
„Tej góry nie da się zapomnieć, fiuuu! To ważna góra”. Pod tym stwierdzeniem, wypowiedzianym przez „mężczyznę bez palców” w filmie Wernera Herzoga „Krzyk kamienia” podpisze się chyba każdy, kto stanął oko w oko z Cerro Torre. A także ten, kto zobaczy go jedynie na zdjęciach. Piękny, fascynujący, perfekcyjny. „Jego […] strome i pozbawione rzeźby ściany wyrastają ponad patagońskie lodowce wprost ku niebu”, napisze David Lama.
Kto wpadł na pomysł babskiego wyjazdu do Patagonii? Nie, tym razem nie Rutkiewicz, a członkini Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego Ewa Szczęśniak. Wprawdzie Wojciech Kurtyka podpowiadał Trango Tower, ale Ewa uznała, że to za trudne i wymyśliła Cerro Torre. W Argentynie panie osiągnęłyby podwójny sukces: pierwsze polskie i pierwsze czysto kobiece wejście. Wprawdzie to nie Himalaje, ale i tak łakomy kąsek, nic więc dziwnego że Wandzie nie trzeba było dwa razy powtarzać. I dobrze, bo mimo dobrych chęci łodzianek bez niej pewnie do wyjazdu do Argentyny by nie doszło: załatwiła część pieniędzy, żywność, sprzęt i została kierownikiem: wyprawa miała charakter partnerski i decyzje podejmowano wspólnie, ale jakiś porządek rzeczy musiał być, więc kto jak nie Wanda?
Przed wyprawą łodzianki – Iwona Gronkiewicz-Marcisz, Monika Niedbalska, Ewa Panejko-Pankiewicz i Ewa Szczęśniak ciężko pracują, muszą dorobić do wyprawy: wykonują różne prace na wysokościach, malują, uszczelniają, konserwują wszystko, co może kobieta we wspinaczkowej uprzęży kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Za dzień takiej harówy dostają dwa razy więcej niż za cały miesiąc pracy w biurze, na uczelni czy w w urzędzie. Wanda ma trochę lżej: zarabia na prelekcjach, prezentacjach, na sprzedaży zdjęć. Za to podczas pakowania siły się wyrównują: łodzianki z uciechą wyrzucają z Wandy plecaka jakieś bluzy, golfiki i inne takie. To nie wyprawa w Himalaje, tłumaczą ze śmiechem, worów nie będziesz targać, torować też nie. Tam będą tylko liny, skała, haki, zjazdy, czysta wspinaczka. No, nie do końca: to przecież Patagonia!
Argentyna, jesień 1987 rok. Warunki pogodowe w patagońskich Andach są niezłe, ale dziewczyny trochę zamarudziły i spóźniły się jakieś dwa tygodnie. Wprawdzie z Polski wyruszyły już 16 listopada, ale całe dwa tygodnie spędziły w Buenos Aires. Co robiły? „Chodziłyśmy na tańce, po sklepach …- wylicza Ewa Panejko. No tak, przecież to babska wyprawa. Po paru przesiadkach, 1 grudnia panie docierają w rejon najpiękniejszej iglicy w Argentynie – Fitz Roy, skąd do miejsca bazy u podnóża Cerro Torre maja raptem trzy godziny marszu. Informacja o wejściu na szczyt Włoszki Manfrini i Słowenki Bozic niespecjalnie je martwi; wspinały się w zespole mieszanym, więc nie są dla Polek konkurencją, natomiast druga informacja owszem: dobra pogoda już była.
Cerro Torre to tylko 3133 metrów n.p.m. Tylko. I jedna z najtrudniejszych do zdobycia gór świata. Fantastyczna granitowa szpica, absolutny pion wyrastający ponad 1500 metrów ponad lodowiec Torre. Zwieńczający ją lodowy, charakterystyczny, trzydziestopięciometrowy grzyb co kilka lat pęka, na dodatek skutkiem wydrążenia schronu w kopule szczytowej na potrzeby ekipy filmowej Herzoga osiadł i po bokach iglicy utworzył nawisy, ale i tak z krańcowo wyczerpanych śmiałków wysysa resztki sił.
Droga Maestriego, którą wybrały Polki to trudności techniczne i długie przewieszone odcinki, wymagające użycia sztucznych ułatwień. Ale najpierw trzeba pokonać wyprowadzający na przełęcz czterystumetrowy śnieżno-lodowy kuluar i dopiero wtedy staje się pod właściwym spiętrzeniem ściany – tysiącem metrów pionowej, przewieszonej skały.
Ale póki co dziewczyny siedzą u podnóża góry i niecierpliwie wyczekują na przejaśnienie. Nie tylko one rzecz jasna. Swej pogodowej szansy wyglądają alpiniści z całego świata, choćby Wolfgang Müller z Niemiec, Tyrolczyk Hans Kammerlander, Amerykanie Carlos Buhler czy Słoweniec Silvo Karo. A śnieg pada i pada. A jak nie pada śnieg, to nadciągają burze. Normalne, Patagonia, to kraina burzy. Przy tej aurze nawet góry nie widać. Dziewczyny siedzą w śnieżnej jaskini. Tu zespoły spędzają noc przed planowaną wspinaczką; wejście na drogę Maestriego znajduje się tuż obok, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu; przy tak zmiennej pogodzie liczy się każda godzina. Wyjście jakiegoś zespołu z jaskini to wyraźny sygnał dla pozostałych: do góry i to natychmiast.
Polki też próbują. Raz, drugi…W dolnej części ściany asekuracja jest łatwa, ale im wyżej, tym gorzej, starych haków niewiele, a skałę pokrywa cienka warstwa śniegu. Zawracają. Wanda stara się maksymalnie wykorzystać czas na filmowanie, co o mały włos nie kończy się tragicznie. Podczas któregoś z podejść na przełęcz prosi koleżanki o powtórne przejście tego samego fragmentu ściany. Dziewczyny posłusznie schodzą i znowu ruszają w górę. Obok wspina się męski zespół z Norwegii. Nagle, kilkaset metrów nad ich głowami od skał odrywa się lodowy kolos wielkości małej kamienicy. Leci zmiatając po drodze wszystko: śnieg, lód, kamienie. Z przerażającym łoskotem przelatuje kilka metrów od Wandy i porywa ze sobą dwóch Norwegów. Jeden z mężczyzn samodzielnie wyswabadza się na powierzchnię, drugi znika pod śniegiem. Wanda i Norweg rzucają się do poszukiwań. Jest! Przeżył cudem. Wokół niego zaklinowało się kilka dużych brył lodu i miał czym oddychać. I Polki i Norwegowie zawracają.
Na trzecią próbę Polki muszą poczekać, bo pogoda zamienia tę górską wyprawę w – jak to określi późnej Ewa Panejko-Pankiewicz – tygodniowe „wczasy w lodowce”. Może raczej świąteczne ferie? W lodowej grocie czas nieco się dłuży, ale humory dopisują. Huraganowy wiatr miota śniegiem i lodem w wyciosane, strzeliste ściany iglicy tak, że dziewczyny ze swej lodowej pieczary nie wyściubiają nosa. Największym i pewnie jedynym problemem jest nieustanne usuwanie śniegu z wejścia; grota jest bardzo szczelna i ciągle brakuje tlenu.
„Było tam strasznie fajnie – wspomina Ewa Panejko-Pankiewicz – siedziałyśmy tam wszystkie, miałyśmy jedzenie, śpiewałyśmy, było naprawdę super miło, a potem, jak już wreszcie dało się wychynąć, wyjść z tej groty, zaczęłyśmy próbować zjeżdżać. Nie było to zbyt wysoko. Ale jak zrzuciłyśmy linę do zjazdu, to lina stanęła w poziomie.” Na Wigilię dziewczyny przygotowują, a jakże, trzynaście potraw. Ton świątecznemu, wieczornemu kolędowaniu nadaje Wanda, zadając kłam pogłoskom o jej rzekomym kompletnym braku zdolności wokalnych. Wprawdzie Ewa Panejko nie pamięta, którą kolędę Wanda śpiewała najlepiej, ale śpiewała. To była piękna, lodowa Wigilia na patagońskim pustkowiu. Niepodobna do innych, a zwłaszcza do tych, które Wanda spędzała sama.
Święta świętami, ferie minęły, dziewczyny rwą się do akcji: potrzeba im tylko dwóch dni dobrej pogody, tylko dwóch! Niebo nieco się przetarło, przestało wiać i padać. To co? Trzecia próba? Zaczyna się obiecująco. 26 grudnia Iwona i Monika, młodsze, silniejsze i pewniejsze w skale narzucają takie tempo, że dochodzą do kompresora Maestriego i zakładają tam stanowisko. W ciągu jednego dnia robią 30 z 33 wyciągów, do szczytu brakuje raptem trzech, technicznie leży to w zasięgu ich możliwości, są ledwie czterdzieści metrów od końca skalnego odcinka. Wyżej jest już tylko łatwy śnieżno-lodowy stok, a potem upragniony szczyt. Wyprawowa „starszyzna” zostaje mocno w tyle, jest znacznie wolniejsza, a Wanda dodatkowo pracuje z kamerą. I nagle zrywa się wiatr, potężnieje z każdą chwilą, nie pozwala oddychać. Wszystko wokół oblewa mgła, gęsta jak mleko, skały przykrył świeżo spadły śnieg. Którędy teraz? Dwie Ewy i Wanda już zawróciły, nie miałyby szans na dotarcie do szczytu. Monika i Iwona jeszcze walczą, jeszcze usiłują przeczekać nawałnicę, ale bez powodzenia. A było tak blisko!
Po wyprawie żadna z dziewczyn nie
powiedziała na Wandę złego słowa.
Przeciwnie, chwaliły jej niebywałą
orientację w terenie (...). Zgodnie
uznały też, że jest świetnym
wyprawowym kompanem, a wszystkie
wcześniejsze „uważaj na Wandę” były
absolutnie przesadzone.
Pogoda już nie wróciła. By mieć świadomość, jak trudnego zadania podjęły się Polki warto wspomnieć, że pierwszego czysto kobiecego wejścia na Cerro Torre dokonały drogą przez kompresor Słowenki Monika Kambic i Tanja Grmovsek dopiero 18 lat później.
Po wyprawie żadna z dziewczyn nie powiedziała na Wandę złego słowa. Przeciwnie, chwaliły jej niebywałą orientację w terenie: po zmroku na lodowcu bezbłędnie wyszukiwała bezpieczne przejścia pomiędzy szczelinami, miała po prostu szósty zmysł. Zgodnie uznały też, że jest świetnym wyprawowym kompanem, a wszystkie wcześniejsze „uważaj na Wandę” były absolutnie przesadzone. Trochę wszystkim matkowała, nie narzekała, piekła chleb, wcale „nie szła po trupach” i wyraźnie oszczędzała Ewę Panejko ( bo była matką), z którą się zaprzyjaźniła. Czy to dlatego, że Andy to nie był „jej teren”? Z nikim nie musiała rywalizować, o nic nie walczyła, nie miała presji zdobycia szczytu i konieczności posiadania wiedzy, kto, kiedy i z kim będzie szedł do ataku szczytowego? Nikt też samej Wandy nie atakował, nie usiłował jej wyeliminować z zespołu czy wywierać na nią wpływ.
Rzuć te swoje Himalaje, namawiają koleżanki z Cerro Torre. Wspinaj się z nami, zobaczysz, jakie to przyjemne, wspinaczka bez dźwigania worów, bez ciężkich ubrań i torowania w głębokim śniegu; sama przyjemność. Wanda przytakuje, ale doskonale wie, że każdy alpinista ma swoje góry życia. Cerro Torre było bez wątpienia górą Cesare Maestriego (czy był na szczycie czy nie). A Wanda ma swoje Himalaje i do ich porzucenia nikt nie jest w stanie jej namówić.
* David Lama (GÓRY, nr 215) w: https://drytooling.com.pl/baza/gory/1773-cerro-torre