
Kiedy wykluł się ten pomysł? Czy rzeczywiście po nieudanej wyprawie na Makalu, kiedy czuła się zniechęcona i zmęczona nie tyle porażką w górach, co samym schematem i rutyną chodzenia po nich? Jedna wyprawa na rok czy dwa lata, powrót do Polski i wprawianie w ruch kolejnej i wciąż tej samej machiny organizacyjnej: sponsorzy, partnerzy, finanse, sprzęt, pozwolenia, bilety. To wszystko tu, na dole, a w Nepalu czy w Pakistanie kolejna porcja logistyki: tragarze, pieniądze, ostatnie formalności, trekking do bazy i to najważniejsze: aklimatyzacja. Pod względem możliwości nawet nie mogła równać się z Messnerem, ale w jego działaniach odpowiadało jej jedno: w miarę możliwości Włoch przenosił się z wyprawy na wyprawę, nie tracąc aklimatyzacji. Zaoszczędzał w ten sposób na czasie, podróżach, oczekiwaniu na pozwolenia. Ale logistyka była tu jedynie narzędziem. Rutkiewicz nie chciała zostać trzecia na świecie, po Messnerze i Jerzym Kukuczce ze wszystkimi ośmiotysięcznikami na koncie, tylko pierwsza, która spróbuje czegoś nowego: zdobyć je w ciągu 1-2 lat. Swój projekt nazwała Karawaną do Marzeń, co szybko niechętni oraz stuprocentowi realiści okrzyknęli natychmiast „karawanem do marzeń.”
I rzeczywiście. Nikt przed nią nie podjął takiego wyzwania, ba, nawet o czymś takim nie pomyślał. Byłaby to pierwsza taka próba w światowym himalaizmie. Już kilka lat wcześniej po wejściu Rutkiewicz na Nanga Parbat Jim Curran, filmowiec i autor słynnej książki „K2. Triumf i tragedia” zastanawiał się, czy Polka nie ma zamiaru wsławić się zdobyciem całej korony Himalajów i Karakorum. Podobne wrażenie odnosił dobrze znający Wandę pionier himalaizmu Kurt Diemberger; złapała bakcyla ośmiotysięczników, twierdził. Bakcyl czy obsesja? „Próbuję zrealizować coś, co wydaje się możliwe tylko w marzeniach – tłumaczyła nazwę projektu – będę po prostu przemieszczać się od szczytu do szczytu – tak jak zawsze robiły karawany”.
Środowisko górskie było bezwzględne: plan Wandy jest kompletnie nierealny, to jak skok w przepaść. Zdaniem wielu ich koleżanka i rywalka w walce o górskie osiągnięcia doszła do krytycznego punktu swych możliwości fizycznych i to akurat w chwili, gdy wyznaczyła sobie najbardziej wymagające cele.
Wątpliwości dotyczyły także czasu, jaki Wanda sobie wyznaczyła: osiem himalajskich kolosów w ciągu niecałych dwóch lat. Niepokój wzbudzał jej stan zdrowia i nienajlepsza forma psychiczna, bliska stanowi depresyjnemu, o czym otwarcie zaczęto mówić dopiero wiele lat później. A tymczasem na folderze reklamowym Wandy pojawia się odręczny wpis czerwonym cienkopisem: „1991/92 all 8000”. Dla sponsorów to też nie jest dobry okres: „Karawanę” wesprą dwa polskie banki Pekao SA i Bank PKO Handlowy, Trading Corporation i pewna firma metalurgiczna. Menadżerka Wandy Marion Feik negocjowała umowy sponsoringowe z firmami produkującymi sprzęt wspinaczkowy w Austrii, Niemczech, Szwajcarii i we Francji. W projekt weszła także włoska firma reklamowa Wellcomm i jeszcze jedna, niemiecka. Niepewny był natomiast wkład dotychczasowego sponsora strategicznego amerykańskiego koncernu chemicznego DU PONT. Ogólnie sponsorzy nie spieszyli z ofertami: na działalność Polaków w górach wysokich cieniem położyła się śmierć wielu polskich wybitnych himalaistów, w tym Jerzego Kukuczki, himalaizmowi przybyło konkurencji na innych sportowych arenach, stadionach, a nawet oceanach, przemierzanych samotnie przez Krystynę Chojnowską-Listkiewicz. W konsekwencji finansowa strona Karawany pozostawiała wiele do życzenia, a to spowodowało zmiany w organizacji wypraw, „łatanie” braków i dziur w budżecie przyłączaniem się do małych wypraw, nastawionych głównie na własny sukces i nieco przypadkowych partnerów, dla których obecność Rutkiewicz była raczej konkurencją niż handicapem.
Ale decyzja zapadła. Rutkiewicz wycofać się już nie mogła i nie chciała. Do momentu rozpoczęcia Karawany w 1991 roku miała na koncie sześć ośmiotysięczników:
Do zdobycie Korony brakowało ośmiu, na które Rutkiewicz chciała wejść w ciągu roku:
Pierwszym postojem Karawany miała być Kangchendzonga, choć początkowo, niejako podświadomie obawiając się trzeciej góry świata, Wanda chciała zaatakować ją na końcu. Skoro jednak trafiła się okazja dołączenia do wyprawy słoweńskiej z Ewą Panejko-Pankiewicz Wanda plany zmieniła. Trzy miesiące później Broad Peak – po raz czwarty. Jesienią Cho Oyu Dhaulagiri i Annapurna. Zimą 1992 – tandem Wanda-Ewa ruszyłby na Manaslu, na przełomie zimy i wiosny na Makalu i na koniec, wiosną – szczyt, który kosztował życie Jerzego Kukuczki – Lhotse.
Tymczasem na horyzoncie pojawiło się Czo Oju z Włochami, wrocławska wyprawa na Manaslu z Ludwikiem Wilczyńskim, Januszem Fereńskmi i Bogdanem Stefko. Akcję górską na Annapurnie rozpocznie zakopiański team: Piotr Malinowski, Arek Gąsienica-Józkowy, Robert Janik oraz Krzysztof Pankiewicz, a na Dhaulagiri może dołączy Przemek Piasecki. Potem jeszcze Lhotse z łodzianami i Broad Peak z ekipą z Andory, albo z własną wyprawą.
Plany szybko zweryfikowało życie. W 1991 roku z powodów organizacyjnych i finansowych Wandzie udało się wejść jedynie na dwa himalajskie giganty. Pozostałe sześć zamierzała zdobyć od wiosny 1992 do wiosny 1993 włącznie. Tymczasem zmieniały się daty, wyprawy, organizatorzy i uczestnicy. Cel pozostawał ten sam, bo przecież Wanda, jak powiadano, w oczach miała tylko góry. Na początku marca 1992 roku wyleciała do Katmandu na spotkanie z górą swego przeznaczenia – Kangchendzongą.