
Z bazy na wysokości 5600 metrów wierzchołka Everestu nie widać. Dopiero gdy razem z dwoma francuskimi alpinistami i dwoma Szerpami Rutkiewicz wspina się 300 metrów powyżej obozu I szczyt pojawia się w całym swoim ogromie i wspaniałości. Nie najtrudniejszy, nie najpiękniejszy, ale najwyższy. Dla setek ludzi marzenie, cel, obsesja. A dla Wandy?
Jest wrzesień 1978 roku. Prasa jeszcze niczego nie wyniuchała. Niby coś gdzieś tam napisano, wspomniano w „Expressie”, ale do ogółu społeczeństwa informacja się nie przebiła. W środowisku górskim możliwości zdobycia Everestu przez Wandę też chyba nie traktowano poważnie, chociaż Polski Związek Alpinizmu za udział Polki w wyprawie wyłożył około 100 000 złotych za uszycie 25 puchowych kompletów, spodni i kurtek – równowartość 6 tysięcy marek. 20 000 złotych dorzuciło środowisko wrocławskie. Poważnie do sprawy podszedł także bank PKO, asygnując 30 000 złotych, a PLL “LOT” sprezentowały himalaistce bilet do Bombaju w obie strony. Mimo to szans na wyprzedzenie całej plejady polskich alpinistów w biegu na najwyższy szczyt świata raczej nikt Wandzi nie dawał: Karl-Maria Herligkoffer, lekarz, pisarz, organizator i kierownik 20 wypraw polarnych i wysokogórskich dotąd jakichś spektakularnych sukcesów nie odniósł; nie wiadomo było też, jak się ułoży współpraca ekipy francuskiej i niemieckiej, Nawet sam termin był źle wybrany: wrzesień-październik. Kto atakuje najwyższy szczyt świata po monsunie?
Poważnie plany wejścia na Everest traktowała Rutkiewicz. Tak jak wtedy, w 1965 roku, gdy na walnym zjeździe Klubu Wysokogórskiego, późniejszego Polskiego Związku Alpinizmu Andrzej Wilczkowski zgłosił wniosek: zróbmy wyprawę w Alpy czy w Hindukusz, a najlepiej w Himalaje, na Everest! Członkowie Klubu pukali się znacząco w czoło, ale nie wszyscy. Część głosowała „za”, delegat wrocławskiego koła także. Raczej delegatka, Wanda Błaszkiewicz. Trzynaście lat później delegatka nosi inne nazwisko, ale planów nie zmieniła. Przeciwnie. Jeszcze musiała sprzedać to i owo, żeby starczyło na wyjazd. Marian Sajnog twierdzi, że małego Fiata.
O udział w wyprawie na Everest otarła się już wcześniej: sądziła, że zostanie zakwalifikowana na planowaną narodową wyprawę, ale PZA wybrało Annę Okopińską. Poza tym Związek także jedynie „otarł się” o pozwolenie władz nepalskich: zgodę Polacy otrzymali, ale na Lhotse. Ale Wanda była cierpliwa. W maju 1978 roku od Gienka Chrobaka i Wojciecha Wróża, szczęśliwych zdobywców południowego wierzchołka Kangchendzongi usłyszała żartobliwe: ”Wejdźże ty Wanda na ten Mount Everest, a zakończą się wszelkie problemy związane z tym, kto jest czy był wyżej” * i potraktowała to jako dobry znak.
Wiadomość o zdobyciu Everestu przez Polkę jako pierwsza poda agencja Associated Press. Trybuna Ludu zamieści entuzjastyczną wypowiedź Andrzeja Paczkowskiego, ówczesnego prezesa Polskiego Związku Alpinizmu: jego zdaniem sukces Rutkiewicz dla Polski to jak pierwsze wejście Tenzinga Norgaya i Edmunda Hilarego dla świata. Póki co reszta prasy ograniczała się do zdawkowych notek, ale to był początek: śniegowa kula toczyła się coraz szybciej i za chwilę miała zamienić się w prawdziwą lawinę. A jaka była reakcja środowiska górskiego? „Parę osób zgrzytało zębami – mówi z filuternym błyskiem w oczach Andrzej Paczkowski – po prostu znokautowała wszystkich.”** Parę? Ogólnie reakcje były słodko-kwaśne, a raczej kwaśne z domieszką pozornej słodyczy. Andrzej Zawada nie był zadowolony. Tu się zbiera pieniądze na narodową wyprawę, a Wanda sobie jedzie i od tak po prostu sobie wchodzi. Wiedziała, że się naraziła, przecież ubiegła cały kwiat polskich wspinaczy, czołówkę światowego himalaizmu, a to zabolało i boli chyba do dziś Jak mogło do tego dojść?
Jedyne, co łączyło Francuzów i Niemców na tej wyprawie to cel – pierwsze wejście na Everest i bardzo korzystny zapis w zezwoleniu od władz nepalskich: ekipa Pierre’a Mazauda miała zgodę na atakowanie Lhotse, a Karla Herrligkoffera na Everest, obie grupy mogły więc wspinać się na dwa szczyty. Poza tym w drogę sobie wchodzić nie muszą: każdy zespół ma swoje namioty, sprzęt, żywność, Szerpów, osobne bazy i osobny plan przebiegu akcji górskiej. Zresztą Francuzi będą się wspinać granią zachodnią, a Niemcy przez Przełęcz Południową.
Zaproszenie Wandy do zespołu Karla Herrligkoffera nie jest przypadkiem. Spotkali się w Islamabadzie w 1975 roku, gdy Wanda wracała spod Gasherbrumów. Potem wymienili kilka listów, po czym wiosną 1976 roku „Dziadek” zaprosił Polkę do udziału w niemiecko-austriacko-polskiej wyprawie na Nangę Parbat, a także, wstępnie, na Everest w 1978. Już na Nandze doktor powierza Polce funkcje zastępcy kierownika. Czyżby widział w niej zadatki na lidera o podobnym stylu kierowania zespołem? Ta decyzja zadecyduje o charakterze relacji Wandy z innymi uczestnikami wyprawy. Niemieccy alpiniści nie bardzo lubią, gdy rządzi nimi ktoś z zewnątrz, zwłaszcza ktoś młodszy, a jeszcze kobieta? Sytuacji nie poprawia fakt, że w zespole znajdzie się Niemka Marianne, więc jeśli którejś z kobiet należy się wejść na szczyt jako pierwszej Europejce, to przecież nie Polce?
Zresztą o mały włos wyjazd Wandy do Nepalu uniemożliwiłaby anemia. Obowiązkowe badania nie wyszły dobrze i lekarz nie chce wystawić jej świadectwa zdrowia, niezbędnego do posiadania karty sportowca. Pomagają łzy w oczach, błagalne prośby i zapewnienie, że w górach nastąpi szybki wzrost hemoglobiny. Wanda obieca też brać zastrzyki z żelaza. Jeszcze tylko wariacka jazda z Okęcia do poczty w centrum Warszawy, gdzie himalaistka zostawiła paszport i Wanda wchodzi na pokład lekko opóźnionego ( z jej powodu) samolotu do Bombaju.
...dla niemieckich alpinistów nie jest
partnerką, lecz konkurentką, czują się
zagrożeni, zmuszeni do dzielenia się
sukcesem, więc reagują agresją, oporem,
złośliwością i utrudniają jej życie, jak
tylko mogą.
Bagatela: dwanaście ton sprzętu i prawie trzystu kulisów. 12 sierpnia karawana zostawia za sobą ryżowe pola i przekracza rzekę Dudh-Kosi, trudną i niebezpieczną do przeprawy, wypływającą wprost z lodów i śniegów pod Chomolungmą. To wrota do Świątyni, siedziby buddyjskich bóstw i główny szlak pod najwyższy szczyt świata. Odtąd wokół będą tylko góry, te najwyższe, i tak będzie aż do samej bazy pod Everestem. Om-mani padme-hum, buddyjska inwokacja, czorteny, coraz rzadziej rozsypane wioski, przyklejone do górskich zboczy. W miejsce tarasowo uprawnych pól pojawia się skała i lód. Huczą wezbrane po monsunie górskie strumienie i rzeczki. Na wysokości 3000 metrów przycupnęło Namche Bazar, stolica Szerpów i ostatnia wioska na drodze do bazy. Potem szlak prowadzi w dół i znowu w górę, na 3800 metrów, do Thiangboche, najwyżej położonego klasztoru na świecie. Jeszcze Pheriche, ostatnia równina przed bazą, przeprawa przez Khumbu-Kosi i wreszcie, przysłonięty południową ścianą Lhotse, pojawia się czubek Chomolungmy. Wreszcie Lobuche, przedostatni etap karawany i zakole lodowca Khumbu. Wysokość 5400 metrów. Wokół pustka, tylko kamienie, lód i śmieci po poprzednich wyprawach. Część tej drogi Wanda pokonuje helikopterem. W Katmandu zatrzymuje się, podobnie jak Herrligkoffer i jego sekretarka Doris, w hotelu „Taragaon”,więc zabiera się z nimi Lukli, co znacznie przyspiesza pokonanie całej drogi. W Namche Bazar pierwszy raz do Wandy dociera, z czym przyjdzie jej się zmierzyć w Everest Base Camp. Hubert Hillmaier, Georg Ritter i Sepp Mack, „starszyzna” niemieckiej części wyprawy rozprawia na temat różnych wariantów górskiej akcji i Wanda, jako drugi zastępca kierownika czuje się uprawniona do zabrania głosu. Natychmiast zostaje uciszona i wciśnięta w kąt. To zapowiedź konfliktu, który będzie narastał.
Na początku września w bazie na lodowcu Khumbu są już wszyscy uczestnicy wyprawy. Francuzi, ze swym bazowym artystycznym nieładem i Niemcy, z niemal maniakalnym porządkiem. Za to Francuzi mogą się pochwalić silną ekipą techniczną, której zadaniem będzie telewizyjna transmisja na żywo pierwszego francuskiego wejścia na najwyższy szczyt świata. Ponadto w zespole francuskim jest jeden Austriak, znany Wandzie Kurt Diemberger. Życzliwy i sympatyczny, pomaga Polce rozbić namiot. Szturmową drużynę Herrligkoffera wspiera natomiast grupa mniej doświadczonych alpinistów, którzy wnieśli mniejszy wkład finansowy. Mają działać pomiędzy bazą, a obozami I i II i jedynie z nimi Wanda nawiąże przyjazny kontakt. O porozumieniu z Marianne Walter, naturalnej kandydatce zespołu na pierwszą Europejkę na Evereście, Wanda może zapomnieć. Marianne ani myśli wspinać się z Polką; przecież jest tu z mężem. A może Herrlighoffer sądził, że Wanda jej pomoże w wejściu na szczyt?
Teoretycznie wspinaczka drogą klasyczną nie jest specjalnie trudna. Problemy leżą gdzie indziej: najpierw ruchomy, zdradliwy i niebezpieczny lodowiec Ice Fall, a później wysokość, brak tlenu i nieprzewidywalna, zmienna pogoda. Chomolungma potrafi nagle zrzucić ogromne ilości śniegu, oślepić śnieżycą, zablokować każdy krok huraganowym wiatrem, zmrozić niską temperaturą. Plan Herrligkoffera jest prosty zaatakować szczyt w jak najkrótszym czasie. I rzeczywiście, cała akcja górska zamknie się w ośmiu tygodniach.Potem założyć cztery obozy: obóz I na wysokości 6000 metrów, obóz II – bardzo oddalony w poziomie na 6400, obóz III na zboczach Lhotse, i ostatni, obóz IV na Przełęczy Południowej. Do Przełęczy Niemcy i Francuzi mają iść bez tlenu, dopiero ostatnią noc przed atakiem szczytowym spędzą w maskach tlenowych, z minimalnym przepływem tlenu. Na ostatnich 850 metrach do szczytu każdy ze wspinaczy będzie miał do dyspozycji dwie butle. Każda z nich waży 6-7 kilo i zawiera 800 litrów tlenu. Przy ustawieniu przepływu 4 litrów na minutę to wystarczy na około cztery godziny podejścia.Każdy członek zespołu ma wynieść do góry 75 kilo, kobiety też. Wanda protestuje: ma jeszcze do targania kamerę i kasety z filmami! I co z tego? Niemieccy koledzy niemal zgodnie szczerzą na nią kły. Profity z filmu trafią na konto Himalayan Club Explore Karla Herrlighoffera, a nie do ich kieszeni, więc dlaczego mieliby jej pomagać?
Herrligkoffer jest zaskoczony agresywnym zachowaniem rodaków wobec Rutkiewicz, ale w konflikt nie ingeruje; Wanda musi sobie dać radę sama. A że dla niemieckich alpinistów nie jest partnerką, lecz konkurentką, czują się zagrożeni, zmuszeni do dzielenia się sukcesem, więc reagują agresją, oporem, złośliwością i utrudniają jej życie, jak tylko mogą. Drugi zastępca wyprawy? Akurat! Nie sfilmowałaś nas przy podejściu do obozu trzeciego, ale sprzęt do filmowania noś sobie sama. Chcesz śpiwór? Możesz biwakować na zewnątrz! Tlen? Jeszcze czego! „Jesteś do niczego”, wrzeszczy jej prosto w twarz pierwszy zastępca wyprawy i jej główny oponent – Sigi Hupfauer. Wanda żali się Diembergerowi. Kurt, dlaczego oni są tacy? Wzruszenie ramion: a który alpinista, nawet on, Kurt, chciałby, by w górach kierowała nim kobieta, młodsza, mniej doświadczona, a na dodatek tak charakterna jak Wanda? Po powrocie do kraju Polka powie, że jedynymi mężczyznami, na których mogła liczyć na wyprawie byli Szerpowie i Diemberger. Natomiast dobre zdanie ma o Wandzie kierownik francuskiej grupy Pierre Mazeaud: „[…] była bardzo sympatyczna, ale nie za dobrze wyposażona. Przygarnęliśmy ją do naszego zespołu i trochę wspomogliśmy, bo miała za mało sprzętu. A potem wszystko dobrze się potoczyło. Bardzo sympatyczna dziewczyna i wielka alpinistka.”
28 sierpnia
28 sierpnia wieczorem, przez radio dociera wiadomość – koniec monsunu, ale radość jest przedwczesna. Na prawdziwy koniec trzeba będzie poczekać jeszcze ponad miesiąc. Ranek 30 sierpnia zastaje Wandę, trzech Niemców i dwóch Francuzów w lodowym labiryncie Ice Fallu. Muszą wynieść duże ilości sprzętu, poręczówek i drabin do ubezpieczenia przejścia przez szczeliny. Późnym popołudniem większość grupy, w tym Wanda, wraca do bazy.
Wszystko idzie zgodnie z planem. 2 września na wysokości 6000 metrów staje obóz I, dobrze zaopatrzony w liny, namioty, śruby lodowe, butle z tlenem, żywność i gaz, a trasę obóz I – baza każdy uczestnik, również Wanda, przemierza wiele razy, czy to ze względów aklimatyzacyjnych, czy po to, by wspomóc Szerpów. Alpiniści mijają się w drodze, spotykają w namiotach, nocują. Któregoś wieczoru w Jedynce śpi Rutkiewicz, Huppert, Mazeaud, sirdar Pemba, Szerpa Dawa Norbu i Kurt. Rozmawiają. Nie o Evereście, tylko o zbliżającym się kolejnym konklawe w Watykanie.
Wrzesień
5 września O świcie z obozu I do Kotła Zachodniego wyrusza czwórka Huppert, Claude, Rutkiewicz i Mazeaud i Szerpowie z drabinkami. Kierownik francuskiej ekipy zna teren i sądzi, ż będzie mu łatwiej znaleźć miejsce na obóz II. Francuzi i Wanda obchodzą ściśnięte nocnym mrozem szczeliny (minus 20-30 stopni ), sprawdzają śnieżne mostki nad 30 metrowymi otchłaniami.
11 września z bazy rusza całe pospolite ruszenie. Wanda także. 500 m od obozu I powstaje systematycznie zaopatrywany obóz II, a dziewięć dni później obóz III. Pogoda nie rozpieszcza, bo mimo radiowych zapowiedzi monsun trwa i przychodzą wyjątkowo obfite opady śniegu i potężne wiatry. Mimo to 28 września Hupfauer i Willy Klimek wynoszą pierwsze ładunki do obozu IV na Przełęczy Południowej, a jedenaście dni później do obozu III dociera Wanda z Klimkiem, Allembachem i Kullmanem. Trzykrotnie usiłują dojść do Przełęczy Południowej, bez skutku.
13 października Herrligkoffer nakazuje zespołowi Wandy wycofać się z obozu III do Dwójki, by zrobić miejsce podchodzącemu do góry kolejnemu zespołowi. Polka jest wściekła. Pomiędzy nią, a nieoczekiwanymi gośćmi dochodzi do ostrej wymiany zdań. Jednak z powodu fatalnej pogody z planów atakowania szczytu rezygnują Walterowie. Z kierownictwa ekspedycji przychodzi więc dodatkowe polecenie: Wanda ma zejść z Marianne do bazy. Klimek posłusznie zwija manatki, ale Wanda oczywiście odmawia. To pozbawiłoby ją szansy wejścia na szczyt, a tej szansy chyba i tak nie będzie, bo 14 października Sigi Hupfauer, pierwszy zastępca kierownika decyduje o zakończeniu akcji i likwidacji górnych obozów. Wanda uważa, że to zbyt pochopna decyzja: powinni chociaż zaatakować Lhotse, przecież mają pozwolenie? Lepsze to, niż wracać z niczym! I jeszcze, jak na złość, akurat zawiodła łączność. I nagle niespodzianka: podobno po ośmiu godzinach wspinaczki pierwszy zespół szczytowy doszedł do szczytu, o czym nie wiedziała ani baza, ani obóz II.
Zostawiłam na szczycie mały kamyk ze
Skałek Rzędkowickich, gdzie stawiają
pierwsze kroki i trenują taternicy.
Październik
15 października. To dzień Francuzów: Mazauda, Afanassieffa, Jaegera i Kurta Diembergera, którzy również stają na szczycie. Ale równie ekscytująca jest najnowsza prognoza pogody: po silnych opadach śniegu i wichurach spodziewany jest kilkudniowy okres pięknej pogody. Wanda i Klimek nie wahają się ani sekundy: idą do góry, ale zamiast w prawo, na Lhotse, skręcają w lewo, ku Przełęczy Południowej. Dochodzą do obozu IV. Wanda po kryjomu podkarmiała Kurta, który w swoim zespole nie dojadał – nie odpowiadała mu francuska kuchnia. Teraz Austriak szybko się odwdzięcza: oddaje Polce swój śpiwór. On już szczyt ma za sobą, a ona powinna dobrze wypocząć. To bardzo zimna ( -24 stopnie) i wietrzna noc, ale dla Rutkiewicz – prawie uroczysta.
16 października. Godzina 4 nad ranem. Nadal wieje. Po śniadaniu czyli kubku kawy i płatkach w stronę szczytu idą: Wanda, Willi Klimek, Allembach, Sigi Hupfauer i Szerpowie, Mingma i An Dorje, którzy doszli z obozu II. Każdy idzie własnym tempem, nie wiążą się liną. Sigi proponuje, by odciążyć Szerpów i wynieść butle jeszcze sto metrów wyżej. Wanda protestuje. Przecież niesie jeszcze kamerę. Może niech Szerpa poniósłby jej butlę, za dodatkową opłatą oczywiście, te sto metrów wyżej. Sigi wybucha: lecą bluzgi i wyzwiska: jak to, ona, Polka, w dodatku kobieta, chce mniejszym wysiłkiem wejść na szczyt? Wandzie miękną nogi, ale nie odpuszcza. Za wierzchołkiem Południowym kilka razy uderzają w nią bardzo silne podmuchy wiatru. Idzie po ostrej śnieżnej grani, wystarczy jeden nieopatrzny ruch, by spaść w otchłań. Na wysokości 8790 metrów, pod uskokiem Hillarego, dwunastometrowym skalnym progiem o nachyleniu 50◦ Wanda filmuje, więc wszyscy ją wyprzedzają, nawet Willi Klimek. Uskok się kończy: Willi zaczekaj! Niemiec posłusznie się zatrzymuje. Wandzie po prostu potrzebna jest czyjaś obecność, nawet po to, by ktoś widział, że spadła. Dochodzi do Willego, a ten puszcza ją przodem. Wydaje jej się, że braknie jej tlenu; wylot jej maski jest oblodzony, wiec ostatnie metry do szczytu pokonuje bez tlenu. I już nic nie może jej przeszkodzić.
16 października, godziny popołudniowe. W warszawskiej centrali Polskiej Agencji Prasowej przy teleksach czuwa podekscytowany Andrzej Skłodowski. Co kilka godzin, dzięki francuskiemu systemowi łączności ma świeże wiadomości z Everestu. Wreszcie jest! Pierwszy Polak na Evereście!
„16 października o godzinie 14.00 stanęłam na szczycie Mt. Everestu – napisze Rutkiewicz w liście do PZA. – Szczyt osiągnęłam po 6,5-godzinnej wspinaczce z obozu IV na Przełęczy Południowej (7985 m). Razem ze mną szczyt zdobyli dwaj Niemcy, Szwajcar i trzej Szerpowie. Było to trzecie wejście szczytowe niemiecko-francuskiej nominalnie, a w rzeczywistości międzynarodowej wyprawy.”[…] Zostawiłam na szczycie mały kamyk ze Skałek Rzędkowickich, gdzie stawiają pierwsze kroki i trenują taternicy.”
Dwa tygodnie po swym historycznym sukcesie Wanda nie przestaje udzielać wywiadów, a właściwie dopiero zaczyna ich udzielać. Rozmowy, zaproszenia, reportaże, sesje zdjęciowe, nagrania… Każda redakcja radiowa, tytuł prasowy czy telewizja pragnie wywiadu ze zdobywczynią Everestu. Słynne już zdanie Jana Pawła II: “dobry Bóg tak chciał, że oboje tego samego dnia weszliśmy tak wysoko” staje się niemal jej wizytówką, choć nie była praktykującą katoliczką, a zbieżność dat potraktowała jako dobrą okoliczność; wiedziała, że podbije tym serca Polaków. Jednak na taką reakcję w kraju, na takie „potem” nie była przygotowana.
„A gdy szczyt jest przed nami? – zwraca się do Wandy wyraźnie podekscytowany redaktor Polskiego Radia – „Wiedziałam, że nikt mi tego szczytu już nie odbierze, i to uczucie jest niepowtarzalne, dochodzenia do celu, do którego się dążyło bardzo długo, wiele miesięcy, wiele lat wcześniej, o którym się wcześniej marzyło i świadomość, że jest tuż przede mną. I ja za moment ten cel osiągnę. Potem jest już nawet trochę smutno. Oczywiście, że się czuję szczęśliwa, aczkolwiek, ten moment szczęśliwości jest krótki i Mount Everest szybko zblednie.”****
Zbladł?
*Anna Kamińska. Wanda. Opowieść o życiu i śmierci, Kraków, 2016, s.239
** „Polskiej Himalaje – In Memoriam – Wanda Rutkiewicz (1943-1992)”
***List Rutkiewicz z Base Camp do PZA z 19.X.1978
****Polskie Radio, wywiad z Wandą Rutkiewicz po powrocie z Bombaju