
Góra szutru, monotonna kupa żużlu i kamieni i tyle! Może i tak, ale skoro południowa ściana tej góry to jedno z piękniejszych wyzwań wspinaczkowych na świecie, to może lepiej używać bardziej poetyckiej, inkaskiej nazwy – Acconcahuac, “Kamienny wartownik”? Skoro jednak jej pierwsi zdobywcy tak ją prymitywizują, to znaczy, że mocno dała się im we znaki. Wandzie Rutkiewicz także.
Stéphane Schaffter, przewodnik wysokogórski i himalaista z Genewy o kolejnym wyjeździe w Andy i o propozycji złożonej Rutkiewicz mówi oficjalnie i oszczędnie. Nieoficjalnie wiadomo, że Szwajcar jest nowym życiowym partnerem Wandy, a pomysł wspólnej wspinaczki w Patagonii jest pokłosiem jego wizyty w Warszawie w 1984 roku, po nieudanej wyprawie na K2. Ale Wanda nie byłaby sobą, gdyby nie umieściła tego projektu w szerszym i bardzo medialnym kontekście.
Andy Patagońskie. Kraina słynnego „el viento blanco”, huraganowego „białego wiatru”, który potrafi rozpędzić się do 200 km na godzinę, nagłych zmian pogody, śnieżnych zadymek, bardzo niskich temperatur i lawin, którym sprzyjają ruchy sejsmiczne. Dlaczego więc na początku lat trzydziestych XX wieku to właśnie w Andy, oddalone o 14 tysięcy kilometrów od Polski, jedno z najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi Warszawski Klub Wysokogórski wysyła sześciu taterników? Bo te właśnie góry były wciąż w dużej mierze dziewicze i nierozpoznane, Polacy mieli więc nie tylko wyjątkową okazję wejścia na wiele niezdobytych szczytów, ale i dokonania rekonesansu geologicznego i meteorologicznego, wykonania szkiców topograficznych i zebrania materiału fotograficznego.
I Polska Wyprawa Andyjska 1933-34 odniosła wielki sukces i zapisała piękną kartę w historii eksploracji Andów. Argentyńczycy to docenili: odkryty przez Polaków sześciotysięczny szczyt w masywie Ramady nazwali „El Pico Polaco”, lodowiec, którym wspinali się na Aconcaguę – „Ventisquero Polaco”, a samą drogę wejścia wschodnią ścianą, powtórzoną dopiero 27 lat później, „la ruta de los Polacos”, Drogą Polaków.
Na szczyt najwyższej góry obu Ameryk Wiktor Ostrowski i jego klubowi koledzy weszli 8 marca 1934 roku. Pięćdziesiąt lat później do samolotu do Buenos Aires wsiada Wanda Rutkiewicz.
Do miana siedmiotysięcznika Aconcagui brakuje trzydziestu ośmiu metrów. Za to panującymi na niej warunkami atmosferycznymi dorównuje, a nawet przewyższa wiele innych gór: jest jedną wielką pogodową anomalią.
Stéphane Schaffter zna tę górę na wylot, i jej uroki i kaprysy. Wraca na nią co rok z komercyjnymi klientami. Prowadzi ich zazwyczaj doliną Horcones, rozległym zboczem do przełęczy Nido de Condores, a na koniec dnem wielkiego żlebu Canaleta Grande. Trasa Normalna, droga pierwszego zdobywcy Szwajcara Matthiasa Zurbriggena, północno-zachodnią flanką podobnie jak ściana południowo-wschodnia nie przedstawia większych trudności technicznych, wymaga jednak dobrej kondycji fizycznej, aklimatyzacji, odporności na zmienne warunki pogodowe i niskie temperatury. Nie każdy może temu sprostać i co roku kilku alpinistów zostaje na Aconcagui na zawsze.
Ale południowa ściana Kamiennego Wartownika to jest wyzwanie! w Ameryce Południowej ta jedna z największych ścian mikstowych na świecie jest tym, czym w Europie wielkie ściany północne. Wysoka na trzy kilometry i szeroka na cztery, wymaga doświadczenia, wytrzymałości i bardzo dobrej techniki. Trudności w skale -„nadzwyczaj trudno”. Kilka barier seraków w połowie ściany, a w partiach podszczytowych duże ryzyko lawin. Pionowe, przewieszone partie lodowe. W razie kłopotów wycofywanie się z tej ściany, o ile nie nastąpi odpowiednio szybko, jest ogromnie ryzykowne. A gdy zacznie wiać „biały wiatr” zamienia się w śmiertelną pułapkę, z której nie ma wyjścia. Ale Stéphane nie wiąże się liną z pierwszym lepszym alpinistą, tylko z Rutkiewicz.
Początek stycznia. Schaffter bez problemów wprowadza swych podopiecznych na szczyt. Dla Wandy to dobra okazja na złapanie aklimatyzacji. Potem oboje towarzyszą klientom w drodze powrotnej do Mendozy. Przez kilka dni odpoczywają, zapewne nie omieszkując skorzystać z uroków prawie milionowej metropolii i specjałów tamtejszej kuchni: wspaniałego Malbeca czy słynnych na cały świat steków. W Mendozie Wanda zawiera ciekawą znajomość: Carlos Carsolio pochodzi z Meksyku, ma dwadzieścia dwa lata i wędruje po Aconcagui z polskimi wspinaczami.

Rutkiewicz jest drugą kobietą w
historii, która pokonała południową
ścianę Aconcagui: o rok wyprzedziła
ją Francuzka Titoune Meunier.
16 stycznia Wanda i Stéphane ruszają z powrotem pod Aconcaguę. U stóp góry spotykają Pierre’a Lesueura i Roberta Paragota, uczestników francuskiej wyprawy z 1954 roku, która na ścianie południowej wytyczyła nową trasę, zwaną teraz francuską. Nic więc dziwnego, że podczas podejścia pod ścianę miejsce pierwszego biwaku Polki i Szwajcara nosi nazwę Plaza Francia (Plac Francja). Przygotowują się, pakują plecaki. Oczywiście Wanda chce zabrać kamerę, 16 milimetrowego Bolexa; Stéphane pewnie protestuje, przy planowanym stylu ultra-alpejskim ( nie biorą nawet dodatkowej liny) to dodatkowe obciążenie, ale Wanda jak zwykle stawia na swoim.
Bez zwłoki wchodzą w ścianę: trzeba korzystać z dobrej pogody. Przed nimi działa już zespół meksykański. Polsko-szwajcarska dwójka sprawnie go wyprzedza, ale za chwilę zdecydowanie zwolni: skała w trzech kolejnych kominach nie budzi zaufania, punkty asekuracyjne pozostawione przez poprzedników także nie. Pogoda na razie jakoś się trzyma, choć po dojściu do pasa seraków wokół nich zaczynają tańczyć drobne płatki śniegu, a po niebie suną coraz gęstsze chmury.
Na wysokości 5000 metrów dzieje się coś niedobrego. Wanda jest jakieś dwieście metrów poniżej partnera; filmuje, więc wspina się wolniej. I nagle ją słyszy, a sekundę później widzi: lawinę, którą wywołał oberwany serak. Setki ton śniegu z rykiem lecą w dół, wprost na Polkę, która instynktownie przywiera mocno do ściany. Osłania głowę. Czuje jak śnieżny pył wciska się w każdy milimetr jej kombinezonu. Oddycha przez rękaw, tuż przy ścianie, żeby się nie udusić. Czeka. Dudnienie ustaje. Miękko w kolanach. Stéphane? Jest! Tak samo zdrętwiały z przerażenia.
Co przelatuje im przez głowę, gdy na ich drodze staje kolejna przeszkoda: śliski, oblodzony, trzydziestometrowy serak. Akurat na jeden wyciąg. Tylko jeśli się oberwie…Milczą. Żadne z nich nie ma czekana do wspinaczki lodowej czy mikstowej, ale czasu na zastanawianie się też nie ma. Pierwszy na przednich zębach raków rusza Szwajcar. Wbija dwie lodowe śruby, nie żeby to rzeczywiście coś dawało, bardziej dla samego poczucia większego bezpieczeństwa. Jeszcze dwadzieścia metrów, dziesięć, dwa…uff! Oboje padają na wznak na śnieg.
Biwak. Przecinająca ścianę spora szczelina lodowa daje im dobre schronienie przed wiatrem i lawinami, ale gdzie mieliby się schronić w razie załamania pogody?
Ranek. Początek wspinaczki jest obiecujący. Szczyt już chyba niedaleko, a mikstowy teren podszczytowych zboczy nie wydaje się trudny. Niespodziewanie trzysta metrów dalej na ich drodze staje im kolejny serak: gdyby teraz się oberwał…Ale to nie serak za chwilę przyprawi ich o żywsze bicie serca. Nad ścianę nadciągają ciężkie śniegowe chmury. Przyspieszają, ale chmury są szybsze. Jeszcze kilka minut i wokół nich rozpętuje się prawdziwe piekło. Odwrót odcięty, jedyna szansa na przetrwanie to iść w górę. Nawałnica nie odpuszcza. O siedemnastej południowa ściana jest za nimi. Na wpół żywi, Wanda i Stéphane wychodzą na grań między wierzchołkiem głównym, a południowym. Wychodzą to źle powiedziane: wygrzebują się. Huraganowy wiatr pogania, oślepia śniegiem, wgryza się mrozem w twarz, odbiera dech. Pospiesznie chowają sprzęt do plecaków i z niemałym trudem posuwają się w kierunku szczytu, do Trasy Normalnej, po której niedawno Stéphane prowadził swoich klientów. Nie są sami. O przetrwanie z wiatrem i nawałnicą walczą inni, niektórzy schodzą niemal na czworakach, wszystko jedno jak, aby tylko w dół. Wanda jest do cna wyczerpana, przemarznięta, ręce kurczowo zaciśnięte na kijkach, które pomagają jej utrzymać równowagę. Szybciej, szybciej, aby tylko wyrwać się z tego piekła. Gdy zapada noc Wanda i Stéphane będą już 10 tysięcy stóp niżej, w Plaza de Mulas, bazie klasycznej drogi, w cieple, bezpieczni i syci.
Rutkiewicz jest drugą kobietą w historii, która pokonała południową ścianę Aconcagui: o rok wyprzedziła ją Francuzka Titoune Meunier. I dla niej i dla Komitetu Obchodów 50. lecia Polskich Wypraw w Andy to doniosłe wydarzenie, godne specjalnego medalu, którym ją uhonorowano. Ale dla Wandy wyczyn ten ma również inny wymiar: to jej pierwszy alpinistyczny sukces od feralnego wypadku na Elbrusie. Na K2 się nie udało, wejście na Aconcaguę przerwało złą passę, ot, takie małe zwycięstwo nad sobą, bólem, fizycznymi ograniczeniami i udany powrót do czynnego uprawiania sportu. Doceni to Polski Związek Alpinizmu, zwracając się do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego o przyznanie Wandzie nagrody fair play. Doceni to także Stéphane Schaffter: „Dziękuję ci Wando – napisze wiele lat później – za twoją wytrwałość i niebywałą odporność fizyczną i moralną.”*
***
Pięćdziesiąt lat wcześniej zgodnie ze zwyczajem Wiktor Osiatyński i jego partnerzy zabierają ze szczytu Aconcagui czekan, pozostawiony przez włoską wyprawę, która wyprzedziła ich o krok; na jego miejsce pozostawiają nasz – polski. A Wanda? Także zostawiła swój czekan? I czy po powrocie choć przez chwilę pomyślała o nowym znajomym z gór, Meksykaninie Carlosie Carsolio?
*Stéphane Schaffter, Passion verticale. Du Jura à l’Himalaya, Pontarlier, 2013. s.88


Lato Wanda spędza w Stołecznym Centrum Rehabilitacji w Konstancinie, nawet pobiera nawet rentę inwalidzką drugiej grupy, co w tym okresie jest jej jedynym stałym źródłem dochodów, ale już późną jesienią wyjeżdża na cykl prelekcji do NRD. Na grudzień ma zaplanowaną operację usunięcia szyny z nogi. Ogłoszenie stanu wojennego niweczy wszystkie plany, ale Wanda do Polski nie wraca. Podnosi słuchawkę telefonu i wykręca numer telefonu do Insbrucku.
Stara miłość nie rdzewieje, nawet po 16 latach niewidzenia, przynajmniej w przypadku doktora Helmuta Schafftera. Ożeniony i rozwiedziony, wychowuje dwóch nastoletnich synów w Patsch, maleńkim miasteczku, kilkanaście kilometrów od Insbrucku. Pochłonięty swoją pracą wspinaczkę traktuje jak weekendową czy wakacyjną rozrywkę, a nie jak Wanda, jak sposób na życie. Oczywiście zgadza się na jej operację w klinice w Insbrucku i ponownie się oświadcza.
W Polsce, w środowisku górskim małżeństwo Wandy odebrano jako świetny deal w trudnym okresie; w nagle rozkwitłą miłość nikt nie wierzy. A Wanda? Być może jest to próba realizacji myśli o domowej stabilizacji, albo przynajmniej poczucia, że kobieta powinna do takiego rodzinnego szczęścia dążyć? Jest oczywiste, że Helmuta potrzebuje, a przy tym w Polsce czołgi na ulicach, pustka na sklepowych półkach, bezterminowe odcięcie kraju od Zachodu i ogólny marazm, a tu, w Austrii, operacja w świetnej klinice Helmuta i wolność w działaniu. W styczniu 1982 także powtórne samoistne złamanie nogi, ale i ślub z Helmutem, wsparcie męża podczas rehabilitacji i, co najważniejsze, w organizacji wyprawy na K2, z której Wanda ani myśli rezygnować. A z Patsch jest to o niebo łatwiejsze; Wanda ma już austriackie obywatelstwo, co niezmiernie usprawnia jej aktywność. Helmut Wandy nie rozumie, czuje i widzi, że małżeństwo jest iluzją, ale pomaga, wyszukuje sponsorów, firmy produkujące sprzęt alpinistyczny, żywność i lekarstwa.
***
Kto rozsądny próbowałby przejść dwieście czterdzieści kilometrów niełatwej drogi do bazy pod K2 i z powrotem o kulach i z szyną w jednej nodze? Po kolejnym złamaniu lewa noga Wandy jest nadal w gipsie. Ale zawsze na pierwszym miejscu stawiała góry, a na drugim zdrowie i tak jest i tym razem. To ona tę wyprawę wymyśliła i zorganizowała, ma więc prawo nią pokierować, choćby tylko z bazy. W lipcu 1982 roku wylatuje do Pakistanu.
***
Wiosna 1992 roku. Wypadek na Elbrusie nie daje o sobie zapomnieć, a wyjazd na wyprawę na Kangchendzongę tuż tuż. Badania lekarskie nie wychodzą najlepiej i mocno dokucza lewa noga: odzywa się stara kontuzja. Zagadnięta o to przez dziennikarkę Barbarę Rusowicz, z którą pisze książkę Rutkiewicz z pobłażliwym uśmiechem odpowiada, że to przecież nic takiego. Nim doleci do Katmandu i znajdzie się w bazie pod górą noga na pewno wydobrzeje.
***
Wiosną 1995 roku włoska wyprawa na Kangchendzongę z Simone Moro na czele znajduje ciało alpinistki. Włosi przypuszczają, że to Wanda Rutkiewicz. Lewa noga, widocznie słabsza, jest oderwana, co mogło być skutkiem tragicznego lotu z grani szczytowej. I chociaż ciało znaleziono po południowej, a nie północnej stronie góry, a znalezione w kieszeni lekarstwa wskażą raczej na Bułgarkę Jordankę Dymitrovą, cień wątpliwości pozostaje. W oderwanej lewek nodze tkwiła, co potwierdziła doktor Ewa Wasilewska, antropolog z Uniwersytetu Utah, metalowa płytka podobna do tej, jaką wstawiono Polce po zespoleniu złamania.