Tatry i dalej

Tatry

Od początku traktowała to śmiertelnie poważnie.
Pierwszy raz zobaczyła Tatry z daleka, na szkolnej wycieczce. Drugi raz podczas pomaturalnej wędrówki z grupką uczniów z klasy: Hala Gąsiennicowa, Kasprowy Wierch, pamiętne chwile nad Morskim Okiem i myśl: „chciałabym tu zostać”. I ten trzeci raz, w 1962 roku, gdy jako członek Wrocławskiego Koła Klubu Wysokogórskiego PTTK przyjeżdża pod Giewont z Bogdanem Jankowskim i innymi kolegami z klubu. Potem z duszą na ramieniu i wielkim plecakiem, wyładowanym żywnością i sprzętem do wspinaczki i biwakowania przekracza próg Betlejemki – Szkółki Taternickiej na Hali Gąsienicowej. Instruktorzy pomyśleli:  ot, kolejna panienka, która szybko się zniechęci lub wystraszy. Wystarczy, że zobaczy parę zdjęć z wypadków tych, którzy z gór nie wrócili. Mylili się. Wanda była inna. Nie wystraszyła się, nie zniechęciła, wręcz przeciwnie. To wyzwalało w niej adrenalinę, mobilizowało. Zamiast myśleć, co może się stać, starała się lepiej przygotować i być ostrożniejsza.

Świetnie przygotowana fizycznie z racji wyczynowego uprawiania siatkówki, może trochę słabsza psychicznie, ale ambitna, niesłychanie uparta i zdeterminowana. Trafia w ręce Zdzisława Jakubowskiego, późniejszego kierownika „Szkoły taternictwa na Hali” i Ryszarda Berbeki. Codzienne wspinaczki na żebrach Granatów, grani Kościelców czy na Zawratowej Turni nie przekraczają wprawdzie skali trudności III, ale utwierdzają Wandę co do jednego: żadne dotychczasowe doznania sportowe nie dawały jej tego, co wspinaczka. Dwutygodniowy kurs Wanda kończy z wynikiem ledwie dobrym: jako jedna z nielicznych taterników topografii Tatr uczy się jednocześnie z poznawaniem technik wspinaczkowych, a na egzaminie teoretycznym jej wiedza, nabyta głównie podczas lektury przewodników, albumów i map, niepoparta doświadczeniem nie wystarcza. Za to egzamin praktyczny na Żebrze Pietcha zdaje celująco. Ze świeżutkim patentem taternickim Błaszkiewicz trafia pod skrzydła krajana z wrocławskiego klubu, obozującego na słynnym „taborisku”, polu namiotowym w pobliżu MOKu – Longina Śliwińskiego. To z nim i z jego przyszłą żoną Zofią Wanda poznaje długie i trudne drogi wspinaczkowe w okolicy Morskiego Oka. Jak przykładna uczennica bez względu na zmęczenie i porę zalicza każdą grań. Tego samego lata, z Jerzym Hirszowskim, przechodzi też północną ścianę Żabiego Oka  i owianą ponurą legendą Zamarłą Turnię.

Niezwykle intensywny jest dla Wandy, już uprawnionej taterniczki pierwszy sezon tatrzański 1963: wspina się, poznaje taternicków ze środowiska warszawskiego, uczy się zasad wspinaczki hakowej. Niewątpliwie jej największym sukcesem z tego okresu jest przejście północno -wschodniej ściany Mnicha, słynnego  Wariantu R – co było wyznacznikiem klasy wspinacza. We wrześniu, nad Morskim Okiem świetny alpinista Jerzy Krajski akurat szuka partnera na tę drogę. Krakowski taternik Jacek Harnasiewicz przedstawia mu Wandę.

Ruszają o świcie. Na zmianę prowadzą, wbijają kolejne haki w szczeliny, mijają się na stanowiskach, zakładają asekuracje, ściągają partnera, wybijają haki, przekładają ławeczki, stają na nich i wbijają, wyżej, kolejne haki – modelowa wspinaczka hakowa. Ale im wyżej, tym trudniej. Ani Wanda, ani Jurek nie znają drogi, raz i drugi mylą się i cofają. Szczelina zaczyna zanikać, a na dodatek  robi się mglisto i pogoda wyraźnie się zmienia. Godzinę później leje jak z cebra, światło błyskawic ślizga się po mokrych płytach, grzmoty z hukiem odbijają się od skał. Szybciej! Młotek Wandy w pośpiechu nie zawsze trafia w hak, tylko w rękę. Wreszcie przed ostatnimi trudnościami jakoś usadawiają się z Jerzym na stromej płycie. Trzęsą się z zimna i czekają. Jak długo potrwa ta burza?

Niewątpliwie jej największym sukcesem
z tego okresu jest przejście północno
-wschodniej ściany Mnicha (...) co było
wyznacznikiem klasy wspinacza.

Do szczytu Wanda i Jurek dojdą dopiero wieczorem, a do schroniska dopiero o północy. Ale nie byli sami. Z odsieczą przyszli im koledzy z MOKu, Jacek Woszczerowicz i Jerzy Hirszowski. Spuścili suche ubrania, dodatkowe liny i gorącą herbatę. Z górną asekuracją przejście ostatnich trudności poszło szybko. Noc była ciężka, niespokojna. Rano, matka Dyzmy, aktorka Halina Kossobudzka opatruje pokrwawione i opuchnięte ręce Wandy.

Kolejne lata, kolejne drogi, nowi partnerzy.  W roku 1964 Błaszkiewicz po raz pierwszy wyjeżdża na tzw. Zachód, w Alpy Zillertalskie, ale jeszcze w tym samym roku  robi, między innymi, Mały Kieżmarski Szczyt północną ścianą, drogą Stanisławskiego. W kolejnych latach niezmiennie wraca w Tatry. W lutym 1966 roku  z Bogdanem Jankowskim, Kazkiem Głazkiem, Krzysztofem Cieleckim i Januszem Kurczabem przechodzi nową, zimową drogę prawą częścią północnej ściany na Małym Koprowym Wierchu. Kurczab wcale Wandy na tej wspinaczce nie chciał, planował wyjście dwiema  męskimi dwójkami, ale ich koleżanka tak lawirowała, że musieli się zgodzić. I wprawdzie Wanda była mocno zestresowana i nie udało się jej poprowadzić żadnego wyciągu, ale drogę zaliczyła, podobnie jak – jeszcze tego samego roku – zimowe przejście północno-zachodniej ściany Niżnych Rysów z Krzysztofem Cieleckim, Januszem Kurczabem i Adamem Szymanowskim.

Nie wszystkie tatrzańskie wspinaczki Błaszkiewicz są udane czy błyskotliwe, jednak zawsze pełne emocji, nowych doświadczeń i stanowią kolejny krok w jej górskiej karierze.
Jeszcze przez jakiś czas dość sprawnie łączy wspinaczkę w Tatrach i wyjazdy w skałki pod Jelenią Górę z grą w siatkówkę, treningami i zawodami Gwardii Wrocław. Wreszcie, z różnych powodów, stawia wyłącznie na góry. Wykorzystuje każdą okazję do wspinaczki, czasem kosztem zdrowia, ale jest jeszcze młoda i silna. Podczas upadku z Direttissimy Sukiennic w Sokolikach uszkadza sobie kręgosłup, a dwa tygodnie później już się wspina. Janusz Fereński, wielokrotny partner Wandy na linie, wspomina widok nawet nie sinych, a zielonych z przemarznięcia palców koleżanki po zejściu z Mnicha czy pierwsze zimowe przejście Mniszka: jej partnerzy, Roman Bebak, Kazimierz Głazek i sam Fereński, mokrzy, poobijani i zmordowani po kolei rezygnowali z dalszej wspinaczki, ale nie Wanda. Ona chciała iść dalej i szła.
Wspinała się i…zakochiwała we wspinaczach, ale wyłącznie w dobrych, jak Zdzisław Prusisz, Bogdan Jankowski. Liną wiązała się także z Jerzym Hirszowskim (północna ściana  Żabiego Konia, Zamarła Turnia), instruktorami Adamem Uznańskim i Longinem Śliwińskim. Wiele nauczyła się od Dyzmy Jacka Woszczerowicza, syna słynnej pary aktorskiej. W lipcu 1969 roku razem z przyszłym mężem, Wojciechem Rutkiewiczem i Kazimierzem J. Rusieckim „Dżekiem” robi pierwsze polskie przejście Direttissimy Wielkiej Granackiej Baszty w Tatrach słowackich, we wrześniu 1971 z Andrzejem Uznańskim nową drogę na północno- zachodniej ścianie Niżnej Wysokiej Gierlachowskiej, a w lutym 1972 roku – również pierwsze, zimowe wejście z Andrzejem Wiluszem na Baranich Rogach, ósmym szczycie na liście Wielkiej Korony Tatr. W 1972 ( 1973?) roku obiektyw aparatu Stefanii Egierszdorff uchwyci Wandę i Janka Holnickiego-Szulca podczas wspinaczki na Kazalinicy.

Zimą robi dość długie tatrzańskie drogi o średniej skali trudności, Niżne Rysy czy Cubrynę, choć szybko okazuje się, że zimowe doświadczenia z Kotłów Śnieżnych, z których była tak dumna w Tatrach nie zawsze wystarczają. Ale pokonuje Filar Węgrzynowicza z Ireną Gellner, Ewą Panejko i Danutą Wach; to jedna z najtrudniejszych zimowych dróg tatrzańskich i pierwsze kobiece zimowe przejście. Podczas tych wspinaczek Wanda odkrywa w sobie tak przydatną w przyszłości umiejętność uruchamiania rezerw odporności i sił, wynikającą z dobrego ogólnego przygotowania sportowego.

Ze wspomnień przyjaciół i partnerów Wandy z tatrzańskiego okresu,  tak na linie, jak i prywatnie łatwo wyłuskać te cechy, które będą dominować w całej jej późniejszej karierze i życiu: dążenie do perfekcji, konsekwencja i determinacja w zdobywaniu celu bez względu na ryzyko, ciągła chęć bycia pierwszą, najlepszą i krańcowe umiłowanie niezależności i wolności osobistej. Jednocześnie objawia się jej trudna, skomplikowana osobowość w relacji z innymi: wycofana, zamknięta w sobie, osobna, bez chęci i potrzeby budowania głębszych relacji. A podczas akcji w górach niesłychanie empatyczna, otwarta, zawsze gotowa do pomocy, choć nieustępliwa i walcząca o swoje.  Sprzeczne?  To właśnie Wanda! W opinii wielu na co dzień roztargniona, błądząca w chmurach i wiecznie zapędzona, swe tatrzańskie stopnie wtajemniczenia przechodziła w „sposób dosyć uporządkowany. […] najpierw otoczenie Hali Gąsiennicowej, potem Morskiego Oka, po Tatry Słowackie. Następnie […] przejścia zimowe, element samodzielności i przejścia w zespołach kobiecych”. * Do tych „stopni” należałoby dodać „etap instruktorski”. W maju 1966 podczas międzynarodowego seminarium ratownictwa jaskiniowego zorganizowanego przez Sekcję Grotołazów Wrocław w Tatrach Zachodnich Wanda demonstruje rozmaite techniki ratownictwa górskiego;  przydały się kursy dla ratowników w Austrii. W 1968 roku Rutkiewicz zatrudnia się jako instruktor w szkółce wspinaczkowej w Morskim Oku i to ona wprowadzi w arkana wspinaczki wielu przyszłych alpinistów.

***
W 1984 roku, po nieudanej wyprawie na K2 Wanda przywiezie w Tatry swego ówczesnego partnera Stéphane’a Shafftera. Szwajcar jest zachwycony. Nic dziwnego, Tatry są jedyne, niepowtarzalne i nie dają o sobie zapomnieć. I choć od początku przeznaczeniem Rutkiewicz zdają się być góry najwyższe, w Warszawie, widok niknącego w deszczu i we mgle Pałacu Kultury i Nauki zawsze będzie przypominał Wandzie szare płyty wschodniej ściany Mnicha; bo, jak we fraszce Jana Sztaudyngera „skądkolwiek wieje wiatr, zawsze ma zapach Tatr”.

*Wszystko o Wandzie Rutkiewicz. Wywiad Barbary Rusowicz,  Toruń-Piła 1992, s. 46

Norwegia

TROLLRYGEN

On chyba rozumie, że takie słowa jak „niemożliwe” w ich przypadku nie mają racji bytu? Nie po to się tu, do Åndalsnes, tłukły tyle kilometrów, nie wspominając o wiecznym bólu głowy o finanse, by teraz odpuścić. Zgoda. Jest zima, a już latem przejście tego filaru jest poważnym wyczynem. „Haków nie ma gdzie wbić. Szczeliny są płytkie i pozalewane, teren niezwykle trudny. Ciężko o dobrą asekurację.” Ale zaraz niemożliwe? „On” to Arne Randers Heen, czołowa postać alpinizmu norweskiego, nestor tamtejszej turystyki górskiej, który o tych górach wie wszystko. A Polakom, którzy zagięli na nie parol nieba by uchylił, on i jego żona Bodil. Ale Arne wie, co mówi. W te góry wchodzi się praktycznie z poziomu morza. To potężne skalne formacje, mogące z powodzeniem równać się z najtrudniejszymi ścianami alpejskimi, a widok na fiordy, fieldy i wodospady, jaki rozciąga się ze szczytów, podbił niejedno serce. Ale to nie widok przygnał tu Wandę Rutkiewicz i Halinę Krüger-Syrokomską, tylko właśnie zerwy szczytów Trolli w okolicach Romsdalen. Dziewczyny przyjechały śladem kolegów, Tadeusza Piotrowskiego, Wojciecha Kurtyki, Ryszarda Kowalewskiego i innych Polaków, którzy zjeżdżali tu prawie co rok. A filar Trollryggen jest rzeczywiście wyjątkowy i nie bez przyczyny zwie się Grzbietem Trolla. Niedostępny, wymagający, no i te elfy, trolle i inne duchy, które skutecznie bronią się przed natrętami. Do tego straszliwy ziąb i wilgoć. Arne Heen powtarza więc swoje „niemożliwe”, a przecież nikt nie zna lepiej tej ściany niż on; przeszedł ją pierwszy. Zimą 1972 roku jego wyczyn powtórzyli Polacy, a teraz, w lipcu 1972, zjawiły się tu Wanda i Halina, pierwszy zespół kobiecy, „pod opieką” Andrzeja Paolo. Oczywiście im pomoże, ile tylko będzie mógł, ale czy wiedzą, na co się porywają, zachodzi w głowę Arne? Wcześniej filar poddał się zaledwie sześć razy, a zespołowi kobiecemu nigdy. Dla Wandy, która coraz wyraźniej dostrzega potrzebę zaznaczenia obecności kobiety w górach, czy raczej nadrobienia braku tej obecności, to niesłychanie ważny moment w karierze, Halina myśli podobnie.

Halina Krüger-Syrokomska, historyk sztuki, starsza od Wandy o pięć lat,  niekonwencjonalna, z fajką w zębach, rzucająca mięsem na lewo i prawo z jej tylko właściwym urokiem. Z Wandą są na siebie niejako skazane – po prostu są najlepsze. Ale więcej je dzieli, niż łączy. Halina ma inne pasje i zainteresowania, nie podziela podejścia partnerki do wspinania, rywalizacji i do rzeczy najistotniejszych: Wanda dla gór poświęca wszystko, Halina ma rodzinę – męża i córkę Mariankę. O przyjaźń raczej byłoby trudno, ale w tej jednej kwestii zgadzają się w stu procentach: obie żywią silne przekonanie, że dopóki kobieta wspina się z mężczyznami, jej wyniki będą co najmniej pomniejszane. I obie, z roku na rok z powodzeniem przesuwają mentalne granice dokonań kobiet w górach; i mają dość męskiego gadania, że kobiety do akcji w górach wysokich się nie nadają. Przecież w Alpach udowodniły, że jest inaczej, prawda?

O wschodnim filarze Trollryggen, czyli Grzbiecie Trolla, wiedziały tyle, co Wanda wyczytała w reklamowych prospektach. 1600 metrów, najdłuższa niegraniowa droga wspinaczkowa w Europie, określana jako skrajnie trudna. Nie sposób nie przytoczyć tu niezwykle plastycznego opisu Tadeusza Piotrowskiego z jego książki „W burzy i mrozie”*: „Nie trzeba mieć zbyt bujnej wyobraźni, aby dostrzec w zarysie tych skał podobieństwo do wyprężonego w potwornym wysiłku grzbietu gigantycznego stwora, podtrzymującego walący się nań skalny mur. Po obu stronach filara piętrzą się odwieszone od pionu ściany. Wydaje się, że gdyby nie jego tutaj obecność, to skały runęłyby w dół kamienną lawiną. […] To oszałamiające swoją wysokością i nieprawdopodobnym wręcz pionem zerwy Ściany Trollów. Kocioł, ku któremu opadają skryty jest w cieniu, potęgującym jeszcze niesamowitość i grozę tego miejsca. Dzikie piękno martwego świata skał może budzić uczucie lęku i niepokoju. […] U jednych cisnąć się będą słowa zachwytu, a drugim trwoga odbierze mowę”.

Polkom mowy nie odbiera. Przeciwnie. Najwyżej Halina rzuci jakimś przekleństwem.

Na rozgrzewkę Polki, Arne i Bodil robią Fivarutę. Nieźle poszło, tylko ten deszcz…Od trzech dni pada bez przerwy. Za to atmosfera gorąca: Heen, choć wciąż nie wierzy w ten dziewczyński sukces rzeczywiście robi co może: Polki szybko trafiają na pierwsze strony norweskich gazet, a przed swym zakładem krawieckim u stóp Trollryggenu Norweg ustawia lunetę. Na okiennej szybie nakleja wycinki prasowe, zdjęcia Polek i filaru, z zaznaczoną drogą wspinaczki. Podpis: „Tu się wspinają. Opłata 1 korona” ( świetnie, przydadzą się).

Ruszają 9 sierpnia. Biorą ze sobą tylko sprzęt do wspinaczki, kuchenkę zostawiły, za ciężka, więc będą pić tylko zimną wodę z kwaskiem cytrynowym. Początkowo wspinają się niezwiązane, ale po podejściu pod płyty wiążą się. Prowadzą na zmianę, ale w drugim i trzecim dniu prowadzi już tylko Wanda. Kluczowym odcinkiem, o czym uprzedzał je Arne, jest kominek, mocno przewieszony, śliski i mokry, Wanda określi go jednym słowem „parszywy”, ale jakoś udaje im się wbijać haki. Potem noc na niewielkiej półce w płachcie biwakowej, a nazajutrz, jazda w górę. Idzie dobrze, tylko mylą drogę, trudno, muszą zjechać pięćdziesiąt metrów i znaleźć tę właściwą, co łatwe nie jest, bo filar to olbrzymia ściana, a na dodatek nadciągnęły chmury i diametralnie zmieniła się pogoda. Trzeciego dnia znowu walczą: z brakiem wody, ogarniającą je sennością, monotonią kolejnych wyciągów. Ale trzystumetrowy kuluar, przewieszone rysy i kolejne „parszywe” zdaniem Wandy zacięcia nie stanowią dla Polek trudności nie do przebycia. Na ostatnim wyciągu Rutkiewicz pozwala sobie na mały żart: na pytanie  mocno już zmęczonej Haliny „gdzie są” „Wandzia, już siedząca wygodnie na niemal płaskim płaskowyżu rzuca: jeszcze daleko, jakieś kilka wyciągów”. Zduszone przekleństwo partnerki tylko podsyca poczucie ulgi i radość. Z chochlikową satysfakcją patrzy jak Syrokomska wynurza się znad krawędzi skalnej płyty i zdumiona patrzy wokół. Tak! Zrobiły to! Zrobiły filar Trollryggen!

Wszyscy mówili, że to właśnie
rozpoczęło polskie kobiece wspinanie.
Leszek Cichy

Ogólnie rzecz biorąc filar nie zrobił na nich większego wrażenia, choć w swej relacji dla „Taternika” Halina Krüger zacytuje ciekawy fragment listu Rutkiewicz, który może nie tyle zdradza jakieś wielkie emocje, co oddaje atmosferę wspinaczki: „Raz jedyny na tej ścianie poczułam się strasznie samotna” – pisze Rutkiewicz. – „Ty byłaś gdzieś w dole. Nie widziałam Ciebie ani nie słyszałam, a ja cały wyciąg szłam w zacięciu, nie trudnym wprawdzie, zaledwie IV, ale takim trochę parszywym. […] Skałki mokrawe, haka nie ma gdzie wbić, nie pomoże mi żaden święty, tylko muszę iść, więc szłam dalej, przede mną ostatnia, trzymetrowa mokra ścianka, zlizuję trochę wilgoci, wbijam dwa haki obok siebie, niepotrzebnie, wystarczyłby jeden, a tak lina się klinuje, a ja wiem, że to już ostatnie metry i nie można dopuścić do tego, żeby coś się stało”. U wyjścia ze ściany czekają już Arne, Bodil i Rotraud Eliassen, żona Odda, pierwszego Norwega na Evereście, z którym Wanda wspinała się w Polsce na Żabim Mnichu. Czekają nie tylko z gratulacjami, ale i z maślanymi bułeczkami z kozim serem i z gorącym kakao w termosie, które po zlizywanej ze ściany wilgoci musiało smakować wspaniale. Gospodarze dopytują o trudności, problemy, przygody. Owszem, dokuczało im zmęczenie: narzuciły sobie szybkie tempo i nie miały wody, a poza tym nic. Naprawdę? Norwegowie są chyba nieco zawiedzeni, gdy Polki zgodnie kręcą przecząco głowami, ale cieszą się ogromnie. Było to, bądź co bądź, pierwsze kobiece i ósme w ogóle przejście słynnej drogi. Ale też dziewczyny były mocne. Jak powie wiele lat później Bernadette McDonald Wanda nie była tylko wybitną himalaistką, była „polską himalaistką”, Halina podobnie. Polski głód na sukcesy w górach wyższych od Tatr w połączeniu z jakością ich wspinaczkowego rzemiosła mógł zdziałać cuda. 

Dla środowiska górskiego pokonanie filaru przez polski zespół kobiecy było wielkim zaskoczeniem. Zajęło im to trzy dni, czyli tyle, ile wspinały się średnio zespoły męskie i zasłużenie przyciągnęło uwagę mediów, prasy, nie tylko alpinistycznej, radia i telewizji. Władze norweskiej gminy zorganizowały uroczyste spotkanie i wręczyły Wandzie i Halinie pamiątkowe puchary z wygrawerowaną datą i nazwą drogi. O Polkach zrobiło się głośno, a ich wyczyn uznano za największe dotychczasowe osiągnięcie kobiecego alpinizmu w Europie. „Wszyscy mówili, że to właśnie rozpoczęło polskie kobiece wspinanie” – stwierdza Leszek Cichy.

Głośno o Polkach, ale żeby aż tak? Na okładkę tego magazynu nie trafia się przypadkowo. Trzeba mieć odpowiedni wygląd, odpowiednio skąpy strój, a najlepiej w ogóle go nie mieć. Tymczasem Polki wyglądają dokładnie odwrotnie. Są ubrane – co tam – okutane, od stop do głów. Na dodatek to, co mają na sobie i na głowie jest dość dziwaczne, czy nie zbyt dziwaczne, jak na przeciętnego czytelnika miesięcznika „Alle Menn”, norweskiego odpowiednika „Playboya”? Ale skoro redakcja zgodziła się na taką okładkę! Wanda i Halina stoją na szczycie Romsdalshornu, niewielkiej wieży z łupkowych skał. Jedna pod samym szczytem, druga nieco niżej, patrzą wprost w obiektyw, są rozluźnione, uśmiechnięte, rozbawione sytuacją. A w środku wywiad ( bez rozkładówki). Ciekawe, jak później komentowała tę sesję zdjęciową dla norweskiego „Playboya” Halina, było nie było redaktora periodyku „Fotografika”? Z jej poczuciem humoru? 

Dla obu pań wspinaczka na Trollryggenie stała się niezwykle mocnym punktem w ich górskich CV, a Wanda, mimo wszystko uznała ją za ekscytującą i piękną. Mniej ekscytujący okazał się finał norweskiej wyprawy. Ściana, na którą wybierają się razem z Bodil jest nieporównanie łatwiejsza od filaru, a tu nagle Wanda odpada od ściany, zlatuje znad okapu, uderza stopą o kant i łamie kość skokową. Wróci do Polski z gipsem pod kolano. No i co takiego, czy to pierwszy raz?  Tylko ten fragment listu do Haliny: ”„straszliwie samotna”? Chwila słabości? Przeczucie?

Do Norwegii i Åndalsnes Rutkiewicz nigdy nie wróci, ale przyjaźń przetrwa. Do Bodil i Arnego napisze ciepło po Evereście. Z Rotraud Eliassen będzie wspinać się w Tatrach i w Alpach, spędzą też kilka dni w rodzinnym domu Błaszkiewiczów we Wrocławiu. A gdy Oddowi i Rotraud urodzi się trzecia córka: dostanie imię Wanda.