
To jedna z tych wypraw, o których Wanda pewnie szybko chciała zapomnieć, tym bardziej, że to była jej kolejna próba wejścia na tę górę. Próba, zatem bez sukcesu i właściwie bez historii, bo przegrać z górą, o ile z górą się walczy, pogodą czy chorobą – zgoda, ale z ego i honorem kierownika wyprawy?
Makalu to ładna góra. Pod względem wysokości piąta na świecie. Jej regularna sylwetka i wyraźnie zarysowany wierzchołek ma w sobie coś eleganckiego i lekkiego. Równie ładne, choć długie jest podejście do bazy. Oko wędrowca cieszy bogata roślinność, zieleń wzgórz z wdrapującymi się na nie tarasami uprawnych pól, malownicze, mijane po drodze wioski jak z pocztówek, pas lasów deszczowych i rozsiane tu i ówdzie pasterskie namioty „kharka”. Ostatni z nich stoi na wysokości 2900 metrów: stąd do bazy jest już tylko dwa, trzy dni marszu. Urok miejsca psują jedynie wszechobecne, natrętne pijawki. Jest parno i gorąco, ale niemal z każdym krokiem na horyzoncie coraz wyraźniej rysuje się nieregularna biała kreska: śniegi himalajskich szczytów. To wciąż jeden z najdzikszych, najsłabiej zaludnionych rejonów świata. Wreszcie pojawia się Ona, góra. Jej potężne rozmiary budziły zawsze bojaźliwy podziw okolicznej ludności. Otoczony z dwóch stron lodowcami Barun i Sakyeteng, Makalu czyli Kumba Karna (Olbrzym) czy też Maha Kala, Wielki Czarny (Wielka Czerń), od jednego z imion Sziwy, góruje niepodzielnie nad doliną Aruna.
Wanda już tu kiedyś była i to w specyficznym dla niej czasie. W 1986 roku po traumatycznym zejściu ze szczytu K2 chciała niemal natychmiast wchodzić, nawet sama, na pobliski Broad Peak. Nawet rozpytywała w bazie, kto byłby chętny z nią pójść. Śmierć jej partnerów z K2, francuskiego małżeństwa Barrardów i Dobrosławy Miodowicz-Wolf, partnerki w górach i przyjaciółki, wstrząsnęła nią, pojawiły się wątpliwości, pytania o sens dalszego wspinania się. Odpowiedź? Natychmiast, niemal z marszu, chce iść na Broad Peak i idzie, ale jej organizm nie daje rady, jest jeszcze zbyt słaby, więc zawraca. Ale na kolejną, zaplanowaną na wrzesień wyprawę łodzian na Makalu – jest już gotowa. Jedyna zmiana w jej nastawieniu do wspinaczki to relacja Wanda – natura. Będzie dużo fotografować i filmować.
Kierownikiem łódzkiej wyprawy jest Krzysztof Pankiewicz. Bazę zakładają na wysokości 5300 metrów. Wyżej, w bazie wysuniętej, zastają Reinholda Messnera, który jest o dwa kroki, a właściwie o dwie góry od zdobycia Korony Himalajów. Podobny plan ma Szwajcar Marcel Rüedi. Obecność Tyrolczyka jest dla Wandy ważna: jeśli zgodzi się, by korzystała z jego drogi, to bardzo ułatwi jej wspinaczkę i zaoszczędzi siły: Wanda zmaga się z infekcją gardła i dróg oddechowych, bierze antybiotyki. Messner problemów nie robi.
Do pierwszego ataku szczytowego w stylu alpejskim zespół jest gotów w połowie października. Początkowo nawet nieźle idzie, ale Makalu skutecznie się broni i im dalej, tym gorzej. Klasyczna droga na szczyt nie jest jakoś szczególnie trudna, za to długa i forsowna. Męczą duże odległości między obozami i zalegające potężne masy śniegu, w które idący zapada się niemal po pas. Po K2 Wanda ma dobrą aklimatyzację, ale infekcja i antybiotyki bardzo ją osłabiły. Ale Wanda jak to Wanda – idzie dalej. Do obozu na wysokości 7400 metrów dociera jeszcze z Pankiewiczem, tu zatrzymuje ich wichura. Jakoś ją przeczekują, potem wspinają się jeszcze jakieś dwieście metrów, ale dalej Krzysztof iść już nie zdoła. Słabo się czuje, może i jego też dopadła jakaś infekcja. Rezygnuje. Wanda zostaje sama i idzie dalej. Dotrze solo prawie na wysokość ośmiu tysięcy metrów, ale znowu zrywa się huraganowy wiatr. Do szczytu brakuje pięciuset metrów, ale rozsądek zwycięża. To nie „tylko”, a aż” pięćset metrów. Po samotnym ataku następuje samotny odwrót. Owszem, są alpiniści z innych wypraw, jacyś Szerpowie czy Włoch, lecz nikt nie zwraca na nią uwagi, zresztą nie musi. Normalne, tu każdy martwi się o siebie.
Dla Rutkiewicz jest już po wyprawie, ale Messner, który po zdobyciu Makalu dotarł już pod Lhotse jest pełen podziwu: jednak kobiety w wysokich górach stać na wiele, a Wandę…? Ooo, o Wandzie to jeszcze usłyszymy, Messner jest o tym przekonany.
A teraz, cztery lata później Wanda jest tu znowu, ale już nie sama: jest z nią Ewa Panejko-Pankiewicz. Świetnie się rozumieją w górach, a na dole też nie tracą kontaktu, co u Wandy jest rzadkością. Jest więc pełna optymizmu i wiary w sukces mimo, że przed wyjazdem domowych i wyprawowych spraw było za dużo, nie wytrzymywała napięcia, a na domiar złego coraz wyraźniej odczuwa atmosferę, jaka wokół jej osoby zaczyna dominować w środowisku: gęstą, pełną niechęci, nawet ironii. Owszem, na Festiwalu filmowym w Katowicach, gdzie pokazywano jej film chwilami było nawet sympatycznie, odbierała wyrazy uznania i podziwu, ale ogólnie czuła się tam jakby osobna, co zresztą – jak stwierdziła w liście – było jej najzupełniej obojętne. Za to czekająca ją polsko-japońska wyprawa zapowiadała się obiecująco.
Miało wziąć w niej udział pięć osób: kierownik, Makoto Hara, zaprosił do Nepalu swego rodaka Ohnishiego, Amerykanina Carlosa Bulhera i dwie Polki, Wandę i Ewę; Wanda usiłowała, bez rezultatu, dokooptować do ekipy Austriaczkę Gertrudę Reinisch. Na miejscu skład karawany się zmienił: rozrosła się o sirdara, oficera łącznikowego, trzech Szerpów, aż dwóch kucharzy, a także o menedżerkę Wandy, Austriaczkę Marion Feik, która chciała odbyć trekking do bazy. Bulhera odstraszył głęboki śnieg i zdecydował się przenieść pod Dhaulagiri, a Gertruda nie doczekała się zgody Hary na dołączenie do wyprawy.

Makoto Harę, lekarza, znaczące nazwisko we wspinaczkowym świecie Wanda poznała rok wcześniej pod Gasherbrumami. Dla niego także nie było to pierwsze spotkanie z Makalu. W 1970 roku japońska wyprawa pod jego kierownictwem dokonała pierwszego wejścia południowo-wchodnim grzbietem. Hara miał u Rutkiewicz dobre notowania, był jej zdaniem lekko zwariowany, sądziła więc, że łatwo będzie się z nim dogadać. Sytuacji konfliktowych w ogóle się nie spodziewała, za to żywiła pewne obawy co do drugiego Japończyka: porównywała go do swego partnera z K2, Michela Parmentiera, którego wprost nie znosiła. Barierą we współpracy z japońskim „Michelem” mógł być jego wiek, kwestie mentalnościowe i jego nieznajomość angielskiego. Ale Ewa, jej stała już górska partnerka, z którą rozumiała się znakomicie uspakajała: jakoś to przeżyją, zwłaszcza, że Polki miały stanowić osobny, niezależny zespół, działający – w przeciwieństwie do Japończyków – w stylu alpejskim i bez tlenu. Niestety, jak się okaże, nie na tyle niezależny, na ile chcieliby liczyć uczestnicy, w całości finansowani przez Harę. I rzeczywiście, jakoś to przeżyły, tyle że nie bardzo było co przeżywać.
Polki wyleciały z Warszawy 7 marca, a jakiś miesiąc później na wysokości 6500 m. wraz z Szerpą założyły obóz I. Plan akcji górskiej był prosty: z Japończykami dochodzą do przełęczy Makalu La, a potem, do szczytu, już tylko we dwie, dobrze znaną Wandzie północno-zachodnią granią, z której w 1986 roku wycofała się na wysokości 8000 metrów. Niespodzianek być więc nie powinno.
Nie powinno, a były. Japończycy mieli tragarzy, Polki wszystko targały same, oni używali tlenu, Wanda i Ewa nie, ale niech tam…Tak miało być. Weszły wysoko, na 7800, cel był blisko, ale załamała się pogoda, spadło dużo śniegu. Nie było wyjścia: odwrót. Japończycy z wejściem na szczyt zdążyli, one schodziły przekonane, że gdy tylko się przejaśni, spróbują jeszcze raz. I rzeczywiście po kilku dniach pogoda się poprawiła. Idziemy? Wanda chce działać, przecież są w formie. I nagle zimny prysznic: o ponownej próbie ataku nie ma nawet mowy! Hara, o którym Wanda miała tak dobre zdanie, na drugi atak szczytowy Polek nie udziela zgody. A przecież nie ma żadnych przeszkód, pozwolenie jest jeszcze ważne, więc w czym rzecz?
Japończyk wyraźnie nie docenił Polek, a okazały się lepsze od nich. Wejście na szczyt zespołu kobiecego w bardziej cenionym stylu alpejskim i bez tlenu w ramach tej samej wyprawy znacznie pomniejszyłoby jego osiągnięcie, zapewne uznano by je za bardziej wartościowe, a na dodatek on musiałby uznać wyższość kobiet i to nie z Japonii. To było dla niego nie do pomyślenia.
Ewa Panejko-Pankiewicz chyba do dziś nie może sobie tego darować. „Nie zgodzili, bo przecież my byłybyśmy lepsze od nich, – podsumowuje – a dla samurajów to nie byłoby w porządku. To im się nie podobało”*.
Rutkiewicz przełyka gorzką pigułkę. Co za rozczarowanie. A było tak blisko! Tego samego roku na Makalu wchodzi pierwsza kobieta, jak zgryźliwie mówi Wanda – «jakaś Amerykanka»”. Ale wyprawa daje jej coś innego: pomysł! Po co schodzić z gór po każdej wyprawie, tracić czas, finanse i energię, zaczynając na nowo całą karuzelę organizacyjną? Można przecież, korzystając z nabytej już aklimatyzacji, odporności na strach i stres w krótkim czasie łączyć wyprawy w jeden ciąg, niczym nawleczone na sznureczek koraliki: niby każdy jest osobny i ma inny kolor, ale razem tworzą całość. Jak karawana na pustyni. Jak, bardziej lub mniej skrywane marzenie o Koronie Himalajów.
*Rozmowa z Ewą Panejko-Pankiewicz, w Łodzi, 2017 r.