
Niezależnie od wydźwięku, ocen i emocji, jakie wywołała i wywołuje do dziś „Ladies Expedition 1975”, czyli kobieca wyprawa na Gasherbrumy pod kierunkiem Wandy Rutkiewicz idea podkreślania i wzmacniania obecności kobiet w górach wysokich była zawsze bliska jej sercu i działaniom.
W lipcu 1989 Wanda dołącza do brytyjskiej, kobiecej wyprawy na Gasherbrum II. Koncept jest dla niej bardzo interesujący: celem jest ośmiotysięcznik, strona organizacyjna leży po stronie Brytyjek i istnieje szansa na podpisanie kontraktu z telewizją angielską na wyprawowy film. Ponadto, a może przede wszystkim, ekipę stanowi grupa wyluzowanych żon i matek, świetnie łączących życie wspinaczkowe z rodzinnym i zawodowym, z którymi Wanda świetnie się dogaduje. W ogóle odpowiada jej zarówno charakter jak i atmosfera angielskich wypraw, a Brytyjki jej imponują. Taka Brede Arkless na przykład: żyje niekonwencjonalnie, ma ośmioro dzieci, czworo z mężem, czworo z obecnym partnerem, a cała trójka wspólnie prowadzi wspinaczkowy biznes. Wanda była też pod wielkim wrażeniem osobowości Alison Chadwick-Onyszkiewicz; ceniła ją i to od niej uczyła się „zachodniego” podejścia do wielu spraw.
Ostatecznie do podpisania umowy z telewizją brytyjską nie dochodzi: Polka miałaby jedynie dostarczyć materiał filmowy, a ma na ten film własny pomysł. Na szczęście zainteresowanie wyraża niemiecki producent RIAS-Berlin. W Karakorum Wanda ma jeszcze jeden cel: niespłacony dług pamięci, powinność, zadrę, która wciąż tkwi w jej świadomości.
***
W Pakistanie brytyjsko-polski wyprawowy babiniec mają odwiedzić trzy inne panie, menadżerka Wandy Marion Feik, geolog Leonore Hoke i austriacka alpinistka Gertrude Reinisch. W liście do Marion Wanda narzeka na pakistańską administrację i uprzedza przyjaciółki: wszystko podrożało dwukrotnie: za tragarza do bazy trzeba zapłacić 100 dolarów, nie licząc kosztów wyżywienia i opłaty za każdą sztukę bagażu. Cóż, góry to tutaj biznes. A w Ministerstwie Turystyki spory bałagan, w którym ledwo co się połapała. W hotelu K2 w Skardu podsyła przyjaciółkom swojego sirdara, Ali Chedara. Do zobaczenia w bazie. Wasza Wanda.
***
„Gasherbrum II 1989” to pierwsza brytyjska kobieca ekspedycja w Karakorum, nad którą patronat objęła sama księżniczka Anna. Kosztowała dwa lata przygotowań i dwadzieścia pięć tysięcy funtów, z czego połowę wniosły, z własnej kieszeni, same uczestniczki. Wśród nich jedyna kobieta-przewodnik na Wyspach Brytyjskich i jedna cudzoziemka – Wanda Rutkiewicz. I tylko dwóch mężćzyzn: kucharz i oficer łącznikowy. Kierowniczką imprezy, o pardon, wyprawy jest Rhona Lampard, czynny weterynarz.
Brytyjki zamierzają wspinać się drogą pierwszych Austriaków z 1956 roku, to o niej zabrały najwięcej informacji. Do miejsca bazowego na wysokości 5200 metrów docierają 30 maja. Pogoda sprzyja, więc nie zwlekają z akcją. Jednak droga przez lodospad okazuje się zbyt trudna: odstrasza szczególnie zionąca głębia wielkiej szczeliny. Brytyjki wycofują się, zresztą, jak się później okaże, nie tylko one: po nich przejdą tędy jedynie Amerykanie. Zmiana drogi wychodzi na dobre i 9 czerwca na wysokości 6000 metrów Wanda i jej partnerki zakładają obóz pierwszy. Podejście jest płaskie, ale lawin tu chyba nie będzie. Chyba? Za to podejście do Banana Range trwa prawie pięć godzin i jest zwyczajnie trudne psychiczne. Im wyżej tym wolniej i dłużej się idzie. Dziewczyny się dziwią: to wysokość tak działa?
Obóz drugi założą dopiero 25 czerwca, na wysokości 6500 metrów, za to z poręczówkami pociągną prawie do 6900 metrów. Nie są same: na tej samej drodze działa wyprawa rosyjska i koreańska. To dobrze, będzie łatwiej przy torowaniu. Ale akcję przerywa gwałtowna zmiana pogody. Trzeba schodzić.
28 czerwca. List Wandy do Marion Feik. Karawanę powrotną Rhona zaplanowała na 15 lipca, więc jeśli Marion, Leonore i Gertruda chcą ją odwiedzić w bazie, muszą się pospieszyć. Ale i tak ona, Wanda, zostanie dłużej. Musi. Chce iść pod Broad Peak i pochować Basię Kozłowską. Może ich sirdar Ali Chedar i tragarze pomogą jej w pogrzebie?
4 lipca. List Wandy do Marion. Pada już siódmy dzień, wiec dziewczyny siedzą w bazie, ale nie ma to wpływu na ogólną atmosferę i nastawienie uczestniczek. Jest pozytywnie i wesoło. Obozowe życie umilają im wizyty w bardziej ucywilizowanych bazach sąsiadów ( mają nawet krzesła), ale nie tylko. Korzystają z każdej okazji, by się rozerwać.
I okazja się znalazła! Któregoś ranka przed namiotami Angielek i Wandy pojawia się bałwanek, a raczej jego żeńska wersja z nadmiernie wydatnym biustem. To ewidentnie sąsiedzka, koreańska „prowokacja”. „Podejrzanymi” są również pakistańscy oficerowie łącznikowi innych wypraw. Tego tylko dziewczynom trzeba: męska zmowa zasługuje przecież na śniegową ripostę. Następnego ranka „bałwanka” nie jest już sama: obok bazy koreańskiej oczom przechodzących ukazuje się inny bałwanek, z wydatnym, wzwiedzionym atrybutem słabej płci. Ale berecik i szaliczek na szyi bałwanek też ma, przecież jest zimno! Pakistańczycy są oburzeni! A dziewczyny? Bawią się świetnie!
Na górze sytuacja też nie jest zła. Wszystkie wysokie obozy są wyposażone, depozyt do obozu III doniesiony, a poręczówki poprowadzone 300 metrów dalej, na 7350, do planowanego miejsca obozu IV. Ogólnie Brytyjki są w znacznie lepszej sytuacji niż na przykład Austriacy z Willi Bauerem, którzy mają na akcję tylko trzy tygodnie. Amerykanie też nie dali rady. Wszyscy czekają.
Przez kolejne cztery dni pogoda nie daje wyjść z namiotu, nie widać nawet lodospadu. Wreszcie się przejaśnia: śnieg nabiera różowawego odcienia i wychodzi słońce. Rhona dzieli ekipę na dwa zespoły: pierwszy, to dziewczyny, które były i nocowały powyżej 5000 metrów, więc mają aklimatyzację, pozostałe panie tworzą drugi zespół.
Pierwszy zespół, Geraldine, Rhona i Wanda rusza w górę. Ciężko jest. Napadało mnóstwo śniegu, więc muszą torować, ale zakładają obóz III i od razu IV, na wysokości 7400 metrów. To daje dobry start do ataku szczytowego, zwłaszcza że Wanda zna drogę. 12 lipca budzą się około 2 nad ranem. Wanda wyciąga kocher i robi herbatę. Są gotowe do ataku, ale nie wszystkie: Geraldine źle się czuje, ma objawy choroby wysokościowej i musi zejść niżej. Wanda sprowadza ją do obozu II. Czeka, aż Brytyjka poczuje się lepiej i będzie gotowa samodzielnie zejść do bazy, po czym dołącza do czekającej w obozie IV Rhony. Ruszają. Ciężko posuwają się metr za metrem, co chwila zapadając się w miękkim, głębokim śniegu. Wanda trochę odstaje: Lampard jest dwadzieścia parę lat młodsza, silniejsza i szybsza, ale wierzchołek tuż, tuż. Cieszą się nim całe czterdzieści minut. Rhona jest pierwszą Angielką na ośmiotysięczniku. Daje znać do bazy. Dziewczyny i kulisi wiwatują! Wanda nie wypuszcza z rąk kamery i aparatu fotograficznego. Robi zdjęcia i filmuje do samego szczytu.
Dla Brytyjek to pierwszy himalajski olbrzym, dla Wandy piąty, ale w jej górskim życiorysie ta wyprawa jest wyjątkowa. Na żadnej innej nie było tak przyjaźnie, wesoło i bezstresowo, No, może jeszcze w Argentynie, z dwiema Ewami, Moniką i Iwoną, ale tam cel wyjazdu – szczyt Cerro Torre, pozostał poza ich zasięgiem. W Karakorum wszystko poszło znakomicie: cel osiągnięty, co nie udało się, z różnych względów sąsiednim, męskim wyprawom. Podczas akcji górskiej nie wydarzyło się nic złego, nikt poważnie nie zachorował, udało się też – jak twierdzi Lampard – uniknąć większych spięć i nieporozumień.
Taki jest też film Wandy: jej „kobiety śniegu” z trudem brną w głębokim białym puchu, zginają się pod naporem śnieżycy, dźwigają ciężkie wory i przeprawiają się przez ziejące szczeliny. Ale także prezentują przed kamerą swe pokryte lodem i śniegiem włosy, gotują, wieszają pranie podczas zamieci, śmieją się, żartują i błaznują. A po zdobyciu szczytu zgodnie śpiewają – do zdarcia gardeł! A jest co świętować: Gasherbrum II zdobyty i wszystkie uczestniczki wrócą całe i zdrowe do domu, mężów i dzieci. To diametralnie różni je od uczestników innych wypraw, mijanych po drodze przez zmierzające do bazy Marion, Leonore i Gertrudę: złych, zawiedzionych, skłóconych. W filmie Wandy nie wyczuwa się żadnego napięcia, zadrażnień, skrywanych pretensji czy poczucia niespełnionych ambicji. Może drzemały gdzieś głębiej, a może po prostu dla tych kobiet, na co dzień zajętych domem i pracą, wejście na szczyt nie było jakimś must, życiową koniecznością czy priorytetem?
To pierwsza i ostatnia taka wyprawa w karierze Wandy. Niedługo w jej zabieganym życiu na krótko zaświeci słońce, ale zaraz potem nadciągną ciemne chmury.