Pamir

Pamir

Siedzi sama w tylnej części samolotu i popłakuje. Kierownik wyprawy Andrzej Zawada może nawet to rozumie – dopiero co wyszła za mąż, a zamiast w podróż poślubną z ukochanym (zresztą także taternikiem) jedzie w góry – ale stawia sprawę jasno: podjęła taką decyzję, więc teraz albo się pozbiera i dołączy do kolegów albo…Wanda bez wahania wyciera łzy z twarzy, wstaje i idzie w kierunku reszty grupy.

***
Po raz pierwszy w „wyczynowej wyprawie alpinistycznej w Pamiro-Ałaju”, jak to ładnie ujmuje w swym piśmie kierownik biura Zarządu Głównego ZG KW Hanna Wiktorowska, Wanda bierze udział w 1970 roku. To dla niej wrota do Azji i do wysokich gór. Celem wyprawy są dwa dziewicze pięciotysięczniki Pik Fedczenki ( 5409 m) i Pik Szczurowskiego ( 5560) oraz, i to prawdziwa gratka, siedmiotysięcznik Pik Lenina w masywie zaałajskim. Wyprawa jest międzynarodowa i jako że zarówno Tadżykistan jak i Afganistan są częścią Związku    Radzieckiego oczywiście nie mogłaby się odbyć bez formalnego zaproszenia z zaprzyjaźnionego klubu górskiego, w tym przypadku z Vertikala”z Nowosybirska. Wanda jest w doborowym towarzystwie: prócz niej i Zawady do Taszkientu leci też „ojciec chrzestny” jej wspinania Bogdan Jankowski, Wojciech Jedliński, Jan Kiełkowski, Tadeusz Łajkajtys, zaprzyjaźniony Jaś Franczuk i partnerka Wandy z Norwegii, Halina Krüger-Syrokomska. Na miejscu mają dołączyć rosyjscy wspinacze z Vertikala i dwaj Bułgarzy, razem  24 alpinistów. Dla Wandy szczególnie istotna jest obecność Haliny: mają szansę na pobicie kobiecego rekordu wysokości.

Taszkient to ledwie początek egzotycznej przygody. Dojazd do miejscowości Kan w dolinie rzeki Soch, kilkudniowa karawana po ścieżkach wykutych w głębokich, skalnych wąwozach, objuczone osiołki zwane tutaj iszakami, widok spienionych, kłębiących się w dole fal rzeki; wszystko jest nowe i fascynujące. Baza wyprawy stanie w Letówce Matcza,  letnim obozie kirgiskich pasterzy, a baza wysunięta, założona już 12 lipca, za przełęczą Matcza, na Lodowcu Zerawszańskim. Pierwsze dni na miejscu i pierwsze rozczarowanie: dwa tygodnie wcześniej działała tu inna polska wyprawa pod kierunkiem Piotra Młoteckiego i na Piku Lenina stanęła Zofia Szajuk, bijąc tym samym polski, kobiecy rekord wysokości. Jak napisze później Rutkiewicz niby się z Haliną z sukcesu rodaczki cieszą, ale tak naprawdę są zawiedzione. Ale wyprawa trwa.

Zawada dzieli ekipę na trzy zespoły. Rutkiewicz trafia do grupy z Haliną, Zawadą, i Wojciechem Jedlińskim, którzy podobnie jak zespół Jankowskiego i Franczuka biorą na cel Pik Szczurowskiego, tyle że inną drogą, od strony południowo-wschodniej. Ale obie grupy  zdziałają niewiele. Po biwaku, wraz z wysokością zaczęły rosnąć trudności techniczne. Wspinaczkę utrudniał silny wiatr i coraz gorsza widoczność. Niczego dobrego nie wróżyły niewielkie początkowo pyłowe lawinki. Zespół pokonywał kolejne, niełatwe uskoki grani, a dzielące je śnieżne pola porysowane były śladami lawin. Wreszcie Zawada, lider, powiedział “stop”. Są na wysokości 5300 metrów, a prosto na nich idzie nawałnica, nie ma sensu ryzykować.  Wanda aż się trzęsie ze złości, wyładowania elektryczne jej nie odstraszają, chce iść dalej. Zawada się nie zgadza, Wanda w płacz. Jedliński jest  zdumiony. O co jej chodzi? Wejdą na szczyt czy nie, co za różnica? Są góry, jest przygoda, fajna ekipa, to mało? Wandzie mało. O wiele za mało.

Zawracają. Pogoda się nie poprawia, a w chwili przejaśnienia wejść na szczyt udaje się jedynie Kiełkowskiemu i Łaukajtysowi z drugiego zespołu. Ale powrót też nie jest radosny: namioty na biwaku przywalił mokry, ciężki śnieg i wszystko nasiąknęło wodą. Polacy są umordowani, głodni i rozczarowani. Wanda patrzy na Rosjan z Vertikala. Ci się nie zastanawiają nad ryzykiem. Idą na szczyt i już. Podoba jej się ich determinacja i głębokie przekonanie, że się uda. Ceni to, bo to samo drzemie w niej. Ma pretensje i żal, do siebie i do innych. „Czy musiało tak się zakończyć? Może tam, pod szczytem należało zaryzykować? […] – napisze później. – Żadne z nas nie umiało powiedzieć: idziemy! Ja prowadzę!”* Ja?  Przecież obok był Zawada?

Szansa na pierwszy, w dodatku dziewiczy siedmiotysięcznik przepadła. Ale jest jeszcze Pik Lenina. Niestety, choć tym razem nic nie przeszkodzi Rutkiewicz w zdobyciu szczytu wrocławianka nie będzie go dobrze wspominać. Na sto metrów przed szczytem dopada ją tlenowy głód. Zwyczajnie ją „zatyka”. Wpółżywa, często się zatrzymuje i łapczywie wciąga ustami rozrzedzone powietrze. Resztkami sił stawia ostatnie kroki przed wierzchołkiem i wymiotuje. Podnosi się, gdy już wróci jej oddech, a mięśnie znów będą gotowe do wysiłku. Zabiera ze szczytu kartkę z informacją o poprzednikach i zostawia swoją, z datą, imieniem i nazwiskiem. To dla niej ważna chwila, ale celebrować jej nie ma jak, na szczycie jest zbyt tłoczno, więc teraz tylko szybko w dół.

Wanda jest bystrą obserwatorką i z pierwszego wyjazdu w Pamir wyniesie sporo spostrzeżeń. Z przykrością odnotuje pogłębiający się rozdźwięk w jej relacjach z Haliną Krüger – Syrokomską. Znają się dobrze i szanują, ale chemii między nimi nie ma i nie będzie, jest tylko coraz większa niechęć: Halina ma bardzo silną osobowość, za silną dla Wandy i odwrotnie. Podobnie Wanda zna już teraz, od podszewki, rosyjski schemat działania i funkcjonowania w bazie i w górach – à la obóz pionierski – i obiecuje sobie, że nigdy więcej nie weźmie w czym podobnym udziału. Nawet, jeśli ceną miałaby być rezygnacja z upragnionego celu. Ale na Pamir się nie obraża – wróci tu! 

***
Wróciła cztery lata później. Od roku w dowodzie osobistym Wandy wciąż widniało nazwisko Rutkiewicz, ale w rubryce „stan cywilny” zapisano „rozwódka”. Oczekiwania obojga wobec instytucji małżeństwa okazały się krańcowo różne: do Wojciecha nie docierało, że w pierwszej kolejności poślubił góry, a dopiero potem ukochaną kobietę, a Wanda nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek, nawet ukochany mężczyzna ograniczał jej wolność i dyktował, jak ma żyć. 

Na kolejną wyprawę w Pamir wiosną 1974 roku wyrusza już inna, życiowo doświadczona kobieta, ale także inna alpinistka. Ma na koncie siedmiotysięczniki, w tym  Noszak i przejście północnej ściany Eigeru. Mimo to zadatki na wybitną alpinistkę, a także zdolności organizacyjne dostrzegał w niej chyba wyłącznie Reinhold Messner. A Polacy? „Nie do końca można było określić, jakim wspinaczem Wanda mogła być w przyszłości – mówi Janusz Onyszkiewicz. – Początkowo na tej „wyprawie […] była traktowana jak ładna, sympatyczna, choć trochę nie do końca pozbierana dziewczyna – którą traktowano z życzliwością, ale nie do końca poważnie. […]Taka tam… Wanda. Jest i tyle. Było w tym trochę protekcjonalności. Po tej wspinaczce, jednak “urosła”i w Pamirze traktowaliśmy ją zupełnie inaczej.”** 

Kierownikiem wyprawy jest Janusz Onyszkiewicz, ale zastępcą – po raz pierwszy jest Wanda. Ma pokierować trzyosobową żeńską częścią ekipy, która będzie działać całkowicie niezależnie od grupy męskiej. Panie świetnie się znają: z Duśką Gellner-Wach zdobywały Eiger, górę-mordercę”, a z Ewa Czarniecką – Marczak były wspólnie w Pamirze w 1970. Polski żeński zespół na siedmiotysięczniku to coś nowego, precedens, ale przecież Wanda lubi wyzwania? Zresztą początkowo Wadim Elczibiekow, kierownik całego projektu, nawet nie chce słyszeć o kobiecym zespole. Przepisy, zakazy i ukazy…Sytuację uratowało poparcie „śnieżnej pantery”, czyli zdobywczyni wszystkich czterech siedmiotysięczników Pamiru, która właśnie przyleciała do bazy helikopterem.  

Celem wyprawy są dwa siedmiotysięczniki: Pik Komunizma ( 7495 m) i Pik Korżeniewskiej. (7105 m). Niestety Pamir znowu daje Wandzie mocnego prztyczka w nos, choć tym razem to nie pogoda ją pokona, a choroba. Na Piku Korżeniewskiej dociera ze swymi partnerkami do wysokości 7000 m., ale na tym jej udział w wyprawie się kończy. Podczas wspinaczki wyraźnie odstaje od Ewy i Duśki, dusi się. Zachęca dziewczyny, by szły dalej same. Sama próbuje dojść do siebie. Kiedy Ewa i Duśka wracają ze szczytu Wanda, wciąż nie daje za wygraną, jeszcze raz próbuje podchodzić. Idzie, noga za noga, ale każdy krok jest wolniejszy. Słabnie, co chwila traci równowagę. A gdy wyłania się kopuła szczytowa i widzi czarne kruki przelatujące nad granią przeszywa ją dreszcz. Już wie, że nie da rady. Zawraca do namiotu. Dziewczyny, niespokojne, czekają. Noc jest ciężka, co chwila Wanda czuje, że się dusi. Plecy bolą  niemiłosiernie. Rankiem wszystkie trzy zmęczone, podenerwowane, ostrożnie schodzą do bazy. 

A cóż - w życiu alpinisty - może być
innego od góry, jak nie inna góra,
wyższa lub piękniejsza ?

Sprawa jest poważna, To obrzęk płuc. Na szczęście Uzbecka Federacja Wysokogórska, która sprawia pieczę nad polską wyprawą dysponujące śmigłowcem Mi-15, więc pomoc przychodzi szybko, ale bez nerwów nie obędzie się. Pilot, zmuszony wznieść się ponad dopuszczalną dla niego wysokość, najpierw zrzuca nad rzeką nieco paliwa. Wanda trafia do szpitala w Dżirgitalu, ale na szczęście tym razem nie ma miejsca nic, czego doświadczyła po wypadku na Noszaku. Ale po tygodniowym pobycie w szpitalu obrzęk płuc nadal się utrzymuje i choć Rutkiewicz wraca do zespołu nie jest w stanie uczestniczyć w akcji górskiej. W ten sposób traci nie tylko niepowtarzalną szansę wejścia na szczyt Piku Kommunizma,  ale również i okazję przeczytania odezwy Komsomołu do przyszłych pokoleń, leżącej na szczycie góry pośród sterty wielu innych pamiątek i rupieci. A Ewa i Duśka dołączają do panów, szykujących się do akcji szczytowej.

Wanda, unieruchomiona w bazie i szukająca urozmaicenia w pieczeniu szaszłyków i wypadach helikopterem nad Pamirskie Plateau obserwuje poczynania kolegów przez lunetę. I nagle krzyk Wadima: Ewa spadła! Wanda zamiera.

Ewa spadła z niewielkiej wysokości podczas schodzenia z wierzchołka, trzysta metrów poniżej kopuły szczytowej. Po prostu pośliznęła się i spadła, głupi, śmiertelny błąd.

Mniej więcej w tym samym czasie na Piku Lenina rozgrywa się inny dramat, który przekreśli rozwój wspinaczki kobiecej w ówczesnym ZSRR. Na szczycie ginie, a raczej powoli zamarza ośmioosobowy zespół radzieckich alpinistek, ze znaną Wandzie, znakomitą Elwirą Szatajewą.

***
„Nie wiem, jakie szczyty Wanda osiągnęła w swojej inżynierskiej działalności – pisze rosyjski dziennikarz Edward Aksielrod z „Szabat Szalom” – ale [podczas wyprawy w Pamir] zapełniała swój notatnik rysunkami elektronicznych schematów. Gdy któregoś razu zastałem ją przy tym, zakryła kartkę ręką. – Wiesz, co rysuję w tym notatniku w Warszawie? – próbowała się tłumaczyć. – Nie, nie elektroniczne schematy. Sylwetki szczytów. A teraz – dodała – góry trochę mnie zmęczyły. Mam ochotę na coś innego.”***  

A cóż – w życiu alpinisty – może być innego od góry, jak nie inna góra, wyższa lub piękniejsza ?  

Mimo sukcesu na Piku Lenina bilans tego okresu życia Wandy jest  wybitnie negatywny, tak w górach jak i tu, na dole. Kłopoty i nieszczęścia osaczają ją niczym rekiny krążące wokół łodzi. Śmierć Ewy, mieszkaniowe, a więc i finansowe kłopoty po rozwodzie i najgorsze: brutalne zabójstwo ojca Wandy, Zbigniewa Błaszkiewicza w jego domu w Łańcucie. Wizje lokalne, krew ojca na ścianach piwnicy, identyfikacja ciała, rozprawa sądowa i bezmyślne twarze lokatorów-morderców. Rola oskarżyciela posiłkowego, godziny przesłuchań i wstrząsających zeznań. Czy to wtedy Wanda nabawiła się lęku przed pustymi, ciemnymi pomieszczeniami?

*Wanda Rutkiewicz, Na jednej linie, Warszawa, 1986, s.68
** Janusz Onyszkiewicz, Trzy wyprawy  z Wandą. W : Wanda Rutkiewicz, pod red. Jana Bortkiewicza, Wrocław, 2013, [b.s.)
*** Eдuaрд Aксельрод, Szabat Szalom, Nr 10,  b.r., b.s.