Gasherbrum I

Gasherbrum I

To miała być szczęśliwa wyprawa. I była, pod wieloma względami. Zaprzyjaźniony z Wandą Łódzki Klub Wysokogórski, prosty plan, kolejny ośmiotysięcznik w perspektywie, a może nawet dwa, dobra partnerka na linie w osobie Ewy Panejko-Pankiewicz i najważniejsze: Kurt! Mężczyzna, na którego czekała cale życie. Czego więcej trzeba?

Wszystko zaczęło się od pomysłu Marka Grochowskiego z ŁKW: chciałby zorganizować wyprawę na Gasherbrum II  i poprowadzić na nim nową drogę wschodnią granią. Co Wanda myśli na ten temat? Dobry pomysł?
 Wanda z miejsca proponuje swój udział. Tylko ona poszłaby na Gasherbrum I, bo Gasherbrum II już zdobyła z Brytyjkami. „Proponuje”, to niezbyt precyzyjne określenie: właściwie Wanda przejmuje dowodzenie, co ogromnie cieszy Grochowskiego. Już sam jej udział dodaje wyprawie splendoru, a przede wszystkim niesamowicie usprawnia organizację. Doświadczenie Rutkiewicz w tej materii i znajomości w Pakistanie są bezcenne, co nie znaczy, że uwalniają kierownika i uczestników od czarnej roboty: pakowania, zakupów, papierów itd.

Grochowski kompletuje skład. Z oczywistych ( dewizowych) względów ma być międzynarodowy. Wanda proponuje,  między innymi, Kurta Lyncke-Krügera, neurochirurga z Berlina, od niedawna swego życiowego partnera. A prócz niego do Pakistanu pojadą: Georg Rüdiger Lang ze Stuttgartu, Peter Brill spod Monachium, Tyrolczyk Christian Kuntner z Południowego Tyrolu, Gertrude Reinisch-Oelmueller i Johannes Bauer z Wiednia, R.D., czyli Raymond David Caughron z USA, Shad Meena z Pakistanu i oczywiście Polacy: Ewa Panejko-Pankiewicz, Wanda Rutkiewicz, Marek Grochowski, Piotr Pustelnik, Józef Goździk, Marek Józefiak, Leszek Sikora i lekarz Andrzej Pilc. 

Obecność Shad Meeny to niespodzianka. Początkowo kobiet miało być pięć: Sibylle Hechtel ze Stanów, Wanda i Ewa z Polski, Gertrude Reinisch i Kathy Murphy z Anglii. Ale Sibylle zaszła w ciążę, a Kathy z KcKinleya wróciła z odmrożeniami. Ponieważ w Pakistanie wyprawa nie może liczyć mniej niż cztery osoby rozpoczęto desperackie poszukiwania czwartej kobiety – na mężczyznę Wandy by nie przystała. I tak w ekipie znalazła się Shad Meena, ponoć jedna z najlepszych alpinistek w Pakistanie. Niezależna, z zamożnej rodziny, pełna pasji niezamężna nauczycielka angielskiego, śmiało przekraczająca odwieczne kulturowe bariery w życiu kobiety w świecie muzułmańskim. Gdy Alpine Club of Pakistan odmówił jej wsparcia finansowego, wyłożyła z własnej kieszeni 5000 rupii ( wg niektórych źródeł 10 tysięcy). To musiało zrobić na Wandzie wrażenie. Sympatyczna, pomocna i życzliwa z miejsca zyskała powszechną sympatię.

Przed ekipą Grochowskiego dwa cele: wejście zespołu kobiecego kuluarem japońskim na Gaszerbrum I i poprowadzenie nowej drogi wschodnią granią, przez przełęcz Gaszerbrum La na Gasherbrumie II przez zespół męski.

W Skardu logistyka wyprawy leży w rękach znakomitej agencji Nazira Sabira, będącej wzorem perfekcyjnej organizacji i gwarancją  załatwienia niezbędnych spraw – papierów, pozwoleń, transportu. A potem willa i ogród polskiego dyplomaty Krzysztofa Zawiszy powoli zmienia się w jedno wielkie koczowisko. Wszędzie rozstawione namioty ( trzeba je sprawdzić, naprawić), sprzęt i przede wszystkim ludzie. 

Jako kierownik samodzielnego żeńskiego zespołu Wanda ma problem z Shad Meeną. Wizerunkowo wygląda to dobrze: kobieta z Pakistanu na wyprawie, ale z punktu widzenia technicznego już nie: Shad Meena jest słaba technicznie i właściwie nie ma pojęcia o wspinaczce w lodzie, a Wanda zupełnie nie ma czasu jej tego uczyć. Po Makalu musi naprawić swój namiot, iść do dentysty i zwyczajnie parę dni odpocząć.

1 czerwca pięć jeepów opuszcza Skardu. Teraz wyprawowi debiutanci mogą się napatrzeć: wiszące mosty, strumienie, stada owiec tarasujące drogę, dzieci oblegające samochody, koła grzęznące w błocie albo w piasku, awarie i przestoje,  czyli codzienność w Pakistanie. A potem organizacja karawany: najmowanie tragarzy, negocjowanie warunków i przydzielanie ładunków. I całe dnie wędrówki z plecakiem wyładowanym do granic możliwości przez pokryte piargami lodowce i moreny, dziki, surowy, nieprzystępny krajobraz, tak różny od wyprawowych scenerii w Nepalu. Przeprawa przez rzeki w wózku przymocowanym do rozpiętej między brzegami liny. We wsiach, na każdym postoju obowiązkowo tłum ludzi, zwłaszcza kobiet i dzieci: każda wyprawa to okazja do doraźnej wizyty lekarskiej. I oczywiście stały punkt programu każdej ekspedycji: strajk tragarzy w Payu. Wanda, która właśnie dogoniła wyprawę machnęłaby ręką: chcą parę rupii więcej, dać im i po sprawie. Ale Grochowski kręci głową. Musi dbać o budżet. W rezultacie ze 108 tragarzy zostaje 78, a to oznacza, że część ekipy pójdzie dalej, a Marek i Wanda zostaną z częścią ładunków: zaczekają na powrót tragarzy z innych wypraw i zatrudnią, kogo się da.

 Po 10 dniach marszu czoło karawany dociera do bazy u podnóża Ukrytego Szczytu, na lodowcu Gasherbrum Południowy, na wysokości 5000 metrów.

Widok na trzy pakistańskie olbrzymy – Gaszerbrumy, Broad Peak i K2 nie ma sobie równych, a  Concordia, do której  spływają jęzory dwóch lodowców, Abruzzi i Godwin-Austin tworząc trzeci – Baltoro, uderza swym majestatycznym i surowym pięknem. Pustelnik, Ewa Panejko-Pankiewicz, Leszek Goździk i Józef Sikora przebierają niecierpliwie nogami: są gotowi do akcji. Już przygotowali namioty, kuchenki, śpiwory, prowiant, naboje gazowe, wszystko, co najpotrzebniejsze. Dwa dni później do bazy dochodzi Wanda, Marek i reszta tragarzy. Wanda uważa, że bazę powinno się przenieść wyżej, ale oficer łącznikowy się nie zgadza: wyprawa zbliżyłaby się zbytnio do wojskowego obozu na granicy z Indiami,  gdzie wciąż słychać strzały.

Polacy nie są tu jedyni. Od tygodnia działają Japończycy, którzy – tylko podziękować – już zdążyli wytyczyć drogę przez lodowiec, a także Koreańczycy, Belgowie, Chilijczycy, Niemcy, Holendrzy, wojskowa ekspedycja francusko-pakistańska i wspinacze z Andory. Wszyscy mają jakieś cele, z których większość szybko weryfikuje pogoda, a raczej jej brak. Plany łodzian także. O ile obóz I rozbili już 12 czerwca, na wysokości 5900 metrów, namioty obozu II, pod przełęczą Gaszerbrum La, stanęły dopiero 21 czerwca. Oba obozy mają być wspólne dla zespołu męskiego i damskiego.

Ekipa jest naprawdę dobrana. Dobra atmosfera, pełne zrozumienie i współpraca w górze, a na deser wdzięczny temat do rozmów i niezłośliwych, aczkolwiek lekko kpiących komentarzy: zakochana Wanda! Jej związek z berlińczykiem Kurtem Lyncke-Krügerem jest na etapie szaleńczego zauroczenia i oboje  zachowują się jak zakochani licealiści na szkolnej wycieczce. Ich miłosne świergotanie przez radio, gdy Wanda wspina się na Gasherbrumie I, a Kurt na Gasherbrumie II jest dla słuchających czy raczej podsłuchujących (a fe!) koleżanek i kolegów niezłą uciechą i rozrywką. Ale szczęśliwa Wanda, to Wanda mniej kłopotliwa, więc miłosna chwilo trwaj! Natomiast to, co może zaskakiwać, to górskie wyposażenie Wandy: poza markowymi ubraniami, którymi niekiedy wspomaga Pustelnika, debiutanta na ośmiotysięczniku, jest ono równie niepraktyczne, ciężkie i niedopasowane jak pozostałych Polaków, choćby namiot. Ma też mocno zużyte buty; nowe Koflachy oszczędza na kolejne wyprawy. 

Po założeniu pierwszych dwóch wspólnych obozów panowie zajmują się celem nr 1, czyli Gasherbrumem II, żeńska czwórka także rusza w górę. Szybko okazuje się, że założony  wcześniej plan wejścia alpejskiego z pełnym obciążeniem jest nierealny. Góra stawia opór, broni się stromiznami oblepionymi głębokim, kopnym śniegiem, lawinami, uprzykrza wspinaczkę, jak może. Ponadto wcześniej nikt szczytu nie atakował, nikt nie założył śladu, nie ma więc starych poręczówek. Nic nie ułatwia wchodzenia i nie zabezpiecza odwrotu. Chwilami Polki czują się jak pierwsi zdobywcy. Nikogo za nimi, nikogo z przodu. Wybrały drogę wielkim kuluarem, ze stromymi uskokami lodowymi w górnej części, ale powyżej obozu II niemile zaskakuje je pas skał o sporych trudnościach, zakładają więc sto trzydzieści metrów poręczówek. Wyżej trafiają na śnieżne pola: na zmianę zakopują się w śniegu po pas lub wspinają po szklistych, niebezpiecznych, nawianych wiatrem „deskach” śnieżnych. Obóz III na wysokości 7100 metrów zakładają dopiero 2 lipca, a już następnego dnia rozpętuje się śnieżna burza. Utkną tam na całe dwa dni. 

Kolejne wyjścia z bazy eliminują z akcji Pakistankę: ma trudności techniczne, dodatkowo dopada ją choroba wysokościowa. Z zespołu wypada też Gertrude Reinisch. Oficjalnie powodem zmiany planów Austriaczki są zbyt wielkie wymagania techniczne i warunki w ścianie,  jednak jej zdaniem sprawa ma inny kontekst: Wanda często mylnie ocenia możliwości wspinaczkowe partnerów, a jej od początku przypisała rolę dewizowego tragarza wysokościowego, zaopatrującego wysokie obozy, wyszukującego drogę na lodospadzie i pracującego na rzecz zespołu szczytowego, w który finalnie się nie znajdzie. Ale okazało się, że Gertrude daje sobie radę, tyle że po rezygnacji Shad Meeny nie ma już partnerki i przyłącza się do zespołu męskiego. Wanda, zdając sobie sprawę, że popełniła błąd proponuje jej dołączenie do niej i Ewy w ataku szczytowym, ale Austriaczka już nie jest zainteresowana. Dziwi ją także argument Wandy, która twierdzi, że z nimi przynajmniej ma szanse wejść na szczyt, natomiast z Pustelnikiem na Gasherbrum II nie wejdzie, bo Piotr ma za małe doświadczenie.

13 lipca, podczas siódmego wyjścia z bazy do ataku szczytowego przystępują więc już tylko Polki. Docierają do obozu II, gdzie z powodu pogody spędzają cały kolejny dzień. 15 lipca trochę się przejaśnia i o 4 rano wyruszają z Gasherbruma I, grzęznąc co chwila w głębokim śniegu. I wtedy, z tyłu, daleko w dole widzą „je” ! Pasożyty! Typowe himalajskie „pasożyty”, które czekają, aż inni wytyczą szlak, założą poręczówki, znajdą obejście seraka. Dwa koreańskie „pasożyty” mozolnie wspinające się śladem przetorowanym przez Polki, do polskiego obozu III docierają dopiero pod wieczór, kilka godzin po Wandzie i Ewie. Dziewczyny radzą im jednak rozbić się dwieście metrów wyżej. Koreańczycy są bardzo sympatyczni, uśmiechają się, pomagają, jak umieją, zapraszają do swojej bazy, goszczą. Nawet dorzucają swoje poręczówki. A jakże, całe trzysta metrów. Gorzej jest z samym poręczowaniem, bo jak się sami przyznają, doświadczenia za wiele nie mają. Początkowo mieli iść inną drogą, ale skoro trafi im się prawdziwe himalaistki… A niech tam! Himalaistki machają ręką.  

16 lipca, bladym świtem ruszają w górę razem, całą czwórką. Porywisty wiatr studzi zapał, ale Polki się nie cofają, choć myśl, że od szczytu dzieli je aż tysiąc metrów w pionie, lekko przeraża. Na polach śnieżnych się rozdzielają. Wanda zna drogę z poprzedniej wyprawy, więc wychodzi na prowadzenie; potem, gdy dalsza droga jest już oczywista, zmienia ją Ewa. O godzinie ósmej Polki i jeden z Koreańczyków docierają na wysokość 7600 metrów, do wielkiego kuluaru śnieżnego wyprowadzającego na szczyt. A gdzie się podział drugi „pasożyt”? Spadł, zawrócił? Jego towarzysz nie ogląda się za siebie, nie sprawdza, co z partnerem, twardo idzie z Polkami. Po twardym zmrożonym śniegu szybko posuwają się w górę aż do kopuły szczytowej, gdzie na stromym śnieżnym stoku znowu muszą brnąć w kopnym, głębokim śniegu. Ale Ewa Panejko jest w życiowej formie, na ten moment czekała: narzuca takie tempo, że ani Wanda, ani tym bardziej Koreańczyk nie są w  stanie dotrzymać jej kroku. Gorzej, że niebo ciemnieje, zaczyna sypać śnieg. Widoczność zmalała do zera, a ślady na śniegu natychmiast znikają. Wysokość 8000 metrów. Teren stanął dęba i teraz każdy wspina się sam, nikt na nikogo nie może liczyć: zaczyna się klasyczna wspinaczka w lodowej, pionowej ścianie. Dwa czekany w rękach, pod nogami pustka i zbawienny opór, gdy przednie zęby raków wreszcie znajdują oparcie. I znowu Ewa jest nie do pobicia. Na szczyt dociera czterdzieści minut przed Wandą. Koreańczyk przychodzi jeszcze później, ale gdy już przychodzi, wybucha kłótnia. Kto się kłóci? „Maleństwo” czyli Ewa! Chce, by „pasożyt” dał jej radiotelefon. Daj. Nie chce. Dawaj, nie prowadzisz, to nie masz głosu. O godzinie 11.30 do bazy dociera informacja: Wanda i Ewa są na szczycie! Są czwartą i piątą kobietą na wierzchołku i pierwszym zespołem żeńskim. Dziewczyny się cieszą , robią zdjęcia. Wreszcie koniec radości, trzeba zacząć schodzić. I jakoś przetrwać tę noc. 

Bez Polek Koreańczyk nie przeżyłby ani jednego, ani drugiego. Związują się liną we trójkę, ale chłopak ciągle gdzieś się zsuwa, zbacza. Nagle ostre szarpnięcie zrzuca Ewę z nóg: Koreańczyk poleciał.  Na szczęście Ewie udaje się odzyskać równowagę, ale wstrząs był tak silny, że organizm reaguje natychmiast: Polka wymiotuje. 

Noc. Wysokość 7700 metrów. Cała trójka, wciąż związana liną, siedzi ściśnięta pod płachtą biwakową Wandy. Nie ma nic do picia. O spaniu nie ma mowy, zwłaszcza, że Koreańczyk słabnie z minuty na minutę i dziewczyny spodziewają się najgorszego. Schodźcie, z radiotelefonu dobiegają zaniepokojone głosy kolegów w bazie. Zostawcie tego chłopa i schodźcie, bo nie przeżyjecie. Nie, nie zostawią go. Ewa wmusza w niego jakąś tabletkę przeciwbólową, nic innego nie mają. I o dziwo, chłopak jakby ożywa. 

Godziny do świtu płyną wolno, niewyobrażalnie wolno. Mróz zaczyna zakleszczać palce u rąk i stóp. 

***
Koreańczycy czekają w obozie III z herbatą, napojami, jedzeniem. Odwdzięczają się, jak mogą. Dla nich wejście na ośmiotysięcznik to wielki sukces. 17 lipca Wanda i Ewa schodzą do obozu II, a następnego dnia są już w bazie.
Odmrożeń nie da się uniknąć, ale nie są groźne. Ot, cena sukcesu. 

Dla Wandy to miała być szczęśliwa wyprawa. I była. 20 lipca, na kilka dni przed zakończeniem całej ekspedycji wraz z Józefem Goździkiem, Christianem Kuntnerem i Kurtem Lyncke-Krügerem rusza pod Broad Peak. Czekają ją cztery ostatnie, szczęśliwe dni.