
Podobnie jak w przypadku Eigeru atakowi na północną ścianę Matterhornu zimą, który natychmiast stał się sensacją na skalę międzynarodową, Rutkiewicz poświęca w swej książce ledwie mały akapit: ”W marcu wyjechałam w Alpy z Anną Czerwińską, Ireną Kęsy i Krystyną Palmowską. Po trzyipółdniowej wspinaczce przeszłyśmy północną ścianę Matterhornu. Dramatyczny przebieg wejścia, odmrożenie Ireny, a także akcja ratunkowa na szczycie wzbudziły zainteresowanie środków masowego przekazu i opinii publicznej. Ten największy mój sukces wspinaczkowy dał mi od nowa przeżyć uczucia partnerstwa i przyjaźni.”* Czyżby rzeczywiście ten „największy sukces” był dla Wandy tak mało znaczący? Chyba że odpowiedzią jest ostatnie zdanie akapitu: ”Po powrocie z Alp pozostało mi zaledwie trzy miesiące na przygotowania organizacyjne do wyprawy na Mount Everest.”** Głową i sercem Rutkiewicz była już w Himalajach!
***
Na Annie Czerwińskiej i Krystynie Palmowskiej propozycja zimowego wyjazdu na Matterhorn wrażenia nie zrobiła. Zaproszenie wyszło od Schweizerischen Frauen-Alpenclubs (Szwajcarskiego Kobiecego Klubu Alpejskiego), a dokładniej „Rendez-vous Haute Montagne” z Elgelbergu, a skład miała ustalić Komisja Polskiego Związku Alpinizmu. Anka i Krystyna dopiero co z Matterhornu wróciły, oczywiście były szczęśliwe, że przeszły północną ścianę, ale jeszcze bardziej, że z niej zeszły. Na drodze Schmidtów było ciężko i niebezpiecznie. Aż za dobrze pamiętały biwak na stojąco w śnieżnej burzy pod samym szczytem i obiecały sobie, że nigdy tam nie wrócą. Co czekałoby je tam zimą? Huraganowy wiatr, zadymki, niska temperatura, oblodzona ściana. A z drugiej strony, gdyby im się udało, napisałyby kawałek historii Matterhornu: pierwsze kobiety na szczycie zimą! Byłby to także dobry trening przed planowaną wyprawą na Rakaposhi w Karakorum. A kto miałby być w drugiej dwójce? Nietrudno zgadnąć: Wanda ( w tym miejscu Anka i Krystyna z pewnością cicho jęknęły!) z jakąś partnerką! Wybór owej partnerki dziewczyn także nie zachwycił. Irena Kęsy była znakomita w skale, ale w zimowej wspinaczce doświadczenia nie miała: jak zachowa się jej organizm w ekstremalnych, alpejskich warunkach? Ale Wanda nie daje się przekonać: chce tworzyć zespół z Ireną i koniec.
***
Naprawdę chcą wspinać się teraz, zimą, na Nordwand, jak w szwajcarskim Wallis nazywa się północną ścianę Matterhornu? Naprawdę! „Wpisana między granie Hörnli i Zmutt przedstawia się jako idealny trójkąt; z profilu wygląda jak gigantyczna plecionka z kamienia, ma 1100 metrów wysokości. Już na pierwszy rzut oka wydaje się trudna, ale przede wszystkim jest niebezpieczna. Skały są złe, lód szklisty, w ścianie nie ma stanowisk ani najmniejszego schronienia na wypadek burzy. Bezustannie spadają nią lawiny kamienne.”* Tak kilkanaście lat wcześniej Nordwand opisywał legendarny francuski alpinista Gaston Rébuffat. Pierwszej próbie zimą nie podołał też sam Walter Bonatti. Od tamtych czasów niewiele się zmieniło.
W Zermatt naprzeciwko dworca, Paula Biner prowadzi rodzinny hotel „Bahnhof”, prawdziwą oazę dla alpinistów, a zwłaszcza dla tych, u których zasobność kieszeni jest odwrotnie proporcjonalna do wspinaczkowych planów i ambicji. Polki nie są tu wyjątkiem. Paula pyta o wszystko i pomaga, w czym może: jak będą w górach, mogą zostawiać cały dobytek w składziku. I za to nie zapłacą nic. Jest 18 lutego 1978 roku.
Wieści rozchodzą się szybko. „Cztery zuchwałe Polki atakują zimą północną ścianę Matterhornu”, relacjonuje jedna z gazet. Jeszcze chwila i dziewczyny są na ustach wszystkich, a w Zermatt wszyscy się znają. Postacią nr 1 jest Constant Cachin, zwany Monsieur Cachin, dyrektor Biura Turystycznego, który zna Wandę z wcześniejszych spotkań w Zermatt. Wyciągnie do Polek pomocną dłoń podobnie jak znakomity przewodnik René Arnold, który o tej ścianie wie wszystko. Plan jest prosty. Najpierw podejście aklimatyzacyjne do nieczynnego zimą schroniska Hörnli, potem wyżej, do schronu Solvay, na wysokość ponad 4000 metrów. Ale póki co warunki w ścianie są złe. Na grani Hörnli i na samym podejściu pod ścianę jest duże ryzyko lawin, więc trzeba czekać! Najlepiej na północny wiatr, wtedy w ścianie warunki są najlepsze. „Zuchwałe Polki” siedzą więc w „Bahnhof Hotel”, pichcą, pojadają polskie peerelowskie zupki z torebki, liczą każdego wydanego centyma i czekają.
21 lutego
Podejście do Hörnli, na 3260 metrów. Grań ma dwa oblicza.
W początkowych partiach śnieg rozmiękczony przez słońce międli się pod stopami, im wyżej tym jest go więcej, a wyładowane sprzętem i żywnością plecaki bez litości ściągają do ziemi. Potem teren powoli się podnosi się i torowanie staje się prawdziwą udręką, zwłaszcza gdy wpada się w śnieg po pas. Na grani śnieg zamienia się w beton, po spoconej twarzy chłoszcze wiatr, ten tak oczekiwany, północny. Wreszcie schronisko Hörnli w całej zimowej krasie, tylko jak do niego wejść, skoro jest zasypane do połowy okien. Przez okienko przeciska się Palmowska; wprawdzie ląduje w zlewie, ale twierdza zdobyta. Rozbłyskują świeczki i będzie można coś przegryźć. Zimno jest przejmujące. Dadzą radę zasnąć bez puchowych ubrań? Wandzia pewnie nie: ma trochę kwaśną minę, bo dziewczyny znajdują depozyt japońskiego małżeństwa. Jeśli są dobrzy, to żona, czyli Akika moźe uprzedzić nasze dziewczyny i będzie pierwszą kobietą na szczycie zimą, a to Wandzie zdecydowanie nie w smak.
Plan na kolejny dzień wydaje się racjonalny. Dojść do schroniska Solvay Hut, zostawić tam depozyt i wrócić do Hörnli. Aż do uskoku, nazwanego przez Palmowską Żółtą Turnią, dziewczyny idą w dwóch zespołach. Torują, w stromym kuluarze zakładają poręczówki, wreszcie dochodzą pod uskok. Z powątpiewaniem przepatrują ścianę. Sprawia ponure wrażenie. Wiatr zwiewa z grani tumany śniegu, odsłania zalodzone zerwy. Odstrasza stromizna lodowych pól, uskok tym bardziej. Na prowadzenie wychodzi Irena, skała to jej specjalność. Mozolnie wygrzebuje ze śniegu każdy chwyt i stopień. Nagle jej rękawice lecą w dół. Kęsy nie zwraca na to uwagi, wspina się dalej z gołymi dłońmi. Wreszcie dochodzą do Solvaya. Ława, prycze, stół. Nawiany śnieg zalega w kątach i na lekko zesztywniałych kocach i materacach. Ściany pobłyskują cienką warstewką lodu. Co z Ireną? Nie ma czucia w stopach i narzeka na ból rąk. Wanda zdejmuje jej buty i energiczne rozciera nogi. Irena powoli się rozgrzewa. Ale o schodzeniu nie ma mowy. Dziewczyny są nieludzko zmęczone, na zewnątrz przybywa śniegu, wiatr opętańczo wyje na dachu, a w kuluarach dudnią pierwsze lawiny. Solvay ze schroniska powoli zamienia się w pułapkę. Muszą tu zostać. Może rano coś się zmieni?
Nie zmieniło się. Zamieć nie daje wytknąć nosa ze schroniska. Prowiantu jest sporo, ale część dziewczyny odłożyły z kartką: depozyt, proszę nie ruszać, w razie gdyby…Ale dłużej tu nie mogą zostać. Wiążą liny, końcówka znika gdzieś w dole, w nieprzeniknionej mgle. Wanda zakłada zjazd. Północny wiatr, ponoć sprzymierzeniec, przeszkadza jak może, wciska się w każdy załomek kurtki. Rękawice sztywnieją od lodu, baterie czołówek słabną, z góry lecą pyłówki. Zjazd, trawers, zjazd. Na skalnym żebrze zalegają masy świeżego śniegu, a na płaskich odcinkach dziewczyny niemal w nim toną. Jeszcze przy schronisku Hörnli góra gniewnie się otrząsa: z nieba sypnęło grubymi, białymi płatami śniegu i podpełza zdradliwa mgła. Ale Anka, Irena, Krystyna i Wanda są już bezpieczne.
Północna ściana Matterhornu pokazała swoją moc. Nadal chcą ją zaatakować? Pewnie, a mają wybór? O planach Polek wiedzą już naprawdę wszyscy! Informację podchwyciły media szwajcarskie, francuskie i austriackie. Pan Cachin, z fajką w zębach, uśmiecha się z zadowoleniem. Załatwił Polkom, co mógł: bezpłatne noclegi w Hörnlihütte i radiotelefon; ustalił też godziny łączności z AIR Zermatt, jednej z najlepszych helikopterowych grup poszukiwawczo-ratowniczych na świecie. René Arnold przygotował powiększenie zdjęcia całej ściany i daje dziewczynom ostatnie wskazówki. Ręce i stopy Ireny ogląda lekarz: to tylko lekkie odmrożenie, niewielka kuracja i będzie dobrze. Na pewno? Bojowych nastrojów nie poprawia statystyka: do tej pory na Matterhornie zginęło prawie 500 osób.

7 marca
Dzień pierwszy. Trzecia nad ranem. W ciemnościach okrywających Zermatt przebłyskują jedynie żółte świata latarni, które zmniejszają się z każdym pokonanym metrem. Polki idą w dwóch zespołach: Czerwińska-Palmowska i Rutkiewicz-Kęsa. Mają dwie osiemdziesięciometrowe liny, po 12 różnych haków i 15 karabinków na zespół, dwie płachty biwakowe, dwie maszynki, żywność na trzy dni i zapas na czwarty. Podobno mają dwa dni murowanej pogody, a może i dłużej, a liczą, że zejdzie im się trzy. Stromymi, lodowo-śnieżnymi polami wspinają się najpierw pionowo w górę, potem trawersują w prawo na skos pod kuluar. To kluczowe miejsce tej wspinaczki: ogromne, oblodzone i długie na kilkaset metrów zacięcie w ścianie, którym będą się wspinać do wysokości 4000 metrów. Tu wiążą się w jeden zespół. Na pierwszych metrach w kuluarze przeżywają chwile grozy: pani Shigi, ta od depozytu, (skąd się wzięła? Japońskie małżeństwo dogoniło Polki w kuluarze) niespodziewanie chwyta linę łączącą Palmowską i Czerwińską. Niewiele brakuje, by Krystyna poleciała. W połowie ściany, pomne doświadczeń z letniej wspinaczki Anki i Krystyny dziewczyny zaczynają przygotowania do biwaku, czyli upychają się na mikroskopijnej platforemce, na dodatek do spółki z państwem Shigi.
8 marca
Dzień drugi. Śniadanie trochę się przeciąga, ale potem wspinaczka odbywa się niemal pod japońską flagą: państwo Shigi i Polki dogania kolejny zespół z kraju Kwitnącej Wiśni, tym razem męski: pruje w górę jak maszyna, pociągając za sobą państwo Shigi. Tymczasem pogoda się pogarsza. Dziewczynom marzną ręce: rękawiczek mają nawet po kilka par, ale przemoczone i marnej jakości, natychmiast pokrywają się lodem. Buty Polek też niewiele lepsze. Mróz tężeje, sypią się pyłówki i niewielkie lawinki ze śnieżnych poletek nad kuluarem, choć i tak Anka i Krystyna się dziwią: śniegu jest mniej niż latem.
Pod okiem obiektywów to jeszcze Polki się nie wspinały: podekscytowani reporterzy fotografują je z pokładu wielkiej ważki, która zawisa obok ściany, potem rolę śmigłowca przejmuje z dołu 500. milimetrowy obiektyw aparatu fotograficznego.
Zdjęcie to zdjęcie, ale w ścianie dobrze nie jest. Sprawdzają się wcześniejsze obawy Anki i Krystyny: Irena coraz gorzej znosi zimowe warunki, zupełnie brak jej odporności na niskie temperatury. Nie chce się poddać, walczy, ale znowu bolą ją palce u rąk. A stopy? Na też odmrożone. Z kuluaru oba zespoły wychodzą jeszcze przed zmierzchem. Zmęczenie potęguje uczucie dotkliwego zimna, które przenika nawet przez puchowe kurtki i spodnie. Już w mroku, w świetle czołówek Polki zakładają biwak czyli sadowią się na dwóch marnych półeczkach szerokości nie więcej niż pół metra. Stopy drętwieją, dokuczają obolałe palce. Płachty biwakowe z trudem opierają się porywom wiatru, który nawiewa do środka śnieżny pył. Herbaty raczej nie uda się ugotować.
Mimo mgły sylwetkę Krystyny na
szczycie Matterhornu wyłuskują
bystre oczy ratowników. A więc są!
Weszły! Sądzili, że wzywając pomoc
dziewczyny odstąpiły od zdobywania
szczytu, ale nie, nie odpuściły
i udało się!
9 marca
Dzień trzeci. Po paru próbach przygwożdżenia płachty biwakowej do zbocza dziewczynom udaje się ugotować trochę herbaty. Anka jest niewyspana: w nocy koleżanka kierowniczka, podobnie jak koleżanka Krystyna uprawiały niekontrolowane zjazdy z górnej półki, czemu plecy i głowa Czerwińskiej dawały zdecydowany odpór. Do południa Polkom udaje się pokonać eksponowany trawers w kruchej skale. Dalej droga wiedzie w nietrudnym śnieżno-skalnym terenie, wyprowadzającym pod grań Zmutt, więc mimo ostrego wiatru dziewczyny podkręcają tempo i zbliżają się do podszczytowej grani niemal na wyciągnięcie ręki. Ale to bliskość pozorna, a wiatr z każdą godziną potężnieje, więc na dojście do szczytu nie ma co liczyć. Nie ma wyjścia, kolejny biwak, tyle że znacznie wygodniejszy od poprzednich. Wykopana w śniegu platforma jest nawet spora, osłonięta od szalejącego wiatru, poniżej grani Zmutt. Grań już zaporęczowały, więc nazajutrz zostanie im tylko wejść na szczyt. Miła perspektywa. Zermatt kładzie się do snu. Ale im spać raczej nie będzie dane.
Przez pół nocy Rutkiewicz usiłuje przywrócić czucie w ewidentnie odmrożonych kończynach Ireny. Bez skutku. Dopada ją dotkliwy ból palców prawej ręki i nóg. Pojawiają się pęcherze.

10 marca
Dzień czwarty. Irena jest wychłodzona i powinna trafić do szpitala, ale jedyne miejsce, w którym można by zatrzymać się i umieścić ją w płachcie biwakowej znajduje się dopiero jakieś 20-30 metrów przed szczytem. Jest potwornie zimno, widoczność zerowa, silnie wieje. Jedyna szansa na ratunek to akcja z powietrza, ale kto poderwie śmigłowiec przy wichurze 120-130 km na godzinę? Mimo to Rutkiewicz sięga po radiotelefon. Wywołuje „Limę”, kryptonim stacji Air Zermatt. Czy ktoś ją słyszy? Baterie w radiotelefonie ledwo zipią, zapasowe nie lepsze. W odpowiedzi jakieś grzechotanie, chrobot. Jeśli nawet wezwanie odebrano, kto w tej mgle i śnieżycy znajdzie cztery łebki od szpilki zagubione na tej wielkiej ścianie? Ale dla Ireny to jedyna szansa; co chwila traci kontakt z rzeczywistością, w pewnej chwili zsuwa się i zawisa bezwładnie na linie.
Godzina 13. Przez wichurę przebija się warkot silnika. W gęstej mgle nic nie widać, ale po chwili z mlecznej zasłony wyłania się cień pękatego, ciemnego kadłuba olbrzymiej ważki. Ratownicy musieli wypatrzeć Wandę: z rękami rozłożonymi i uniesionymi w górę w pozycji „pomoc” , w czerwonej kurtce puchowej i spodniach wyraźnie odcina się na tle niebieskiej płachty biwakowej. Ważka opiera się dzielnie uderzeniom wiatru, ale w pewnej chwili pilot rezygnuje i maszyna odlatuje. Wróci?
W tym samym czasie Krystyna Palmowska, asekurowana przez Annę Czerwińską osiąga wierzchołek. Mimo mgły sylwetkę Krystyny na szczycie Matterhornu wyłuskują bystre oczy ratowników. A więc są! Weszły! Sądzili, że wzywając pomoc dziewczyny odstąpiły od zdobywania szczytu, ale nie, nie odpuściły i udało się! Sukces, wielki sukces! Radość? Później: teraz trzeba ratować Irenę.
Ratownicy pokazują, że Polka musi znaleźć się wyżej. Kęsa wspomagana przez partnerki posuwa się wolno, aż na małą płasienkę tuż pod granią szczytową. Ze śmigłowca na linie zjeżdża najpierw termos z herbatą, chleb i radiotelefon. Trzej ratownicy, Richard Biner, Max Imboden i Gabriel Willisch na wszelki wypadek zjeżdżają na grań Hörnli, gdyby trzeba było ewakuować Irenę drogą lądową. Na szczęście około dwudziestej dwadzieścia mgła ustępuje. Wzmaga się ryk silnika i nad zalegającą w ciemnościach ścianą znowu zawisa ważka prowadzona pewną ręką prawdziwego mistrza, Toniego Loetshera. Snop światła z pokładowego reflektora wydobywa z mroku nieruchome postaci pod szczytem. Zaczyna się jedna z najtrudniejszych i najbardziej spektakularnych akcji ratowniczych w Alpach tamtych lat: René Arnold i Alfons Lerjen zjeżdżają do ściany i wciągają na pokład prawie nieprzytomną Irenę i zdobywczynię szczytu Krystynę Palmowską.
Wanda i Anka Czerwińska nie chcą się ewakuować: zabiwakują, a następnego dnia zejdą granią Hörnli. Ale Szwajcarzy nalegają: w tych warunkach nie ma sensu narażać wszystkich na ewentualną powtórną akcję ratowniczą. Bez wątpienia lot ze szczytu Matterhornu w mroźną, zimową noc ma swój urok, zwłaszcza że przy wciąganiu do maszyny sprzęt Wandy tak skutecznie zaplątał się w płozy, że do Zermatt musiała frunąć pod brzuchem śmigłowca.
Na lądowisku w Zermatt czeka cały komitet powitalny! Lekarze, dziennikarze, ratownicy i uradowany Pan Cachin: „Zrobiłyście to, – powtarza – jednak zrobiłyście!”*. Sukces Polek jest prawdziwą sensacją. Wkrótce potem, w marcu, ratownicy ewakuują ze ściany wspinaczy austriackich, nie zdołają natomiast uratować czteroosobowego zespołu niemieckiego.
W szpitalu w Visp Irena spędzi trzy dni, a pierwszym, który odwiedza ją z kwiatami jest Toni, pilot helikoptera. Dziewczyny też ją odwiedzają, ale na ich widok Kęsa wybucha płaczem. Co jest? No bo teraz pewnie nikt już z nią nie będzie chciał się wspinać! Co za brednie! Ale najpierw trzeba ratować palce. Wanda decyduje, że Irenę trzeba przewieźć do znanej jej kliniki w Insbrucku. Tylko jak przetransportować Irenę? Wanda kontaktuje się z doktorem Scharfetterem, pożycza samochód i rusza z Ireną do Austrii.
Anka i Krystyna zostają w Zermatt: ktoś musi zabrać sprzęt ze schroniska Hörnli. A w miasteczku? Nie ma chwili, by ktoś ich nie zatrzymywał: gratulacje, autografy, zdjęcia, wywiady. W prasie festiwal peanów na cześć polskiego zespołu: tygodnik Le Nouvel Illustré poświęca Polkom siedem stron, a sekcja Zermatt Schweizet Alpenclub cały numer swego prasowego organu. „Do długiej historii zdobywania Matterhornu – napisano – od pierwszego wejścia Whympera w roku 1865, poprzez pierwsze przejście północnej ściany przez braci Franza i Toniego Schmidtów latem 1931 roku, Polki dopisały nowy rozdział”.****
Kilka miesięcy później Wanda dopisze kolejny, ale tysiące kilometrów dalej. Everest czekał.
*/** Wanda Rutkiewicz, współp. aut. Ewa Matuszewska, Na jednej linie, Warszawa 2010, s.163
***Krzysztof Blauth, Bez trybun, Warszawa 1982, s.106
****Wielkie wspinaczki, pod red. Chrisa Boningtona, Bielsko-Biała, 1994, s.32
