Nanga Parbat

Nanga Parbat

Ożyła! Doskonale, bo Krystyna Palmowska i Anna Czerwińska nieźle się wystraszyły, ale to, co usłyszały chwilę później wprawia je w osłupienie. Jak to idzie na szczyt? Przecież dopiero co zasłabła? Zajęły się nią, wyrąbały niewielką platforemkę, by mogła dojść do siebie, a po pół godzinie Wanda „ożywa” i oznajmia  partnerkom, że wspina się dalej? Dziewczynom opadają ręce: to my się zajmiemy torowaniem, stwierdzają zgodnie, a ty sobie Wandziu, spokojnie idź. Są złe. Ich zdaniem decyzja koleżanki zagraża ich bezpieczeństwu i utrudnia atak szczytowy. A jeśli Wandzia znowu zasłabnie, na przykład na grani szczytowej, to co one z nią zrobią?

Miejsce akcji: Nanga Parbat, dziewiąty szczyt ziemi, ściana Diamir. Czas akcji: 15 lipca 1985. Bohaterowie akcji: kobiecy zespół w składzie Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska, Dobrosława Miodowicz-Wolf czyli Mrówka i Wanda Rutkiewicz. Cel akcji: pierwsze czysto kobiece wejście.
Panie Nangę Parbat zdobędą, choć Rutkiewicz, wciąż lekko zamroczona, na wierzchołek wejdzie jako ostatnia. Ten nieco humorystyczny, lecz istotny incydent podczas ataku szczytowego jest dobitnym przykładem jej niebywałego uporu i determinacji, co niekoniecznie znajdowało uznanie u jej górskich partnerów. Jej zasłabnięcie można oczywiście wytłumaczyć fizycznym zmęczeniem: odkopywała obóz zasypany przez lawinę, sprowadzała na dół chorą partnerkę, krążyła między obozami III i IV, biwakowała poza namiotem. Ponadto był to jej kolejny – od Everestu – szczyt w górach wysokich po długim okresie rekonwalescencji. Jej decyzja o kontynuowaniu wspinaczki wynikała raczej z powodów ambicjonalnych, niż z realnej oceny sytuacji: Wanda musiała wyrównać rachunki. Już raz zmierzyła się z tą górą.

Dziewięć lat wcześniej udział w niemiecko-austriackiej wyprawie na Nangę zaproponował jej doktor Karl-Maria Herrligkoffer, dyrektor-menedżer, reprezentujący monachijski Himalaya Club. Szanse na pierwsze w historii kobiece wejście zwiększało zaproszenie drugiej Polki, Danuty Gellner-Wach z Katowic, partnerki Wandy z Eigeru.

“Możesz rozpalić ognisko, a dookoła ciebie są drzewa, rzeka, a zapach liści i kwiatów jest fantastyczny.”* Tak Rutkiewicz opisuje bazę pod Nanga Parbat w wywiadzie dla Billa Pescouda, ale za chwilę czar pryska: „Nad tobą widzisz wielką ścianę, – mówi dalej Rutkiewicz – ale wszystko wygląda przyjemnie i nie możesz zrozumieć, dlaczego tę górę nazywa się zabójcą alpinistów.” Nie tylko: Nanga to także Naga Góra czy Diámar – Król Gór. Ładnie brzmią też nazwy Srebrne Plateau, Srebrne Siodło, Srebrne Zęby…Tylko drzewka i kwiatki zostają w bazie, nazwy na papierze, a tam, wysoko są „szczeliny, trawersy kuluarami zagrożonymi lawinami, niebezpieczne śnieżne pola” i szczyt, którego zdobywanie ma wyjątkowo długą i dramatyczną historię.

Do Pakistanu Wanda i „Duśka” docierają Fiatem 125p kombi, wypożyczonym z niezawodnego FSO. „Duśka” okazuje się równie znakomitym mechanikiem i kompanem podróży jak alpinistką, a samochód dzielnie, choć nie bezawaryjnie znosi trudy jazdy przez pół Europy i Azji. W Islamabadzie polski team powiększa się o lekarza wyprawy, Jana Jaworskiego.

Prócz Polaków bierze w niej udział trzech alpinistów niemieckich, w tym jeden z partnerów Wandy z Everestu Willy Klimek, Herbert Holzmaier i Karl Werhle oraz trzech Austriaków – Mathias Gradnitzer, Werner Haim i Sebastian Arnold. Widząc w Wandzie zadatki na lidera i dobrą himalaistkę Herrligkoffer powierza jej rolę zastępcy Mathiasa, kierownika wyprawy. Początek jest obiecujący. Austriacy bardzo szybko zakładają obóz I, wprawdzie aż 1600 metrów powyżej bazy, ale podejście do niego jest nie tylko łatwe, ale i ładne. Wspinaczki wymaga dopiero trudny, stromy odcinek powyżej jedynki. Wanda najczęściej wychodzi w górę z Duśką i Jankiem, który szybko zaskarbia sobie zaufanie i sympatię nie tylko członków wyprawy, ale i mieszkańców okolicznych wsi. 

26 września wszystko runie, jak domek z kart. W górę ruszają Werner, Sebastian i Herbert. Mają zaporęczować trudny odcinek ponad jedynką i założyć obóz II. Następnego dnia ich śladem idzie polski zespół. Około godziny dziewiątej dociera do obozu I. Potem wszystko dzieje się błyskawicznie. Dramatyczny krzyk Wernera znad krawędzi uskoku i bieg Wandy i Janka śnieżnym stokiem w dół, tam, gdzie po ponad trzystumetrowym upadku zatrzymało się ciało Austriaka.

Co czuje wyprawowy lekarz, gdy jedyne, co może zrobić dla towarzysza, to przywiązać go do śrub wkręconych w lód, by nie zabrała go ze sobą kamienna lawina?

Ciało Sebastiana spoczęło w jamie na śnieżnym zboczu, nie narażonym na lawiny. Austriacy rezygnują z dalszej akcji, solidarnie przyłączają się do nich Niemcy. To koniec wyprawy: Herrligkoffer zarządza odwrót. Do wyjścia do obozu II po pozostawiony sprzęt chętnych nie ma, wreszcie zgłasza się Wanda, Willy i Janek. 

Decyzję o zakończeniu wyprawy Wanda uważa za zbyt pochopną. Wyprawa jest przedsięwzięciem, na które pracuje cały zespół, przed ekspedycją i w jej trakcie, tłumaczy w rozmowie z Barbarą Rusowicz. To całe miesiące przygotowań i wysiłków, które idą na marne. 

Wanda nie wie, nie może wiedzieć, że życie szybko zweryfikuje jej pogląd. Ale trudno się dziwić, że z tej wyprawy to nie wspomnienie góry odciśnie się najmocniej w jej pamięci, a jazda z Duśką przez pół Europy, Turcję, Iran, Afganistan i Pakistan. Chociaż obrazu Diamir – śnieżnego olbrzyma i maleńkiego ogieńka, palącego się u jego stóp – Wanda także nie zapomni.

Sam pomysł wydawał się dobry. Rok wcześniej, w 1984, cztery Polki, Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska, Dobrosława Miodowicz-Wolf i Wanda Rutkiewicz, sam kwiat polskiego himalaizmu kobiecego, wracały z bazy pod K2. Kolejna, druga próba pierwszego kobiecego wejścia na Czogori znowu się nie powiodła.  Został tylko niedosyt, spory dług do spłacenia i świadomość, że paniom w wysokich górach potrzebny jest sukces; brak sukcesów równał się brakowi finansów. Udana wyprawa na ośmiotysięcznik z udziałem „dewizowych” członków mogłaby, za jednym zamachem, te niedobory wyrównać. Wybór padł na Nangę Parbat. Dlaczego? Bo była najtańsza! Dotarcie do bazy trwało ledwie trzy, cztery dni, tragarze też byli tańsi. Ponadto  drogę od strony południowej Rutkiewicz znała ze swojej poprzedniej wyprawy. Znała też jej mankamenty, głównie zagrożenie lawinami, więc po dokładnej analizie zdecydowała, że Nangę zaatakują jednak od zachodu, czyli od doliny Diamir. Skład zespołu się nie zmienił. 17 maja do Pakistanu doleciały Anka, Krystyna, Dobrosława i Wanda, a na miejscu mieli do nich dołączyć przyjaciółka Wandy Szwajcarka Danielle Sierre – lekarz wyprawy oraz dwoje Francuzów, małżeństwo Laurence de la Ferrière i Bernard Müller. Oficjalnie kierownikiem była Dobrosława, ale pozwolenie wystawiono na Rutkiewicz.

Wanda nie była w swej najlepszej fizycznej formie. Po powrocie z pierwszej wyprawy na Nangę bardzo poważnie zachorowała. Lekarze podejrzewali malarię, ostatecznie zdiagnozowano zapalenie opon mózgowych, Dla wielu przejście tej choroby i rehabilitacja byłyby walką o normalne życie, dla Wandy – o powrót do aportowej aktywności. Gdy uczyła się na nowo jeść, mówić i chodzić, nikomu nie przyszło do głowy, że wróci do wspinaczki. Wróciła. 

Partnerki na drugie spotkanie z Nagą Górą miała znakomite, choć, na poziomie interpersonalnym cieplej wypowiadała się o Miodowicz-Wolf, jej zaangażowaniu i entuzjazmie, natomiast jej relacje z duetem Czerwińska-Palmowska były chłodne. Mimo to Wanda z ulgą odnalazła się na powrót w klimacie polskich wypraw: z zespołem Herrligkoffera, poza górskimi działaniami, nie znalazła wspólnego języka. Druga wyprawa na Nangę będzie także pierwszą, której organizacja nie spoczywa wyłącznie na barkach Wandy i jej partnerek. W nizinnym życiu Rutkiewicz pojawia się Marion Feik, Wiedenka, córka dyplomaty, prawniczka i pracownik tamtejszego oddziału Caritas. Marion przejmuje od Wandy cały ciężar organizacyjnego zaplecza: oficjalnej korespondencji, ustalania terminarzy, rozmów, prelekcji i, co najważniejsze, wyszukiwania i negocjacji ze sponsorami. I jest w tym znakomita. A Wanda? Ma się tylko wspinać.
Pierwsza kobieta na Nanga Parbat już była: rok wcześniej dokonała tego Francuzka Lilianne Barrard, ale ponieważ wspinała się ze swoim mężem czysto kobiece wejście na szczyt mogło paść łupem Polek.

Co czuje wyprawowy lekarz, gdy jedyne, co
może zrobić dla towarzysza, to przywiązać
go do śrub wkręconych w lód, by nie
zabrała go ze sobą kamienna lawina? 

Nie są pod Nangą same. Na górze działają Tyrolczycy, Peter Habeler i Michel Dacher. Jest wyprawa szwajcarska, japońska, a nawet polska, z Krakowa. Pojawiają się starzy znajomi Wandy: Sigi Hupfauer, jej główny adwersarz na Evereście, który tym razem zachowuje się jak dobry partner i jego przeciwieństwo –  zawsze życzliwy i koleżeński Austriak Kurt Diemberger. Wanda ma teraz okazję zrewanżować mu się za przyjazny, jakże pomocny gest na  Czomolumgmie: powyżej ściany Kinshofera Wanda zostawi mu swój namiot. Są też oczywiście Francuzi, Laurence i Bernard, ale to zespół mieszany, a męskie wyprawy konkurencją dla Polek nie są: czasem one korzystają z ich już założonego śladu, czasem to one torują. Ale poręczówki zakładają same, nie „pasożytują” jak Tyrolczycy, którzy kupują od Szwajcarów wszystko, nawet  gotowe obozy. 

Akcja w górach idzie sprawnie; mimo nie najlepszej pogody jeden po drugim powstają obóz pierwszy, drugi, trzeci i czwarty. Szybko dochodzi do pierwszej, nieudanej próby ataku szczytowego; uniemożliwił ją straszliwy wiatr. Na dodatek już podczas podejścia do obozu I Palmowską dopadają jakieś dolegliwości żołądkowe. Mrówka daje znać Wandzie, która jest w przodzie: dziewczyny biorą plecak Anki, która szybko dochodzi do siebie. 

Do drugiej próby właściwie w ogóle nie doszło: obóz IV zasypała lawina. Przepadł prywatny sprzęt Wandy, kuchenka,  śpiwory, namiot i puchowe kurtki. To ogromna strata. Dacherowi i Habelerowi jakoś udaje się wytargać spod śniegu śpiwory i kuchenkę, więc zamierzają zabiwakować. Przyłącza się do nich Mrówka: świetnie się czuje i postanawia zadziałać poza własnym zespołem.  Jeśli nie będzie przeszkód następnego dnia rano wyszłaby z Austriakami na szczyt.  Wanda, partnerka Dobrosławy, chętnie zrobiłaby to samo, ale nie ma czekana, rusza więc w dół, w ślad za Anką i Krystyną, które z braku miejsca musiały zejść do trójki. Szkoda, one też są w dobrej formie. Szkoda też atmosfery, która gęstnieje.
Wanda czuje się wyobcowana i wykorzystywana przez partnerki. Uważa, że ich wkład w próbę czysto kobiecego wejście na Nangę nie jest dostateczny. Inaczej widzą to Krystyna i Anka: ich zdaniem decyzje Wandy podyktowane są, jak zwykle, jej ambicją, nie idącą w parze z interesem całego zespołu. To kwestia różnic w całej filozofii wspinania. Ponadto partnerki Wandy dostrzegają to, czego ona widzieć nie chce: z wiekiem jej możliwości fizyczne maleją i nie przystają do jej górskich aspiracji i pragnienia sukcesu. Krótko mówiąc panie rozmawiają, ale zupełnie nie mogą się porozumieć. Wanda także nie jest w najlepszej formie. Snuje wynurzenia o swojej rodzinie, śmierci brata i ojca. To zupełnie do niej niepodobne. 

Następnego dnia Anka, Krystyna i Wanda wynoszą do góry wszystko, co niezbędne do ponownego założenia obozu IV. O dziwo, zastają tam Mrówkę: nie wyszła z Austriakami, najpierw chce coś zjeść j napić się. To błąd. Habelerowi i Dacherowi udaje się dotrzeć do wierzchołka i bezpiecznie zejść do obozu IV. Gdy Dobrosława samotnie ruszy w kierunku szczytu pierwsze ostre podmuchy wiatru  i spływająca mgła wieszczą zmianę pogody.

Dalej jest już tylko gorzej. Wiatr i mgła. Mgła i wiatr. Mrówka jest sama. Iść dalej czy zawrócić? Nagle na drodze pojawia się Jurek Kukuczka. Dobrosława ma świadomość, że to niemożliwe; krakowska wyprawa, z którą Jurek przyjechał pod Nangę działa po południowej stronie góry. Ale Kukuś z nią jest. I nie tylko on. Ta kobieta w czadorze? Co ona tu robi? Mrówka wie, że to halucynacje, że to niedotlenienie, zmęczenie, wysokość. Musi zawrócić, ale jest już tak blisko szczytu, to tylko pięćdziesiąt metrów! Iść? Zawraca. Tylko właściwie gdzie jest? Gdzie jest obóz? Czuje, że braknie jej sił. Jest już ciemno. Słania się, walczy z wiatrem i wzmagającą się zawieją. I nagle światełko. Najpierw małe, potem coraz większe. I głos. Znajomy głos. Wanda? Z gorącą herbatą w termosie, kijkami narciarskimi i z liną Rutkiewicz wyszła Mrówce naprzeciw.
Samotna próba Dobrosławy zmienia plany zespołu. Muszą we cztery spędzić noc w zabranym z trójki dwuosobowym namiocie. Jak  po takiej nocy pójdą na szczyt? Na zewnątrz jest minus dwadzieścia; pada śnieg. Ale nie ma wyjścia, Wanda wynosi swój śpiwór przed namiot. 

Ranek 13 lipca. Trzecia próba ataku szczytowego. I znowu porażka. Rutkiewicz nie czuje się dobrze, a Czerwińska i Palmowska gubią się w kopule szczytowej. Brną jakiś czas w głębokim śniegu, wreszcie zawracają do czwórki. Ale o drugim biwaku Wandy nie ma mowy. Chce sprowadzić Mrówkę do obozu III. Droga do trójka normalnie zajmuje półtorej godziny; Z ledwo trzymającą się na nogach Dobrusią, zajmuje im to trzy godziny. Następnego dnia jej kondycja się nie poprawia. Rusza w dół, do bazy. Wanda dołącza do Czerwińskiej i Palmowskiej. 

15 lipca. Obóz IV i wierzchołek dzieli siedemset metrów różnicy wysokości. Torowanie w świeżym, kopnym śniegu wysysa mnóstwo sił. Po dziesięciu godzinach mordęgi Krystyna Palmowska jest drugą kobietą na świecie, która staje na wierzchołku Góry-Mordercy. Pięć minut po niej wchodzi Anna Czerwińska, a dwie godziny po niej – Wanda Rutkiewicz. Długo, ale po drodze Anka i Krystyna musiały przecież wyrąbać małą platformę i ratować Wandzię, która zasłabła. Jej organizm odmówił posłuszeństwa, tak po prostu! Po czym niczym Feniks z popiołów ku zadowoleniu  koleżanek Wanda ożywa, by chwilę potem, ku ich zdumieniu i  poirytowaniu zamiast schodzić, ruszyć w kierunku szczytu.
Teraz trzeba tylko jeszcze z niego zejść; ta „góra-morderca” zatrzymała na zawsze niejednego śmiałka. Z nieba sypało śnieżnym  pyłem, widoczność spadła do zera, niebo raz po raz rozdzierały błyskawice. Po kilku godzinach trochę się przetarło, ale burza nie ustawała. Wanda się boi. Zwyczajnie boi się umrzeć. Uszy przeszywa ból, ciało reaguje na elektryczne wyładowania. Uciekać! W dół! Natychmiast w dół! 

***
“Czy podajemy nazwiska zdobywczyń alfabetycznie czy chronologicznie? – Wanda przekazuje informacje do bazy. Dziewczyny wybuchają śmiechem. – Tak czy tak, wszystko jedno, Wandziu, i tak jesteś na końcu.”
Ten sukces był potrzebny. Wszystkim. Jedynym minusem były finanse: „dewizowcy” nie pokryli nawet swojego udziału i długi z K2 zrobiły się jeszcze większe.

A Wanda? Zaliczyła kolejny ośmiotysięcznik, choć, jak sama później przyzna, było to wejście raczej wymęczone. Opuściła bazę najwcześniej. Po niej Palmowska, Czerwińska i Mrówka. Ale na słynnej Karakorum Highway czekała je niespodzianka. Przy wynajętych jeepach stała Wanda i z uśmiechem wyciągała ku nim butelki Coca Coli. Na pożegnanie? 

*Bill Birkett, Bill Peascod, Woman climbing. 200 years of achievement, London, 1989, s. 134