kończy: po pokonaniu ostatnich mostków i załatwieniu formalności w Iszkaszim o godz. 14.30 Łapa wyłącza silnik, są w Kazi Deh. Tu cały ładunek przejmują prawdziwe osiołki i ludzie, uczestnicy wyprawy i 47 tragarzy. Przez trzy dni pną się na wysokość 4500 metrów, do moreny lodowca Kazi Deh. To ich baza pod Noszakiem.
Plan Polaków zakłada wspinanie się na Noszak przez dwa zespoły dwiema różnymi drogami. Posłuży temu rozstawienie namiotów-składów u podnóża i powyżej lodowej zerwy, trzech obozów na wysokości 5500, 6300 i 6900 metrów i połączenie obu grup w obozie III, pod granią szczytową. Kurczab zakłada, że zachodnią ścianą na szczyt pójdą Zdzitowiecki, Holnicki i on sam, a Wanda ma się wspinać w zespole „grzędowym”. Oczywiście w zespole szczytowym raczej jej nie widzi: kobiecy rekord wysokości tak, ale szczyt? To obniżyłoby rangę sportową wejścia zespołu męskiego . Zresztą…, taka tam…Wanda. Oczywiście nie mówi tego wprost, raczej pod jej nieobecność, ale Kurczab nie jest w swej opinii odosobniony.
4 sierpnia z bazy wychodzą Zdzitowiecki, Holnicki, Wanda i Kurczab. Chcą zrobić rekonesans pod południowo-zachodnią ścianą i sprawdzić, czy da się założyć tam obóz I i przejść przez zerwę lodowca pod ścianą. Da się. Wysokość ok. 5000 m. Łączność? Dwa radiotelefony, “Klimek” i “Echi” zagadały, czyli jest.
5 sierpnia dwa zespoły założyły obozy I: jeden pod ścianą ( Is), drugi na drodze normalnej czyli na zachodniej grzędzie (Ig). W akcji są już pozostali członkowie ekipy, Marczakowie, Łapiński, Lewicki, Onyszkiewicze. W kolejnych dniach trwa nieustanny ruch między bazą, namiotami-składami i obozami, które trzeba zaopatrzyć. Wanda targa ciężkie ładunki do obozu Is na równi ze Zdzitowieckim, Sikorskim i Łapińskim. Niektórych dopadają problemy zdrowotne: Kurczab ma ropne zapalenie palca u nogi, więc pozostała ósemka musi działać bez kierownika. Zgodnie z planem 8 i 9 sierpnia na obu drogach męskie i mieszane zespoły zakładają obozy IIs i IIg, ten drugi już na wysokości 6300 m. Akcja górska rozwija się dobrze, ale na dobrą aklimatyzację to nie wystarczy. Dlatego Kurczab zarządza przerwanie akcji na Noszaku: 14 sierpnia w ramach aklimatyzacji dwa zespoły ruszają dwiema drogami na dziewiczy sześciotysięcznik Aspe Safed, trzeci, z Holnickim, Sikorskim, Zdzitowieckim i Wandą na niezdobyte jeszcze dwa wysokie pięciotysięczniki W81 i W82.
Pogoda jest znakomita. Droga na szczyt W82 prowadzi przez wielkie, coraz to bardziej strome lodowo-śnieżne pole, które wyprowadza ich pod skalno-śnieżny 1200 metrowy filar. Wanda rwie się do prowadzenia, ale na stromym rumowisku skalnym zmienia ją Holnicki. Jeszcze tylko kończący pole wielki nawis i kluczowe miejsce drogi jest za nimi. O zmroku cała czwórka staje na wierzchołku. Zdzitowiecki i Sikorski spędzą tę noc w płachcie biwakowej w wygrzebanej jamie śnieżnej. Wanda i Holnicki mają lepiej: ortalionowy namiocik jest mały, ale nawet da się w nim ugotować posiłek i herbatę. Dla wszystkich rzecz jasna. Biwak na wierzchołku sprzyja aklimatyzacji, więc nazajutrz później główną granią docierają do drugiego planowanego szczytu W81. Południowo-wschodnią granią schodzą na skalno-lodowy stok, a stamtąd zjeżdżają na linie na stronę lodowca Kazi Deh. Wanda czuję się pewnie: jej zimowe wypady w karkonoskie Śnieżne Kotły nie poszły na marne. Teraz przed nią już tylko Noszak!
W bazie Polacy nie są sami. Jest luksusowa, komercyjna wyprawa prowadzona przez Reinholda Messnera i Tyrolczyk czasem wpada wieczorami, by pogadać i wymienić swoją żywność na polski chleb, albo polskie konserwy na szynkę parmeńską. Rozmowy z nim dają Wandzie wiele do myślenia. Są też Norwegowie, a wśród nich – co za radość dla Wandy – Odd Eliassen, dobry przyjaciel z czasów Trollrygenu. W bazie pojawia się także grupa doskonale wyposażonych alpinistów amerykańskich.
20 sierpnia Wanda i Andrzej Sikorski dochodzą na skraj zachodniego tarasu Noszaka i na wysokości około 6900 metrów zakładają obóz IIIg. To już przedsmak ataku szczytowego. Wanda jest niespokojna. To już przecież 7000 metrów. Na próżno wieczorem przed atakiem powtarza sobie, że będzie tylko podchodzić do góry, że przed nią były tu setki innych. Adrenalina? Strach?
Rankiem 23 sierpnia do ataku szczytowego z obozu IIIg wyrusza ich siedmioro: Holnicki, Sikorski, Zdzitowiecki, Łapiński, Lewicki, Kurczab i Rutkiewicz. Powyżej 7000 metrów z powodu zmęczenia lub niedyspozycji zawracają po kolei Lewicki, Kurczab i Łapiński. Ostatnie kilkaset metrów. Wiatr niemal wyrywa Wandzie z rąk puchową kurtkę, którą chce założyć. Nie ma czucia w stopach. Nie ma wyjścia, musi zdjąć raki i buty. Rękawiczki zamarzły, więc świetnie nadają się do walenia w zmarznięte stopy. Boli czyli wraca krążenie. Gdzie są pozostali? Prawie nic nie widać, nie ma żadnych punktów orientacyjnych. Czy ta grań się nigdy nie skończy? To już prawie 7500 metrów. I nagle grań się kładzie. Kamienny kopiec i…szczyt! Jest godzina, zapada mrok. Wanda wyciąga klubowy proporczyk i cieszy się: nie wymiotuje, jak na Piku Lenina. Trzy godziny później już jest w obozie IIIg.
***
25 sierpnia na szczycie Noszaka stanęli także Alison Chadwick-Onyszkiewicz, Janusz Onyszkiewicz, Ewa Czarniecka-Marczak i Andrzej Marczak.
W swej relacji dla „Taternika” Rutkiewicz napisze: “Każdy z nas zaspokoił co najmniej jednym sukcesem własne pragnienia i prawie każdy z nas przez co najmniej jedno niespełnienie odczuwał niedosyt”, ale przecież powodzenie wyprawy jest kombinacją sukcesów i niepowodzeń uczestników.[…] ważny jest ogólny sukces ekspedycji. A może ważniejsze jest jeszcze to, że za kilka godzin będziemy wszyscy razem w bazie?”*
Wszyscy w bazie będą już 28 sierpnia, a trzy dni później w Kazi Deh Andrzej Łapiński przekręca klucz w stacyjce STARa. „Osiołek” cierpliwie czekał na zdobywców pod czujnym okiem wojskowych z miejscowego posterunku. Równie cierpliwie czekał ich dowódca: nie tyle na wspinaczy, co na bakszysz. Miesiąc później wyprawowy STAR jest już w Warszawie.
Sukces Rutkiewicz i jej koleżanek jest oczywisty. Ewa Czarniecka-Marczak, Alison Chadwick-Onyszkiewicz i Wanda nie tylko stanęły na szczycie Noszaka, ale wyrównały też polski zresztą kobiecy rekord wysokości, ustanowiony kilka dni wcześniej przez Annę Okopińską na Piku Kommunizma.
Wandzie Noszak przynosi też niezwykle interesującą znajomość. Wśród członków wyprawy amerykańskiej była ciemnowłosa, sympatyczna Arlene Blum, naukowiec, pisarka i alpinistka. Jest entuzjastką samodzielnego kobiecego wspinania, więc szybko znalazły z Wandą wspólny język. Na wysokości 7200 metrów „z otaczającej […] mgły nagle wyłoniła się postać alpinistki – napisze wiele lat później Arlene Blum. – Była to Rutkiewicz wracająca z wierzchołka: powitała mnie ciepło i powiedziała: weszłyśmy na 7500 metrów. Teraz musimy wspiąć się na 8000 metrów – my, kobiety.”**
*Wanda Rutkiewicz, Na siedem I pół tysiąca. W: Taternik, 1973, nr. 3, s.108
**Arlene Blum, Annapurna. Góra kobiet, Warszawa, 2014, s.23
